W poniedziałek oboje obudziliśmy się dość wcześnie (poprzedniego dnia dość szybko zasnęliśmy), więc rano pozwoliliśmy sobie na leniwe pakowanie i śniadanie w cywilizowanych warunkach przed czekającymi nas noclegami w namiocie. O 9:10 złapaliśmy autobus do centrum Fort William, potem mieliśmy trochę czasu na zakupy w Morrisons i wreszcie o 10:00 ruszyliśmy w stronę Portree, największego miasteczka na wyspie Skye.
W przeciwieństwie do autobusów, którymi podróżowaliśmy w sobotę, ten był dość pełny. Do Portree dojechaliśmy o 13:05 i mieliśmy dokładnie 15 minut na załatwienie kilku sprawunków. Po pierwsze – poczta. Pobiegłam do niej zaraz po wyjściu z autobusu tylko po to, żeby dowiedzieć się, że… jest otwarta jedynie w czwartki i piątki! Kolejny przystanek – charity shop. Trochę zbyt optymistycznie oceniłam swoją wytrzymałość na szkocki wiatr i chciałam kupić cienki polar. Polaru nie znalazłam, ale cienką kurtkę puchową za 8 funtów już tak. Wzięłam ją, bo akurat takiej kurtki brakowało w mojej podróżniczej garderobie. Marcin w tym czasie kupił cienkie rękawiczki i o 13:20 jechaliśmy już w stronę Duntulm, z którego zaczęliśmy naszą przygodę ze Skye Trail.
Podróż wąskimi ulicami z mijankami i serpentynami jest atrakcją samą w sobie. W najbardziej newralgicznym momencie kierowca autobusu musiał na zakręcie wycofać (na dwa razy), poprosić dwa nadjeżdżające samochody o cofnięcie się (pod górę) i przecisnąć się tuż przy skale, żeby przejechać dalej. W kilku wypadkach nawigował przez okno kierowców osobówek, którzy przejeżdżali centymetr od brzegu drogi i centymetr od autobusu. Serio, w takim miejscu każdy samochód powinien raz w roku mieć darmową wizytę u blacharza.
Pomimo tych trudności po 14 udało nam się dotrzeć pod Rubha Hunish, czyli początek szlaku. Zaznaczę od razu, że kiedy mówimy o etapach Skye Trail oraz w ogóle o jego przebiegu, to odnosimy się do najbardziej chyba znanego opisu zaproponowanego przez Websterów i opisanego na stronie Walkhighlands. Według autorów pierwszy dzień to 11,5 km 289 metrów podejść które powinny zająć od 5,5 do 6,5 godzin (wliczając w to czas na samo zwiedzanie przylądka Rubha Hunish).



Jeśli ktoś kiedyś czytał coś na temat Skye Trail to wie, że oficjalnie rozpoczyna się od czerwonej budki telefonicznej, ale tak naprawdę samo wejście jest odrobinę dalej i wyżej, przy parkingu samochodowym. Wystarczy podążyć wyraźną ścieżką za znakiem wskazującym na Rubha Hunish, a potem pod górę do białego domku, który służy jako schron awaryjny. W środku jest maleńka sypialnia z piętrowym łóżkiem z drewnianych płyt, zakątek, który może służyć za kuchnię (są tam zostawione produkty spożywcze, ale trzeba pamiętać, że nie można tam używać kuchenki gazowej) oraz główny pokój, z którego rozpościera się genialny widok na morze (a w dodatku są tam porządne mapy wysypy).



Cechą charakterystyczną okolic tego przylądka są wrzosy, które już teraz, w lipcu, pięknie kwitły, cały czas słychać też było wśród nich brzęczenie pszczół. Innym elementem, który przewijał się co jakiś czas na tym pierwszym etapie były pozostałości kamiennych domów. Ich mieszkańcy zostali wysiedleni w latach 1750-1860, a ich miejsce zajęły… owce! Tak, białe puchate zwierzątka przynosiły dużo więcej zysku, więc okoliczne tereny masowo zamieniano na pastwiska i, w zasadzie, tak pozostało do dziś. Owce są wszędzie i Skye Trail wiedzie w jakichś 95% przez pastwiska, natomiast jadąc przez Highlands widać, że wszystkie wzgórza są pocięte ogrodzeniami i usiane owcami.



Cały Skye Trail jest szlakiem nieoficjalnym, w związku z tym nie jest znakowany i trasę trzeba odnaleźć samemu, a metod na to jest kilka. Po pierwsze, oczywiście mapa. Jest ich kilka na rynku, można je kupić również w Polsce. Dostępne są też mapy cyfrowe, m.in. na wspomnianej już stronie Walkhighlands. Wreszcie, korzystać można z aplikacji i GPSa. My właśnie wspomagaliśmy się aplikacją Walkhighlands. Przed przyjazdem pobraliśmy mapy kilku odcinków, a w trudniejszych kawałkach sprawdzaliśmy, czy jesteśmy na szlaku czy już nie. Dodatkowo mieliśmy przewodnik autorów aplikacji.
Na pierwszym etapie od czasu do czasu pojawiają się drogowskazy oraz słupki z zielonymi strzałkami Highland Council. Mimo to łatwo zejść z głównego szlaku, bo na całej Skye jest mnóstwo ścieżek wydeptanych przez owce, a i ludzie tworzą (świadomie lub nie) odnogi. Te odnogi czasem wiodą do jakiegoś ciekawego punktu widokowego, czasem omijają wyjątkowo mokre kawałki. Trzeba pamiętać, że te pastwiska to teren podmokły, przez większość trasy ma się uczucie chodzenia po gąbce. Nie ma tutaj typowego błota, raczej cała połać trawy zanurza się delikatnie, a na powierzchnię wypływa woda. Kluczem w nawigacji na Skye Trail jest trzymanie się brzegu wzgórza, jeśli jesteście daleko od klifu, to prawie na pewno zeszliście ze szlaku.
Pierwszy dzień kończymy we Flodigarry. Mamy tutaj kilka opcji noclegowych. Po pierwsze, hotel, czyli opcja luksusowa (przynajmniej jeśli chodzi o cenę), po drugie, hostel (29 funtów za łóżko), po trzecie namiot (opcja darmowa). Jest jeszcze opcja pośrednia i to właśnie z niej skorzystaliśmy – rozbiliśmy namiot obok hostelu, zapłaciliśmy po 15 funtów (od osoby) i mogliśmy korzystać ze wszystkich udogodnień hostelowych (łazienki, kuchnia z całym sprzętem, suszarnia). Był to świetny wybór, tym bardziej, że następnego dnia rano obudził nas deszcz, więc śniadanie mogliśmy zjeść w suchym i ciepłym miejscu. O możliwości wykąpania się i przesuszenia ubrań już nie wspomnę.
Dla kogo jest ten kawałek? Jeśli lubicie walijskie czy irlandzkie klify i dobrze się czujecie nad morzem o takim melancholijnym, deszczowym charakterze, śmiało ruszajcie na szlak z Rubha Hunish do Flodigarry. Zdecydowanie polecamy zabrać stuptuty – kto na tym kawałku ani razu nie pobrudził nogawki owczą lub krowią kupą, niech pierwszy rzuci bobkiem.