Dziś cały dzień spędziłam na Universitat Autonoma de Barcelona, słuchając bardzo ciekawych referatów językoznawczych. Nie będę was zamęczać szczegółami, ale jeśli ktoś się zastanawia, o czym gadają językoznawcy, to odsyłam do programu konferencji. 🙂
Ważna uwaga. Praktycznie każdy, kto usłyszał, że jadę do Barcelony na konferencję, mówił: „Zazdroszczę ci”. I większość miała na uwadze pogodę. Polakom Hiszpania jednoznacznie kojarzy się ze słońcem i z upałami. Ale przypomnę wam, że mamy styczeń, a Barcelona leży na północy (Hiszpanii – dla wielu ten skrót myślowy okazał się zbyt duży :P). Dziś jest pochmurnie, padał jakiś przelotny deszcz, rano było ok. 3 stopni, w ciągu dnia maksymalnie 8. I tak przez cały mój wyjazd, chociaż wczoraj wieczorem było 12. Także wcale nie ma czego zazdrościć. Chodzę w zimowej kurtce. 🙂
Powiem więcej – po wyjściu z uczelni szczękałam zębami. Już od d kilku lat mi nie spotkało mnie takie uderzenie chłodu i nagłe drgawki z zimna. A na dworze 5 stopni! Jednak bliskość oceanu (morza oczywiście :P) robi swoje. W związku z tym wzięłam gorący prysznic i grzeję się w łóżku. Jutro pozwiedzam miasto.
Muszę koniecznie polecić hostel, w którym się zatrzymałam. Będzie krótko.
Zalety: centrum miasta (plan, na którym krzyżują się linie kolejowe, jest metro i autobusy, na nogach wszędzie blisko), łóżko z kotarą, własną lampką, gniazdkiem i skrzynią na rzeczy (którą można zamknąć na kłódkę), śniadania ze szwedzkim stołem za 13 zł, dostęp do każdego piętra i pokoju tylko z kartą zbliżeniową wydawaną przy rejestracji, na dole bar i zniżki na drinki, piwo i szoty (jak ktoś może), cena za noc poniżej 50 zł.
Wady: prysznic na przycisk, który trzeba naciskać co 10 sekund =]
Chyba zgodzicie się, że jednak zalety przeważają.
Podsumowanie kosztów na dziś:
- bilety kolejowe: 6
- sałatka do obiadu: 3,9
- pocztówki + znaczki: 14,1