Przez dwa lata spędzone w Wielkiej Brytanii nie udało nam się zorganizować wyjazdu do Szkocji, więc teraz to nadrabiamy, a dodatkowo łączymy to z powrotem na szlak długodystansowy. Ostatnio byliśmy na takowym w 2016 roku na Korsyce (słynne GR20, a dokładniej jego północna połowa). Teraz zdecydowaliśmy się na chłodniejszy region Europy, czyli szkockie Highlands.
Na nasz wyjazd możemy poświęcić dokładnie tydzień (przylot w sobotę w południe, powrót w następną sobotę wczesnym rankiem), więc plan jest napięty. W dodatku różni się nieco od pierwotnego, a wszystko wynika z faktu, że w tym roku nieco zaszaleliśmy z ilością wyjazdów wakacyjnych (co z kolei wynika z tego, że nasi szaleni rodzice chcą się zajmować naszymi szalonymi dziećmi). Pod koniec zimy, po zrobieniu pierwszych rezerwacji w kilku krajach, doszliśmy do wniosku, że trochę za bardzo nadwerężamy nasz rodzinny budżet. W związku z tym wyrzuciliśmy z naszej szkockiej agendy Edynburg (obiecujemy, że wrócimy!) i postanowiliśmy jechać od razu na północ.
Wyzwania trekkingowe czekają na nas dwa. Po pierwsze, Beinn Nibheis (znany też jako Ben Nevis), czyli najwyższy szczyt Wysp Brytyjskich. Po drugie, the Skye Trail, czyli 128-kilometrowy szlak na wyspie Skye. Plan jest o tyle napięty, że prosto z lotniska, jedziemy pod Ben Nevis, kolejnego dnia wspinamy się na szczyt, potem jedziemy na wyspę i tego samego dnia zaczynamy wędrówkę szlakiem, a ostatniego dnia po marszu wsiadamy w autobus i jedziemy prosto na lotnisko na poranny lot.
Uff. Tyle teorii, zobaczymy, jak to wyjdzie w praktyce!
Przed wyjazdem próbowaliśmy oczywiście dowiedzieć się czegoś więcej o tym, co może nas czekać, oraz o samej Szkocji. Dla mnie fascynujący jest podział administracyjny kraju:


Na południu, w centrum oraz na wschodnim wybrzeżu zagęszczenie jednostek administracyjnych jest całkiem przyzwoite, ale prawie cała północno-zachodnia część Szkocji to wielka plama zwana… Highlands. Górzysty krajobraz, fiordy wcinające się wgłąb lądu oraz niskie zagęszczenie ludności – to właśnie tam jedziemy.
Niemniej fascynująca okazała się prognoza pogody. Mniej więcej od miesiąca sprawdzam ją dla Fort William (baza wypadowa pod Beinn Nibheis). ZAWSZE wyglądała tak, jak na załączonym zrzucie ekranu. Przysięgam. Dokładnie tak samo było z prognozą dla Portree (głównego miasta wyspy Skye). Czy to powód do smutku? Niekoniecznie!
W Szkocji, a właściwie w Highlands (czyli regionie, do którego jedziemy) królują midges, czyli coś pomiędzy meszkami a komarami. Są to bardzo jadowite bestie i – uwaga – doczekały się… swojej prognozy pogody. Tak, w Szkocji można sprawdzić meszkową prognozę i tak się składa, że w okolicach Fort William ich poziom jest zazwyczaj najwyższy. Poniżej możecie zobaczyć midges w akcji (ostrzegam – ten film jest dla ludzi o mocnych nerwach).
Uzbrojeni w tę wiedzę zaczęliśmy się przygotowywać. Postaram się opisać pokrótce wszystkie elementy tych przygotowań.
Logistyka
Do Szkocji chcieliśmy dolecieć bezpośrednio z Warszawy, a według naszych ustaleń taką usługę oferuje tylko jedna linia lotnicza. Padło więc na Ryanair i lot z Modlina do Edynburga. Bilety kupowaliśmy na początku marca i za dwie osoby w dwie strony oraz z dwoma bagażami rejestrowanymi zapłaciliśmy 2812.92 zł. Dodam, że w styczniu bilety były odrobinę tańsze, nie warto było czekać.
Po samej Szkocji poruszać będziemy się autobusami (jak w całej Wielkiej Brytanii pociągi są niestety zasmucająco drogie). Większość Szkocji obsługuje Citylink Scotland i to na ich stronie zaczęłam sprawdzać dojazd do Fort William, a później na północ wyspy Skye. Nieco później przejrzałam stronę przewoźnika nieco dokładniej i trafiłam na informację o Explorer Pass, który okazał się strzałem w dziesiątkę, bo pozwala zaoszczędzić sporo pieniędzy. Za dwa bilety tego typu zapłaciliśmy £170.50 (ok. 885 zł) czyli tyle, ile musielibyśmy wydać tylko na podróż w jedną stronę, z Edynburga, przez Fort William, na wyspę Skye. Świetna opcja.
[edit: 16 lipca wciąż nie dotarły do nas karty z biletami. Skontaktowaliśmy się z obsługą CityLink i dowiedzieliśmy się, że nasze karty wysłali do nas mniej niż 24 h po ich zamówieniu, czyli 30 czerwca. Z numeru do śledzenia przesyłki w RoyalMail dowiedzieliśmy się, że1 lipca dotarły do Glasgow i… od tej pory tam właśnie są! Efekt – musimy kupić nowe karty, o ile będzie na to czas (na lotnisku nie ma kasy CityLink), a zwrot za te pierwsze dostaniemy, jak już wrócą do nadawcy…]
Ostatnim elementem układanki będą jeszcze Stagecoach (które obsługuje północą część wyspy Skye), taksówka (bo pierwszego dnia nie zdążymy na ostatni autobus z centrum Fort William do hostelu, w którym się zatrzymamy na dwie pierwsze noce) oraz oczywiście nasze nogi, bo większość dni będziemy po prostu maszerować szlakiem.
Zakwaterowanie
Jedyne zakwaterowanie, na jakie się zdecydowaliśmy, to dwie noce w hostelu tuż przy szlaku na Beinn Nibheis. Za 2 łóżka w pokojach wieloosobowych (oddzielnie dla mnie i dla Marcina) zapłaciliśmy £140 (czyli ok. 727 zł). Całą resztę wyjazdu spędzimy w namiocie, z czego jedną noc być może na polu namiotowym.
Pakowanie
No i czas na mięsko. Co spakowaliśmy. Zacznę od tego, w co się spakowaliśmy. Mimo że mamy za sobą kilka dłuższych wyjazdów trekkingowych, to posiadamy głównie mniejsze plecaki (od 30 do 40 litrów). Do tej pory korzystaliśmy właśnie głównie z tych mniejszych plecaków oraz z bardzo, bardzo wysłużonego 50-litrowego plecaka Marcina; czasem pożyczaliśmy duży plecak od kogoś (pozdrawiamy Aldonę!).
Tym razem również zdecydowaliśmy się na pomoc przyjaciół, ale jeszcze przed wyjazdem Marcin dostał ode mnie zaległy prezent. 😉 W związku z tym Marcin pakuje się w Deutera Futura Vario 50+10, a ja w pożyczonego Kaipaka 58 z Fjällrävena (pozdrawiamy Vitalija!). Poniżej kompilacja naszego bagażu:


Kupka z lewej to moje rzeczy i ją opiszę szczegółowo. Do kupki Marcina odniosę się tylko w kilku punktach.
Spanie
Do tej kategorii zaliczam trzy główne przedmioty plus ewentualnie kupkę ubrań. Po pierwsze, namiot. Wiele lat korzystaliśmy z naszego ukochanego Vangusia (który przebywa obecnie w domu spokojnej starości ze względu na stan podłogi), potem kupiliśmy nowego Vangusia (Nevis 200), a dodatkowo Marcin kupił na próbę namiot Lanshan dla dwóch osób. Przetestowaliśmy oba i, choć Nevis 200 ma takie cechy jak nasz poprzedni Vanguś (Spectre 200), to marka krzak z AliExpress ma dwie zasadnicze przewagi. Po pierwsze, większą powierzchnię podłogi, a po drugie niższą wagę (ze względu na wykorzystanie kijów trekkingowych zamiast klasycznego stelaża). Dlatego też zabieramy ten namiot do Szkocji. Na zdjęciu po prawej to ten mały żółty pakunek.
Po drugie, śpiwór. Marcin od lat korzysta z Vango Latitude 200, ja niedawno zamieniłam swój Vango Latitude 300 na Simonda Down Makalu II. Przy wyższym komforcie cieplnym jest o ponad 600 g lżejszy, zajmuje też mniej miejsca.
Po trzecie, mata. Od wielu lat używaliśmy karimat, i to takich najtańszych i najcieńszych. Tym razem zdecydowaliśmy się na maty. Marcin kupił matę Sea to Summit Ultralight (550 g, 2,5 cm, naprawdę dobra cena), ja pożyczyłam wypasionego Thermaresta NeoAir Light (znów pozdrawiamy Vitalija!), który waży ok. 100 g mniej, ale jest przy tym gruby na 7,5 cm.
Dodatkowo ubrania. Oddzielnie zapakowana koszulka, legginsy oraz skarpety, które w najgorszym wypadku mogą służyć jako zapasowe ubrania na ostatni dzień trekkingu.
Ubranie
Nie będę opisywać tutaj szczegółów, dość powiedzieć, że na potrzeby tego wyjazdu do mojej kolekcji dokupiłam jedynie skarpety trekkingowe, stanik sportowy (OLX), jedne spodnie trekkingowe (lumpek) oraz jedną koszulkę z wełny merino (Vinted).
Przeciwdeszczowe: kurtka GoreTex Pro, spodnie (Decathlon), stuptuty
Spodnie: krótkie szybkoschnące, trekkingowe długie x 2
Koszulki: merino krótki rękaw x 2, merino bezrękawnik, zwykłe (na podróż) x 2, merino długi rękaw
Komin x 2
Majtki: merino, syntetyk x 2
Staniki: sportowe x 2, zwykły
Skarpety: trekkingowe x 4
Buty: sandały (na podróż), Meindl Nebraska Mid GoreText*
*Od lat jestem wierna Meindlom. Na zimę kupiłam Air Revolution (używane, z Vinted). W inne pory roku używałam Jerseyów, ale po 8 latach zdecydowałam się na wymianę podeszew NIE u producenta i niestety to było błąd. Dlatego teraz przed wyjazdem kupiłam trzecią parę (Nebraska) i przetestowałam ją w Bieszczadach. Myślę, że nie zawiodę się na nich w Szkocji.
Jedzenie
Kuchenka: mała, nakręcana na kartusz z gazem.
Kartusz: jedyna rzecz, której nie możemy spakować. Kupimy na miejscu. Obliczyliśmy, że wystarczy nam jeden ok. 250-gramowy.
Naczynia: rondelek, kubki (po 2 na osobę – jeden na rzeczy tłuste, jeden na kawę/herbatę), łyżka, nóż, artykuły luksusowe – składany lejek plus filtry do kawy.
Woda: po pierwsze, zainwestowaliśmy w porządny filtr, Sawyer Mini. Woda na szlaku nie jest bardzo dostępna, więc zakładamy, że będziemy musieli wspomagać się jeziorami i rzekami. Po drugie, bierzemy worki hydracyjne dla łatwiejszego picia w trakcie marszu. Po trzecie, wezmę jeszcze zwykłą plastikową butelkę, którą będę mogła napełniać przez filtr.
Produkty spożywcze: liofilizowane obiady x 3, zupka chińska, batony x 6, orzeszki x 2, tubki owocowe x 2, masło orzechowe (domowej roboty, w plastikowym słoiku), chleb chrupki (12 kawałków), owsianka x 4, herbata w torebkach, kawa (w słoik plastikowym). *
*Mało? Może i tak, ale wiem z doświadczenia, że na szlaku nie jestem nigdy bardzo głodna, jem raczej mało. Na pewno weźmiemy ze sobą kanapki na pierwszy dzień i skorzystamy z jedzenia w knajpkach, kiedy będziemy w miasteczkach. Co jakiś czas będziemy też mijać sklepy spożywcze, więc nie ma sensu przeładowywać plecaka.
Higiena
Sprzęt: ręcznik mikrofibra (PackTowl Ultralite), szczoteczka do zębów, grzebień, szpadelek, chusteczki nawilżane.
Kosmetyki: pasta do zębów, szampon, antyperspirant. Nie muszę chyba dodawać, że wszystko w małych opakowaniach.
Apteczka
Plastry kilku typów (polecam zwykłe – nie wodoodporne – Viscoplasty dla dzieci, najmocniejsze, jakich używałam), plastry z jonami srebra, plastry-szwy, Dermatol, gaziki jałowe + przylepiec, Paracetamol (w tabletkach i w proszku), Ibuprofen, Nifuroksazyd, koc termiczny, krem z filtrem SPF 50, środek na komary itp. (kupimy na miejscu).
Inne
Adapter UK, ładowarka, powerbank, czołówka + baterie
Kompas, mapa, przewodnik, kartki, długopis, dokumenty
Chusteczka (kawałek starej koszulki), balsam do ust
Plecak worek na bagaż podręczny i do trzymania drobiazgów w plecaku
To by było na tyle. Po pierwszym pakowaniu plecak Marcina ważył niemal 18 kg, a mój tylko 14, więc zrobiliśmy przepakowanie, przemyślenie i redystrybucję niektórych przedmiotów. W efekcie mamy dwa plecaki po 14,5 kg (bez wody, ale za to z butami i wszystkimi ubraniami w środku), a w razie czego znów możemy się zamienić niektórymi rzeczami.
Jutro ruszamy. Najpierw lot do Edynburga, potem transport do Fort William, wejście na Beinn Nibheis, transport do Duntulm i marsz na południe (przynajmniej do Torrin), wreszcie transport z powrotem na lotnisko i 29.07 z rana lot do Warszawy. Trzymajcie kciuki!