Półwysep Gower. Rhossili

W sobotę skorzystaliśmy z zaproszenia mojego promotora i wybraliśmy się do Rhossili, miejscowości, która słynie przede wszystkim ze wspaniałej plaży – od 6 lat utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najpiękniejszych plaż w Wielkiej Brytanii, a w tym roku została uznana przez użytkowników TripAdvisor za pierwszą w Walii i trzecią w kraju. Jednak to nie plaża przyciągnęła nas na sam koniec półwyspu. Ani pozostałości fortu z epoki żelaza. Ani pozostałości średniowiecznego systemu rolniczego. Ani fragmenty dziewiętnastowiecznego wraku statku.

Pojechaliśmy tam, żeby zobaczyć Worms Head. Skrawek półwyspu, który przez większość dnia jest wyspą.

Żeby tam wejść, profesor zmobilizował się do wstania przed 9 (my jesteśmy na nogach zazwyczaj tuż po 6 czasu lokalnego). Na miejsce dotarliśmy ok. 9:30, czyli tuż po godzinie najniższego poziomu wody. Oznaczało to, że mamy 2 godziny, żeby dostać się na wyspę okresową i z niej zejść. Wczesna pora oraz zachmurzone niebo złożyły się na niesamowitą atmosferę. Po drodze minęliśmy zaledwie kilka osób.

Przejście na wyspę nie jest najłatwiejsze. Nie prowadzi tamtędy żadna ścieżka, trzeba samemu znaleźć drogę przez otoczaki i pokruszone skały. Ale warto. Mimo że nie dotarliśmy na sam koniuszek (chcieliśmy zostawić bezpieczny bufor czasowy na powrót – inaczej musielibyśmy czekać do następnego odpływu, czyli do godziny 21!), spędziliśmy kilka chwil, jedząc kanapki i obserwując przepływające jachty oraz… foki.

Byliśmy ostatnimi powracającymi z wyspy. Kiedy doszliśmy do lądu porośniętego trawą, część przejścia zalana była już wodą. W dodatku zza chmur wyszło słońce i powoli zaczęli zjeżdżać turyści. Myślę, że następnym razem spróbujemy przyjechać tutaj jeszcze wcześniej, żeby mieć wystarczająco dużo czasu na eksplorację całej wyspy i zmierzenie się z Diabelskim Mostem (info w opisie zdjęcia).

EDIT: marzec 2019

Wreszcie udało nam się wrócić do Rhossili i dojść do końca przylądka. Prawie. Wiatr był tak silny, że już na samym końcu zarządziliśmy odwrót. Naprawdę ciężko było utrzymać się na wąskiej ścieżce blisko krawędzi klifu. Wbrew pozorom przejście przez Diabelski Most było banalnie proste.

Ale jeszcze przed odpływem wybraliśmy się na plażę, żeby podziwiać wrak XIX-wiecznego transatlantyka Helvetia.

Wieczorem 31 października 1887 roku Helvetia dopływała do brzegów Mumbles, miejscowości znajdującej się pomiędzy Swansea a Rhossili. Załoga próbowała przybić, ale przeszkodził im w tym sztorm, przez całą noc statkiem miotał potężny wiatr, który rano tylko przybrał na sile. Wreszcie Helvetia zbliżyła się do brzegów na tyle, że załoga mogła zarzucić kotwicę – nie w planowej destynacji, ale właśnie w Rhossili. Kapitan chciał spędzić noc na statku, żeby chronić jego ładunek – 500 ton drewna – przed złodziejami, jednak pogoda nie pozwoliła na to, wszyscy musieli opuścić pokład, żeby ratować życie.

Rano marynarze wrócili na plażę tylko po to, żeby odkryć zniszczony statek i rozrzucony po plaży załadunek. Drewno zostało zebrane i sprzedane na aukcji po okazyjnej cenie, sam statek został kupiony dość tanio przez kogoś z okolicy z zamiarem rozebrania go na części (głównie ze względu na miedziane gwoździe). Jednak zanim miał okazję to zrobić, Helvetia zapadła się w piasek. Plotki głoszą, że nowy właściciel pocieszył się deskami pokładowymi, które posłużyły mu za kuchenną podłogę.

Dodaj komentarz