Po powrocie z Polski spędziliśmy kolejny leniwy weekend w małym mieście nad oceanem. Pretekstem do wyjścia w sobotę był Wegański Market i chociaż nic wegańskiego nie zjedliśmy, to udało nam się złapać nieco słońca i pospacerować po centrum Swansea.
Odkryliśmy też dla siebie targowisko pod dachem, nieco brzydszą wersję warszawskiej Hali Mirowskiej. Można tam dostać wszystko, od naklejek ze smokiem walijskim, poprzez bezpieczniki, po paszteciki z ziemniakami i wołowiną. Okazuje się, że jest to chyba miejsce, gdzie można zjeść obiad najtaniej w mieście.
Przy okazji wpadliśmy też do polecanej przez mojego promotora księgarni z używanymi książkami (termin antykwariat jest używany raczej w stosunku do sklepu z antykami, w którym, owszem, można kupić używane książki, ale dużo bardziej wartościowe). Oczywiście musieliśmy się mocno powstrzymywać, żeby nie przekroczyć wyznaczonego wcześniej limitu wydatków. Co można dostać w tej księgarni? Właściwie wszystko: fikcję literacką, książki dla dzieci, książki podróżnicze, poradniki, mapy.
(Tutaj mała dygresja. Jestem osobą nieco zwariowaną na punkcie map, nawet jeśli mam już mapę danego miejsca, to trudno mi powstrzymać się od kupienia mapy tego samego miejsca, ale innego typu, a honorowe miejsce w naszym mieszkaniu zawsze zajmuje leciwa już mapa Europy z National Geographic – zaznaczamy na niej miejsca, które wspólnie odwiedziliśmy. To właśnie w dziale z mapami spędziłam najwięcej czasu i znalazłam kilka naprawdę ciekawych pozycji.)
Natomiast niedziela upłynęła w rytmie strzelających fajerwerków, bo 5 listopada Brytyjczycy świętują Dzień Guya Fawkesa.

Jeśli oglądaliście „V jak Vendetta”, to wiecie mniej więcej, o co chodzi. 🙂