Kolejny dzień w Atenach rozpoczęliśmy od wizyty w kawiarni w Ano Liosia. Potem udaliśmy się do Aten z zamiarem zobaczenia największych atrakcji turystycznych miasta.
Spacer zaczęliśmy od Muzeum Akropolu. To właśnie tam przeniesiono wszystkie artefakty z budynków znajdujących się na wzgórzu. Wstęp kosztuje tylko 5€ i jest to naprawdę niewiele w stosunku do ilości zbiorów prezentowanych w tym miejscu. Zacząć trzeba od tego, że muzeum jest zbudowane właściwie na wykopalisku archeologicznym – przez szklane podłogi można zobaczyć pozostałości starożytnego miasta, które wciąż są badane przez ekspertów.
Jedną z największych atrakcji muzeum są kariatydy podtrzymujące dach Erechtejonu (pięć z nich, szósta znajduje się w British Museum), zaś na mnie największe wrażenie zrobiło trzecie piętro, na którym umieszczono fragmenty fryzu (50 metrów, reszta jest rozrzucona po świecie, ale większość – 80 metrów – znajduje się, a jakże inaczej, w British Museum) zdobiącego Partenon – w takiej konfiguracji, w jakiej znajdowały się oryginalnie w świątyni, co oznacza, że po tej galerii chodzi się z głową zadartą do góry.
Idąc od Muzeum Akropolu wzdłuż podnóża góry, dotarliśmy do Monastiraki – dzielnicy, w której znajduje się najbardziej znany ateński pchli targ. Jego główna ulica była dla nas wielkim rozczarowaniem – są tam jedynie sklepy z pamiątkami i sieciówki z nowymi, a nie używanymi rzeczami. Za to boczne uliczki są warte uwagi, bo właśnie tam można upolować niezwykłe rzeczy z drugiej ręki.
Było już późne popołudnie, kiedy wróciliśmy na plac Syntagma, żeby napić się kawy i zaplanować, co robimy dalej. Wtedy właśnie rozegrał się drugi akt historii „Marcin Roztargniony”. Otóż (tak, dobrze myślicie) Marcin zdał sobie sprawę z tego, że zgubił swój telefon, co dla nas było sporym problemem. I nie chodziło o jego wartość, a o jego funkcję, bo: 1) karty pokładowe na jutrzejszy lot oraz bilety na autobus elektroniczne (cóż, można wydrukować), 2) potrzebny w pracy do pewnej aplikacji (cóż, można zainstalować na innym telefonie), 3) jest na nim mapa Aten, bez której nie trafimy ze stacji kolejowej do mieszkania naszego gospodarza!
Nie chcąc czekać na Giorgosa do północy, kupiliśmy w kiosku dokładną mapę miasta (na szczęście jesteśmy z tego pokolenia, które potrafi korzystać z papierowych map) i udało nam się bez problemów dotrzeć do mieszkania. Po drodze kilka razy dzwonimy na numer Marcina – sygnał jest, więc może telefon nie został skradziony w jednym z zatłoczonych miejsc Aten. Może ktoś usłyszy wibracje (bo telefon wyciszony) i oddzwoni? Nic z tego.
Jeśli jednak telefon miał po prostu wypaść z kieszeni, to tylko wtedy, kiedy Marcin siedział, a takich sytuacji było dziś niewiele. Pierwsza – w samochodzie naszego gospodarza w drodze z mieszkania na stację kolejową. Do sprawdzenia rano, bo kiedy Giorgos wraca do mieszkania, my już dawno śpimy. Po wizycie w samochodzie Marcin odnalazł… swoją harmonijkę. „Spróbuję jeszcze raz, tym razem wezmę twój telefon i będę dzwonił do siebie”. Marcin wraca po chwili z wyrazem ulgi na twarzy. „Jest”.
Tak, mój mąż to jedyna chyba osoba na świecie, która potrafi podczas jednego wyjazdu dwa razy zgubić telefon. I dwa razy go odnaleźć.
Ostatni dzień spędziliśmy leniwie, odpoczywając w mieszkaniu naszego gospodarza i robiąc mały spacer po Ano Liosia – z długim postojem w znajomej kawiarni. Ot, urywek życia lokalsa.
Po południu już tylko pociąg na lotnisko (czekaliśmy z drżeniem serca, na szczęście pojawił się o czasie i dojechał bez przeszkód), formalności na lotnisku i nocny powrót do Swansea. Żegnajcie upały, witajcie góry prania.
Koszty bieżące:
- bilety na pociąg do Aten i z powrotem: 5,6€
- jedzenie na mieście: 23,8€
- wstęp do Muzeum Akropolu: 10€
- bilety na pociąg na lotnisko: 20€
- kawy i ciacha na lotnisku: 24,2€
Jedna uwaga do wpisu “Ateny. Dzień 1-2”