To nie będzie typowe podsumowanie. Nie ma się tutaj co rozczulać nad budżetem – rozsypał się jak domek z kart. W ciągu 5 dni wydaliśmy w Dublinie 200 euro. Prawie połowa z tego (74,2€) to dwa bilety 5-dniowe, które kupiliśmy sugerując się ceną biletu z lotniska. Okazało się, jednak, że większość biletów kosztuje 2,85€, a internetowy planer podróży polecał nam połączenie ekspresowe za 7€. Tak czy inaczej na dzień wypadło po 40€ zamiast planowanych 20€. Ale nic to, nie żałujemy.
Co podobało mi się w Dublinie?
- infrastruktura dla rowerzystów – cykliści są tam wszędzie, szczególnie rano; widać, że wiele osób dojeżdża do pracy i do szkoły rowerami. Miałam też wrażenie, że zdecydowana większość była ubrana raczej w stroje sportowe, nie pamiętam, żebym widziała „niedzielnego rowerzystę” 😉
- piętrowe autobusy miejskie – mimo że jazda na piętrze na samym przodzie i w dodatku po lewej stronie ulicy potrafi być nieco przerażająca.
- architektura – rzędy domów ze schodkami prowadzącymi do kolorowych drzwi z kołatkami i brak wieżowców.
Co mi się nie podobało w Dublinie?
- transport miejski – Dublin jest niesamowicie zakorkowany, po mieście można poruszać się właściwie tylko autobusami (jest dosłownie kilka linii tramwajowych), w dodatku kierowcom bardziej zależy na udzielaniu szczegółowych informacji pasażerom niż na rozkładzie – już pal licho starszą panią, której kierowca tłumaczył, jak gdzieś dojść, ale widziałam sytuację, w której turyści zaczepili kierowcę, pytając o jakiś hotel. Kierowca nie wiedział, gdzie akurat ten się znajduje, więc zadzwonił na centralę i zapytał kolegi, czy on przypadkiem nie wie, a potem jeszcze spędził chwilę tłumacząc zbłąkanym owieczkom drogę do domu… Ludzie, od tego są internety i informacje turystyczne…
- system płatności za bilety w komunikacji miejskiej – biletomaty widziałam tylko w jednym miejscu, nie ma ich nigdzie w autobusach, biletów nie można też kupić w kiosku, a płacić można tylko gotówką. Podobnie jak w Warszawie, kierowca nie ma obowiązku wydawania reszty. I faktycznie nigdy jej nie wydaje. Ale jest jedna zaleta: oprócz biletu dostaje się także pokwitowanie, z którym tę resztę można odebrać. Nasza przyjaciółka to sprawdziła – działa!
- ceny – co tu dużo mówić, po prostu jest drogo.
Co mnie zaskoczyło w Dublinie?
Przede wszystkim to, że jest tu strasznie… brytyjsko. Ruch lewostronny, gniazdka z trzema dziurami, samozamykające się drzwi w mieszkaniach (do pokojów i łazienek…), kiepski chleb (czyli rozpadający się tostowy, jeśli już jest coś zbliżonego do naszego chleba, to jest na maślance i ma słodkawy smak), większość warzyw i owoców sprzedawanych w paczkach (chcemy przygotować obiad dla trzech osób i kilogram cebuli to naprawdę za dużo…).
Najbardziej zaskoczyła mnie atmosfera – czułam się tutaj po prostu dobrze, bardzo lubię rytm dużego miasta, różne języki na ulicy, duży wybór knajpek serwujących dania z całego świata i kawiarnie na każdym rogu.
Co polecamy w Dublinie?
Poza atrakcjami turystycznymi, o których pisałam w poprzednich wpisach chcemy polecić trzy miejsca z jedzeniem i piciem:
- na piwo: Blackbird; piwo wyśmienite (jak chyba w całym mieście), ale tutaj najważniejsza była atmosfera: szeroki wybór planszówek, nieco eklektyczny wystrój i do tego świece na stołach – bardzo udane połączenie.
- na kawę: Wall&Keogh; właściwie jest to sklep z herbatą i kawą, ale mają też kącik kawiarniany i serwują naprawdę dobrą kawę. Wyjątkowo poprosiłam o americanę z mlekiem, pani zaproponowała, że zaparzy kawy z posmakiem wanilii… i wyszło przepysznie. Przypomniały mi się czasy, kiedy kupowaliśmy kawę smakową w ziarnach, mieliliśmy w drewnianym młynku i pili ją do śniadania. To był ten sam smak. 🙂
- na obiad: Umi; sieciówka – sprawdziliśmy obie dublińskie lokalizacje i obie są fantastyczne (oczywiście ta w Rathmines jest dużo spokojniejsza niż miejscówka w centrum). Hummus, falafel i grillowany ser halloumi (ślinka mi cienkie na myśl o tym serze) są świetne, ceny jak na Dublin bardzo przystępne.
Jedna uwaga do wpisu “Dublin. Podsumowanie”