Obiecuję, takich wpisów nieco filozoficznych będzie mało. Ale często po powrocie z wyjazdu czuję się nieswojo, szybko się rozpakowuję i równie szybko przeglądam oferty tanich lotów/autobusów/promów, zastanawiam się, gdzie by tu jeszcze wcisnąć jakiś wypad za miasto. Albo czy w ogóle nie rzucić wszystkiego i nie wyjechać na zawsze.
Na tym się jednak kończy, na razie zachowujemy jakiś umiar w tych naszych wyjazdach. I dobrze! Ale potrzebowałam przeczytać pewien tekst, żeby sobie to uświadomić i pogodzić się z tym. I dlatego chcę się z wami tym tekstem podzielić.
Tomek Michniewicz, Samsara. Na drogach, których nie ma, Kraków 2010
„Gdy wyjeżdżasz daleko na kilka tygodni, przeżywasz więcej przygód niż w domu przez cały rok. A potem wracasz i życie znowu płynie w znanym, nużącym rytmie. […]
Wyjeżdżasz więc coraz częściej i na coraz dłużej […]. Wtedy też dopadają cię koszty, których na początku nie zauważasz.
[…] Twoi przyjaciele trochę się oddalają, mając swoje sprawy, w których nie uczestniczysz. Twoja dziewczyna, narzeczony, mąż, żona, obojętne, ma znów dużo czasu dla siebie i poznaje nowych ludzi. Rachunki rosną w niezapłaconą stertę. Praca już na ciebie nie czeka, bo sześć miesięcy to nie urlop. Odzwyczajasz się od miejskiego rytmu, wiele rzeczy zapominasz.
Przestajesz zapuszczać korzenie.
[…]
Wielu z moich podróżujących znajomych pogubiło się w życiu, jak gdyby nie potrafili już nie wyjeżdżać. Żyją z dnia na dzień albo od przyjazdu do wyjazdu. Bez planów, oszczędności i czegokolwiek, co trzymałoby ich w domu. Lubią myśleć, że to wolność i ich wybór. Ale tak naprawdę kręcą się w kółko w tych obrotowych drzwiach, nie będąc na dobrą sprawę ani tu, ani tam.”