Udało się – 300 mil ruchu lewostronnego i wróciliśmy (my i samochód) cali i zdrowi.Pierwsza część majówki była pełna wrażeń.
- Dzień 0.
Ostatecznie wyjechaliśmy po śniadaniu, w trakcie porannej drzemki Zyzia. W niedzielę o tej porze ruch był nieznaczny, co mnie akurat cieszyło – pierwszego dnia byłam bardzo świadoma tego faktu, że jadę „po tej drugiej” stronie drogi.
Na miejsce dojechaliśmy po 4,5 godziny i od razu zostaliśmy zaskoczeni. Otóż hostel, w którym nocowaliśmy, jest otwarty tylko kilka godzin dziennie – rano od ok. 7:30 do 10 (śniadanie i wymeldowywanie gości) oraz po południu od 17 do ok. 20 (zameldowanie oraz kolacja, którą trzeba zamówić do 17:30). Poza tymi godzinami wstęp jest tylko dla gości, którzy mają kod do drzwi wejściowych. Mimo to udało mi się złapać pracownika hostelu, ale dowiedziałam się, że nie możemy skorzystać z toalety, bo akurat sprzątają, i zostaliśmy odesłani do toi toiów na pobliskim parkingu.Dzień wykorzystaliśmy na wejście na Snowdon Ścieżką Strażników Leśnych (Ranger Path; szlaki mają tutaj nazwy, a nie kolory). Początkowo droga wiedzie przez pastwiska, parę razy przechodziliśmy przez furtki pasterskie i minęliśmy rzesze owiec z jagniętami (które wydawały przezabawne dźwięki). Dodatkową atrakcją była buchająca parą lokomotywa, która od czasu do czasu przejeżdżała w dole – kolej parowa to jedna z atrakcji regionu, w sezonie kolejką (chociaż nie parową) można wjechać na sam Snowdon.Krajobrazy po drodze (dość lekkiej zresztą) były niesamowite, tym bardziej, że od czasu do czasu zza chmur wychodziło słońce. Problemem był jednak wiatr i po 2/3 drogi bardzo już przeszkadzał małemu pasażerowi – nieco za późno wpakowaliśmy go do kombinezonu zimowego i pod duży pokrowiec przeciwdeszczowy. Z płaczącym Zyziem zaczęliśmy odwrót. Mały zasnął znowu po 15 minutach i nieco żałowaliśmy, że jednak zrezygnowaliśmy ze zdobycia szczytu, ale będziemy mieli motywację do powrotu.
Zaoszczędzony czas spędziliśmy nad jeziorem Llyn Cwellyn (nie pytajcie, jak się to wymawia), a w hostelu zdecydowaliśmy się nawet na zamówienie kolacji (danie dnia – chili con carne). Zyzio doznał chyba szoku tlenowego, bo już w pokoju szalał niesamowicie i ledwo udało nam się go uśpić po 22.
- Dzień 1.
Nie dość, że urodziny Marcina, to jeszcze najlepszy dzień całej wyprawy. Za radą człowieka spotkanego poprzedniego dnia na szlaku wybraliśmy się do uroczej wioski Beddgelert i postanowiliśmy przejść Ścieżkę Rybaka (Fisherman’s Path). To był strzał w dziesiątkę!https://www.instagram.com/p/BiSVy10lNZV/?taken-by=crummarkindsKrótki odcinek wzdłuż potoku, potem pod górę doliną, w której kiedyś wydobywano miedź i do dziś pozostały ślady górniczej działalności, następnie zejście do jeziora Llyn Dinas i wzdłuż potoku z powrotem do wioski. Brakuje mi słów, żeby opisać tę trasę, było tam po prostu nieziemsko, a to wrażenie było spotęgowane prawie brakiem osób na szlaku (spotkaliśmy 4 osoby po drodze) oraz silniejszym niż wczoraj wiatrem (Zyzio od samego początku był ubrany w kombinezon zimowy i bardzo dokładnie owinięty pokrowcem przeciwdeszczowym, dzięki czemu nie narzekał).
Po powrocie do Beddgelert pozwoliliśmy sobie na obiad w restauracji z ogródkiem na tarasie nad potokiem. Kawa z widokiem na kwitnące magnolie i górskie szczyty – idealne zakończenie dnia. - Dzień 2.
Pogoda ostatniego dnia zrobiła się dość niepewna – na niebie zebrały się ciemne chmury i wzmógł się wiatr – więc zdecydowaliśmy pojechać do Caernafon, w którym znajduje się zamek zbudowany w XIII wieku przez Edwarda I. Twierdza jest symbolem angielskiej dominacji w Walii i znajduje się obecnie na liście światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO.Zamek położony nad morzem robi spore wrażenie. Osiem wież połączono skomplikowanym (przynajmniej podczas pierwszej wizyty) systemem korytarzy. Zwiedzający mogą przechadzać się murami i korytarzami, w niektórych salach przygotowano wystawy, a w jednej z sal można obejrzeć pokaz multimedialny prezentujący historię zamku. Odnajdowanie właściwej drogi i błąkanie po zakamarkach tego miejsca było dla nas prawdziwą frajdą. Chyba nawet Zyziowi się spodobało, bo wyjątkowo dużo gaworzył.
Snowdonia zrobiła na nas duże wrażenie, mimo że nie ma tutaj wysokich szczytów. Mała ilość drzew i ciekawe ukształtowanie terenu gwarantują piękne widoki, a brak tłumów – możliwość kontemplacji.
Mimo że nasze zestawienie kosztów nie wygląda zbyt zachęcająco, nie jest to drogi kierunek.
- nocleg: £80
- samochód: £80
- paliwo: £51
- jedzenie i picie w hostelu: £30
- obiad w restauracji: £35
- zakupy spożywcze: £7
- wejście do zamku: £19
- kawiarnia: £10
- parkingi: £5
Łącznie: £595, czyli niecałe £80 na osobę na dobę (Zyzia liczymy jako pół osoby). Był to jeden z naszych droższych wyjazdów, ale jesteśmy niesamowicie zadowoleni, a rozrzutność była spowodowana urodzinowymi okolicznościami.
Jutro zaczynamy drugą część majówki. Czekajcie na relacje. 😉
2 uwagi do wpisu “Snowdonia. Trzy dni w górach z niemowlakiem”