Podsumowania nie zawsze muszą być noworoczne

Podsumowania powinno się robić, moim zdaniem, kiedy w życiu zachodzą jakieś zmiany. I to nie byle jakie. Tak właśnie jest u mnie. Mamy czerwiec 2017 roku. Dla mnie to już 8 lat samodzielnego (czyli bez rodziców) podróżowania, niemal 7 lat odkąd mieszkam w Warszawie, 5 lat odkąd jestem z Marciem i 2 odkąd jesteśmy małżeństwem. Dużo się wydarzyło w tym czasie.

Byłam (na krócej i na dłużej, jedno- i wielokrotnie) w 17 krajach (w tym w 5 już w trakcie ciąży). Poznałam fantastycznych ludzi (wielu przez Couchsurfing). Rzuciłam studia na Politechnice, ale za to skończyłam na Uniwersytecie (najpierw licencjackie, a potem w tym samym czasie dwa kierunki magisterskie) i w końcu dostałam się na stypendium doktoranckie. Nie na studia. Na stypendium, które pokryje koszty studiów w Wielkiej Brytanii (ponad 4 tys. funtów na rok), koszty życia dla naszej (już niedługo) trójki oraz wyjazdy naukowe (do 600 funtów w ciągu roku).

Tak, na doktoracie też będę się zajmować językiem białoruskim! I pozwolę sobie na „a nie mówiłam” w stronę tych, którzy odradzali czy też powątpiewali w moją decyzję o studiowaniu białorutenistyki.

Siedem lat w Warszawie to była niesamowita podróż. Teraz czas na dwie kolejne. Na szczęście – tym razem z Marcinem.

Po pierwsze – przeprowadzka do Wielkiej Brytanii. Z niemal 2-milionowej stolicy do mniejszego niż Białystok miasta w Walii. Po drugie – rodzicielstwo. Spodziewam się dużej zmiany trybu życia. 🙂

Z jednego na pewno nie rezygnujemy – z podróży, w takim potocznym rozumieniu tego słowa. Chociaż na pewno zmieni się nieco nasz styl. Ale w dalszym ciągu ten blog będę traktowała jako formę rozliczenia z samą sobą. Rozliczenia z moich planów i marzeń, w które niektórzy śmią wątpić czy też na temat których niektórzy wyrażają się sceptycznie.

Wierzę w plany. Nie chodzi o to, żeby każdy dzień mieć rozplanowany co do minuty. Tylko o to, żeby mieć duży cel (ale realistyczny) przed oczami (ale też nie za daleko), a po drodze małe cele, które nas zaprowadzą do tego głównego. To żadna filozofia, i nie ja pierwsza na to wpadłam, ale może mój przykład nieco was przekona do tego modelu myślenia.

Dodaj komentarz