W tym tygodniu, wyjątkowo, codziennie byłam na uczelni. I tak, to jest wyjątkowa sytuacja.Właśnie z tej okazji postanowiłam napisać kilka słów o życiu akademickim w Swansea. Z punktu widzenia doktorantki (ciężko mi powiedzieć, jak to wygląda na innych stopniach studiów).
- Najczęstsze pytanie – ale jak ty chodzisz na zajęcia, skoro masz małe dziecko??
No właśnie nie chodzę. Nie muszę. Studia doktoranckie trwają tutaj 3 lata, ale są nieco bardziej intensywne i bardziej skupione na samej pracy niż w Polsce. Pierwszy rok to okres próbny. Do końca maja muszę oddać rozdział na ok. 50 stron, spis treści, streszczenie projektu i każdego z rozdziałów, bibliografię oraz listę kursów/warsztatów, w których uczestniczyłam.
W tym tygodniu wzięłam udział w warsztatach z EndNote (program do tworzenia przypisów i bibliografii) oraz w warsztatach na temat planowania pracy. Ale kursy czy warsztaty nie muszą być uniwersyteckie, liczą się też dość specjalistyczne warsztaty z lingwistyki korpusowej, a w tych biorę udział poza uczelnią. Trzeba po prostu pokazać zaangażowanie. Okres próbny zalicza się poprzez rozmowę z dziekanem lub jego zastępcą i po otrzymaniu pozytywnych opinii od promotorów (a tych jest co najmniej dwóch!). W związku z tym mój plan zajęć to cotygodniowe spotkania z profesorem (chociaż wymagane są tylko spotkania raz w miesiącu) oraz kurs „Academic Writing” (który trwa tylko 10 tygodni i służy po prostu nabywaniu wiedzy, nikt nie sprawdza obecności, tego kursu nie trzeba też zaliczać). Od listopada będę miała dodatkowo regularnie spotkania z dwoma promotorami. - Chyba jestem jedyną osobą, która zwraca się do promotora per „pani profesorze”…
Stosunki między akademikami i studentami są tutaj dużo mniej formalne. Pomijam już fakt, że spotykamy się z moim promotorem również poza uczelnią. Chodzi o to, że każdy zwraca się do niego po imieniu. W angielskim ze zwrotami jest nieco prościej, bo „you” to zarówno zwrot grzecznościowy, jak i zwrot w drugiej osobie liczby pojedynczej czyli na „ty”. Ale jeszcze żaden mój mail nie zaczął się od „Dear Tom” albo „Dear Bob”. - W środę po południu na całej uczelni nie ma zajęć.
Ten czas jest teoretycznie przeznaczony na sport. Myślę, że jednak lepszym rozwiązaniem jest obowiązkowy w-f. Nawet na studiach. Ogrom dyscyplin do wyboru (nawet brydż!) umożliwia znalezienie czegoś interesującego nawet tym, którzy w szkole zniechęcili się do wychowania fizycznego. - Biblioteka uniwersytecka działa nieco inaczej nie taka, do której jest przyzwyczajony przeciętny polski student.
Po pierwsze, to miejsce jest otwarte 24 godziny na dobę (!),również w weekendy (!!), a pracownicy są tam od 8 rano do północy (!!!) – też w weekendy. Jeśli interesująca cię książka znajduje się w bibliotece na kampusie na drugim końcu miasta, możesz zamówić odbiór w kampusie, który jest bliżej ciebie (kiedy jako świeżak na UW zapytałam o taką opcję, bibliotekarz odpowiedział mi, że jeszcze nie mają opcji teleportacji… Ha, w Walii chyba mają!).
Najbardziej skonfundowało mnie wypożyczanie książek. Mimo że jest banalnie proste. Otóż wchodzisz do magazynu, bierzesz książkę, podchodzisz do specjalnego stanowiska, skanujesz legitymację, kładziesz książkę na oznaczonym miejscu, komputer wczytuje dane (nie, nie z zeskanowanego kodu; książkę kładzie się ot tak, zamkniętą, w dowolnej orientacji – zapewne są tam naklejki RFID) i już. Idziesz do domu. No dobrze, pewnym utrudnieniem może być numeracja poziomów. Kampus, jak całe miasto, położone jest na wzgórzu, więc główne wejście, mimo że wygląda na poziom 0, jest poziomem 3, a magazyny są na poziomach 2 i 1, czyli -1 i -2 z punktu widzenia wejścia głównego. Uchh…
Na każdym poziomie znajdują się też stanowiska komputerowe do pracy (w BUWie na dostępnych komputerach można tylko przeglądać katalogi, nie ma tam dostępu do internetu czy edytorów tekstu) oraz zwykłe stoliki ukryte między półkami z książkami.
Być może dla kogoś z was to nie jest nic nadzwyczajnego, ale po kilku latach doświadczeń z BUWem, ja jestem w lekkim szoku. 🙂