Szkocja. Ben Nevis

Sobota. Przylecieliśmy do Edynburga z delikatnym opóźnieniem i o ile kontrola dokumentów poszła bardzo sprawnie (korzystaliśmy z automatycznych punktów kontroli paszportowej), to na bagaż czekaliśmy tak długo, że nie zdążyliśmy złapać najwcześniejszego autobusu do Glasgow.

Na szczęście autobus AIR (przewoźnik CityLink) jeździ do Glasgow co pół godziny, więc o 15 byliśmy już na dworcu Buchanan i mieliśmy dwie godziny za zakup biletów kilkudniowych (Explorer Pass) oraz na wypad do sklepu turystycznego po kartusz z gazem. Co prawda w sklepie były tylko duże kartusze (440 g, a nam wystarczyłoby 200), a w kasie biletowej doznałam jakiegoś zaciemnienia umysłu i wzięłam bilety na 8 dni (choć nam wystarczyłyby na 5; przy podliczeniu kosztów sprawdzimy, czy nie przepłaciliśmy), ale udało nam się załatwić te dwie sprawy i o 17 jechaliśmy już do Fort William. I choćby dla samej wycieczki drogą przecinającą wzgórza Highlandów oraz jadącą wzdłuż Loch Lomond warto tu przylecieć. Widoki zapierają dech w piersiach, a nam w dodatku trafiła się niezła pogoda (od czasu do czasu słońce wychodziło zza chmur), więc byliśmy wyjątkowo zadowoleni.

W samym Fort William spędziliśmy kilkanaście minut spacerując po dawnym forcie (od którego miasto wzięło swoją nazwę), a zaraz potem pojechaliśmy do hostelu Glen Nevis. Jest to jeden z najlepszych hosteli, w których byłam. Wspólna sala z wysokimi i niskimi stolikami oraz kanapą przy kominku. Duża kuchnia (trzy zlewy, trzy kuchenki, dwa piekarniki, dwie mikrofalówki). Suszarnia (naprawdę działająca, czego nie można powiedzieć o wszystkich schroniskowych suszarniach). Półka na niepotrzebne jedzenie oraz półka na darmowe kartusze z gazem (część na wpół zużytych, cześć pełnych). Pokoje, które nie są maksymalnie wypełnione łóżkami. Po kilka łazienek na każdym piętrze. A wszystko wygląda na świeżo zrobione (w 2017 roku SYHA ogłosiło plan generalnego remontu hostelu, hostel otwarto ponownie rok później).

W Glen Nevis spędziliśmy noc, a rano zostawiliśmy większość naszych rzeczy i wybraliśmy się na najwyższy szczyt wysp brytyjskich.

Uwaga: w tym miejscu muszę obalić mit szkockich „pagórków”. Ben Nevis ma 1345 m n.p.m. i jest to mniej niż Tarnica, Śnieżka czy Babia Góra, to niezaprzeczalny fakt. Trzeba jednak pamiętać, że na Ben Nevis (oraz w ogóle na wiele ze szkockich wierzchołków) podchodzimy z poziomu morza. I tak właśnie wchodząc na Ben Nevis, podejść do zrobienia mamy… 1352 metry podejścia! Dla porównania:

  • na Tarnicę jest 755 m (z Ustrzyk Górnych) lub 612 m (z Wołosatego)
  • na Śnieżkę jest 1074 m (z Karpacza)
  • na Rysy jest 1181 m (ze Schroniska nad Morskim Okiem).

Mam nadzieję, że to daje wam pojęcie o charakterystyce tej trasy. Nie jest ona trudna technicznie, ale na pewno nie jest trywialna i wymaga niezłej kondycji. Mimo to trasę, którą Websterowie oceniają na 7-9 godzin, zrobiliśmy w 6 h 15 min.

Trasa nie jest znakowana, ale naszym zdaniem nie da się na niej zgubić. Niemal przez połowę szlak wiedzie kamiennymi schodami i początkowo jest dość dobrze osłonięty przez stoki i drzewa. Na kawałku obok Lochan Meall An T-Suidhe trasa robi się trudniejsza – po pierwsze, szlak jest odsłonięty, więc zaczyna dokuczać wiatr, po drugie, kamienne płyty zaczynają mieszać się z ziemią, a potem z drobnymi kamykami, po których nie chodzi się najprzyjemniej. To właśnie po takich kamykach robimy podejście na płaskowyż, którego częścią jest właściwy wierzchołek Ben Nevis (na mapie to podejście to ten zygzak w drugiej części szlaku). Sama końcówka szlaku wygląda trochę jak inna planeta – kamienna pustynia, zza której praktycznie nie widać zielonych pastwisk na stokach góry.

Na samym szczycie znajdziecie ruiny obserwatorium astronomicznego z drugiej połowy XIX wieku, schron awaryjny oraz pomnik poświęcony ofiarom II wojny światowej. Mimo że wspinaliśmy się na Ben Nevis przy naprawdę ładnej pogodzie, to już na płaskowyżu dominowały chmury i było po prostu zimno. To był jedyny raz podczas całego wyjazdu, kiedy poważnie żałowałam, że nie wzięłam rękawiczek. Właściwie wszyscy dookoła je nosili. Było to zresztą przyczyną dość zabawnych widoków – ludzie schodzący ze szczytu byli zakapturzeni, pozapinani, w rękawiczkach (najczęściej zimowych) i mijali ludzi idących pod górę, którzy byli dość mocno rozebrani (ba, mijaliśmy osobnika bez koszulki – choć to, moim zadaniem, była lekka przesada, nawet przy tak dobrych warunkach).

Zejście, wbrew pozorom, nie było już tak przyjemne. Po pierwsze, zaczęła się psuć pogoda i mniej więcej pół godziny po opuszczeniu przez nas wierzchołka zaczął padać delikatny deszcz. Nogi ześlizgiwały się razem z małymi kamykami. A w dodatku schodziliśmy w tłumie. Na szlak wyszliśmy o 7 rano i było wtedy względnie pusto, ale po 10 sytuacja było zgoła inna. Ba, jeszcze o 13 mijaliśmy ludzi dopiero wyruszających na szczyt.

Dodam jeszcze słowo o słynnych midżach (spolszczone midges, uważam, że zasługują na polską nazwę 😉 ). A więc na szlaku na Ben Nevis… nie spotkaliśmy ich wcale. Była to zasługa pogody, na którą trafiliśmy i bardzo cieszyliśmy się, że w miejscu, które teoretycznie jest najbardziej prześladowane przez krwiopijców, zostaliśmy oszczędzeni. Ale nie martwcie się – do tematu midży wrócę jeszcze w kolejnych postach.

Dodaj komentarz