W okresie okołoświątecznym sporo czasu spędziliśmy podróżując po Polsce, odwiedzając rodzinę i przyjaciół. Jak zwykle było intensywnie, więc postanowiliśmy nieco odpocząć i spędzić w Krakowie dwa dni. A tak naprawdę – półtora. W dodatku z niemowlakiem (ząbkującym i zakatarzonym). Zdecydowaliśmy więc, że skupimy się tylko na kilku miejscach. Na pierwszy ogień poszedł Kazimierz, dawna dzielnica żydowska – akurat tutaj nocowaliśmy.
Drugiego dnia każde z nas wybrało po jednym miejscu, które chcemy koniecznie zobaczyć. Padło na Dzwon Zygmunt w wieży Katery Wawelskiej oraz Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Zarówno w jednym, jak i w drugim miejscu spędziliśmy około 40 minut. Chociaż bilet na wieżę z Zygmuntem upoważniał do wstępu do trzech innych miejsc, zwyczajnie nie mieliśmy na to czasu, więc nieco przepłaciliśmy. Podobnie zresztą było z Collegium Maius – 12 zł za 35-minutową wycieczkę z przewodnikiem to nieco za dużo, mimo że było ciekawie.
Resztę dnia mogliśmy spędzić na błąkaniu się po Starym Mieście. „Jaką resztę dnia?” – zapyta ktoś – „Przecież 40 minut tu i 40 minut tam to jeszcze nie cały dzień”.
Cóż, jeśli doliczyć czas na ogarnięcie (przewijanie i karmienie) małego, nasze posiłki oraz przejście pomiędzy poszczególnymi punktami, od razu widać, że dzień robi się krótki. Zamiast dokładnie zaplanowanego zwiedzania (co jeszcze parę lat temu było moją domeną) – raczej wybrane miejsca bez wskazania godzinowego i spokojny spacer (czyli model Marcina). Takie rozwiązanie ma swoje zalety, jak choćby lepsze wczucie się w klimat miejsca i możliwość znalezienia ciekawych miejsc, na przykład kawiarni prowadzonej przez Włocha (Marcin zachwycony espresso, ja dałabym się pokroić za tiramisu…).
Mimo takiego spowolnionego tempa nie rezygnujemy z podróży. Styczeń jest dość leniwy (być może zdarzą się jakieś spontaniczne wyjazdy) ale wykorzystujemy ten czas na zbieranie sił przed lutym. Z 28 dni niecałe 6 spędzimy w Swansea. Trzymajcie za nas kciuki!