Cztery tygodnie w nowym składzie

 

Dziś mijają cztery tygodnie, odkąd w naszym zespole pojawił się nowy osobnik. Dużo już słyszeliśmy o tym, jak to zmienia się życie, kiedy pojawia się dziecko. Od teściów cały czas otrzymywaliśmy (w dobrej wierze, choć psujące humor) ostrzeżenia na temat życia z kolkowym dzieckiem (pozdrawiamy Piotra!) i roku bez jednej nawet przespanej nocy. Trochę baliśmy się ograniczeń. W podróżowaniu. W swobodnym wyjściu na miasto. W życiu w ogóle.

Tak, te ograniczenia są. Bo może mi burczeć w brzuchu, ale najpierw muszę nakarmić małego. Bo możemy się umówić z przyjaciółmi na konkretną godzinę, ale jeśli mały się wtedy obudzi i będzie głodny, to przyjaciele muszą poczekać. Bo jeśli chcemy dokądś wyjść, to w pierwszej kolejności musimy myśleć o dziecku.

Na szczęście po czterech tygodniach wypracowaliśmy coś na kształt wspólnego rytmu. Mały okazał się wielbicielem bujania i bardzo dobrze czuje się w chuście, nosidle, wózku oraz w foteliku samochodowym (o ile nie jest bardzo głodny). Dzięki temu możemy go wszędzie zabierać. Ale bezczelnie korzystamy też z cioć, wujków, dziadków i babć i wychodzimy sami do kawiarni/kina/na spacer. Pierwsze takie wyjście zaliczyliśmy już dzień po powrocie ze szpitala. 🙂

Ponad rok temu czytałam ten wpis i zastanawiałam się – czy my też będziemy mieć takiego farta?…

Nie wiem jakie są statystyki, nie wiem, czy dzieci płacząco-wyjące to większość, czy po prostu mniejszość, o której najwięcej się słyszy. Niezależnie od tego stwierdzam, że jesteśmy szczęściarzami. Mamy zdrowe, umiarkowanie płaczące dziecko, w dodatku śpiące bardzo twardym snem. Jeśli tylko ktoś ma takie warunki startowe, to absolutnie nie ma wymówki od spotkań ze znajomymi czy krótszych lub dłuższych wyjazdów. Trzeba tylko chcieć.

Dodaj komentarz