Lenistwu nastał kres. Dziś po raz ostatni obijaliśmy się na plaży, a rano zwiedziliśmy nawet centrum Patry. Naszym głównym celem było znalezienie supermarketu z jedzeniem dla bobasów i przy okazji przyjrzeliśmy się okolicom głównej stacji kolejowej. Nieco zaniedbane budynki i drogi w fatalnym stanie mają swój urok, ale nam przeszkadzały głównie bardzo wysokie krawężniki (nawet z lekkim i zwrotnym wózkiem czasami ciężko było na nie wjechać, a przy przejściach dla pieszych często brakowało wyrównania do poziomu nawierzchni…). Może następnym razem będziemy mieli czas na zgubienie się w gąszczu wąskich uliczek i spędzenie czasu w jednej z uroczych kawiarni.
Następnego dnia wszystkie plany posypały się koncertowo. Rano wymeldowaliśmy się z hotelu przed śniadaniem, żeby złapać pociąg miejski z naszej dzielnicy do dworca głównego. Na przystanku nie było nikogo, o 7:11 nie przyjechał żaden pociąg i od kierowcy dowiedzieliśmy się, że pociągu dziś nie ma. Wróciliśmy do hotelu, żeby wezwać taksówkę, która zawiozła nas na dworzec główny, z którego mieliśmy o 8 złapać pociąg do Aten. Uff, zdążyliśmy. Ale stacja – zamknięta. Pociągi w ogóle nie kursują.
Okazało się, że strajk generalny, o którym wspominali couchsurferzy, nie dotyczy tylko Aten, a całego kraju. W efekcie musieliśmy przespacerować się na dworzec autobusowy i tam kupić bilety do Aten (dwa razy droższe niż kolejowe…). I na tym nie koniec. Wisienką na torcie było zepsucie się autobusu w połowie drogi. Na szczęście po 15 minutach przyjechał pojazd zastępczy i wreszcie po 12 dojechaliśmy do Aten. W których również dopadł nas strajk. Ale to już historia na osobnego posta…
Koszty:
- bilety kolejowe do centrum i z powrotem: 5,6€
- zakupy spożywcze: 14€
- kawiarnia: 4€
- obiad (daliśmy radę zjeść mniej niż połowę – resztę zabraliśmy do zjedzenia na kolację i na śniadanie): 22€
- taxi: 9,2€
- bilety autobusowe: 41,4€
- kawy i ciacha na dworcu: 9€