Mija już pół roku, odkąd podróżujemy z małym człowiekiem. Doświadczenie mamy niemałe i dlatego postanowiliśmy podzielić się naszą oceną różnych środków transportu, których używaliśmy do tej pory.
- Pociąg
To zdecydowanie nasz faworyt. Z pociągów korzystaliśmy w do tej pory w kilku krajach na różnego typu trasach:
–> Polska: na razie tylko intercity, podróże w składach starego typu (wagony z przedziałami), nowego typu (Darty) oraz Pendolino. Niemowlę ma swoją miejscówkę (kilka razy musieliśmy przewozić fotelik samochodowy i dzięki temu było bardzo komfortowo, bo śpiące dziecko nie zalegało na kolanach). W nowszych pociągach są bardzo wygodne toalety z przewijakami, ale „przedział dla podróżnych z dziećmi do lat 6” jest po prostu miejscem przy stoliku (w nowszych pociągach nie ma przedziałów). W Pendolino w cenie jest napój dla dorosłych (woda, sok, kawa lub herbata). W starszych pociągach faktycznie siedzi się w oddzielnym przedziale, więc nie stresuje się sąsiadów, nie ma za to wygodnych toalet.
–> Wielka Brytania: regionalne linie Arriva oraz dalekobieżne GWR. Regionalne bywają zatłoczone i brakuje im wygodnych toalet z przewijakiem (do przeżycia na trasach do 1 godziny), dalekobieżne w takim standardzie jak nasze Darty. Niemowlę nie ma swojej miejscówki, ale i tak jest wygodnie.
–> Austria/Czechy/Polska: właściwie nie powinno tu być chyba żadnego kraju, bo to pociąg EuroNight, nocne połączenie międzynarodowe. Było bardzo komfortowo, od początku wiedzieliśmy, że chcemy zdecydować się na wagon sypialny (w kuszetce jest 6 łóżek i jest bardzo ciasno), ze względów formalnych musieliśmy wybrać przedział dwuosobowy (w trzyosobowym mogą być tylko osoby tej samej płci). Zdecydowanie najfajniejsza podróż do tej pory, w cenie śniadanie (dwie kromki razowego chleba plus masełko, dżem i serek topiony; kawa lub herbata; woda mineralna; woda źródlana; sok pomarańczowy), prywatna kabina z umywalką (do tego malutki ręcznik, mydło i żel pod prysznic). Zalety są chyba zrozumiałe. - Autobus
Mówimy tutaj oczywiście o autobusach dalekobieżnych, komunikacja miejska to zupełnie inna historia.
–> Polska: właściwie zdarzyło nam się korzystać tylko dwa razy z regionalnego połączenia do Wrocławia, w busiku na ok. 20 osób. Ciasno. Naprawdę ciasno. Nie jesteśmy wielkoludami, ale MOJE kolana nie mieściły się na wprost. Nigdy więcej.
–> Wielka Brytania: National Express i Megabus, dwaj najwięksi przewoźnicy. Autobusy całkiem wygodne, NE deklaruje, że ma miejsca dla rodziców z dziećmi, ale zazwyczaj kiedy wsiadamy, są one już zajęte i nie chce nam się kłócić o nie z pasażerami. Za to nigdy jeszcze nie jechaliśmy pełnym autobusem, zazwyczaj jest na tyle luźno, że możemy zająć dwa podwójne siedzenia. Naszym zdaniem to rozwiązanie ma dwie poważne wady – nie można sobie pospacerować po korytarzu ani przewinąć dziecka w toalecie (dajemy radę na siedzeniu, ale jest to niemal tak trudne jak potrójne całki…). - Samochód
Na początku myślałam, że jest to najwygodniejsze rozwiązanie, ale nie – nie jest. Zalet jest dużo, ale wad chyba tyle samo. Czasowo samochód plasuje się pomiędzy autobusami a pociągami. Dowóz co prawda pod drzwi, ale dziecko cały czas musi być w foteliku, więc jak nagle coś nie przypasuje, to trzeba szybko znaleźć miejsce do zatrzymania. Nie życzę nikomu trasy z robotami drogowymi (przechodziliśmy przez to, po 10 minutach głowy nam wybuchały, po 20 byliśmy warzywami). W dodatku potrzebny jest fotelik. Nie trzeba wydawać na niego fortuny, ale jednak jest to dodatkowy koszt. Nie wspomnę już o kosztach utrzymania samochodu.
Obecnie obywamy się bez samochodu – nasz poczciwy Hans został przekazany w dobre ręce, a my używamy transportu publicznego. - Samolot
Niezastąpiony na długich trasach. Oczywiście jakość podróży znacznie się różni w zależności od przewoźnika. My na razie sprawdziliśmy czterech.
–> Ryanair: zaletą są oczywiście niskie ceny i całkiem spory limit bagażu podręcznego (jeden duży i jeden mały) plus dodatkowa torba z akcesoriami dla dziecka (która ma jedynie limit wagowy);
wady to przede wszystkim ciasnota w samolocie (sprawy nie ułatwia bobas, którego musimy trzymać na kolanach) i ciasnota na tańszych lotniskach, z których lata ta linia (podczas naszego pierwszego lotu z małym z Modlina w mini poczekalni przy bramce praktycznie nie było miejsc stojących) oraz konieczność przejścia po płycie lotniska do samolotu (wózek trzeba oddać pod samolotem, a pod samolotem bardzo wieje, pół biedy jeśli nie pada), podróżni z niemowlakami nie mają pierwszeństwa wejścia na pokład (chyba że je wykupią), trzeba też zapłacić za miejsca obok siebie.
–> EasyJet: zalety to przyjazne ceny, limit bagażu podręcznego (nieco mniejszy niż w Ryanairze, jedna walizka/torba), dodatkowo torba z akcesoriami dla dziecka (w ramach limitu wymiarów; uwaga – tej informacji nie ma na polskiej stronie przewoźnika, jedynie na angielskiej), pierwszeństwo wejścia na pokład bez dodatkowych opłat;
wadą są niewątpliwie ciasne fotele i mało miejsca na nogi oraz konieczność opłaty za miejsca obok siebie, podobnie jak w przypadku Ryanaira nie ma rękawa z bramki do samolotu, trzeba wyjść na zewnątrz.
–> Flybe: wśród zalet – niskie ceny, dwie sztuki bagażu podręcznego (mała i duża), pierwszeństwo wejścia na pokład (Pani sama nas wyłapała i sprawdziła bilety zanim bramka została otwarta dla podróżnych), rzędy z dwoma (a nie trzema siedzeniami) i całkiem sporo miejsca;
wady to brak torby z akcesoriami dla dziecka, konieczność opłaty za miejsca obok siebie oraz (w naszym odczuciu) zwrot wózka na karuzelę, a nie pod samolotem (w Dublinie czekaliśmy na wózek pół godziny, mimo że bagaż podręczny wzięliśmy ze sobą z pokładu).
–> British Airways: prawie same zalety: dwie sztuki bagażu podręcznego, pierwszeństwo wejścia na pokład (pracownicy sami zapraszają przed otwarciem bramki), bezpłatna rezerwacja miejsc (nie tylko dla osoby, od której dopisane jest niemowlę, ale dla grupy do 10 osób, jeśli w tej samej rezerwacji jest przynajmniej jedno niemowlę =] ), niemowlakowi przysługuje nie torba, a cały bagaż podręczny, rzędy siedzeń 3-osobowe, ale miejsca jest bardzo dużo, wejście do samolotu oczywiście przez rękaw (co dla nas miało duże znaczenie w chłodnym i zaśnieżonym Wiedniu);
jeśli już doszukiwać się wad, to można wymienić zwrot wózka na karuzelę (znów czekanie, choć tym razem czekaliśmy też na część bagażu podręcznego, który został nadany do luku) oraz ceny – ALE – różnica cenach jest pozorna, jeśli podliczyć (w naszym wypadku) koszty dojazdu na Heathrow (z którego British lata do Warszawy) i koszt biletu British, a potem porównać te koszty z ceną biletu Ryanaira, kosztem dodatkowych opłat oraz kosztem dojazdu do Bristolu (z którego Ryanair lata do kilku miejsc w Polsce), to – UWAGA – British wychodzi taniej. Jedyną różnicą jest o godzinę lub 1,5 godziny (w zależności od długości przesiadki) dłuższy dojazd na lotnisko w Londynie.