1 listopada wypadł w tym roku w środę, więc pierwsze pytanie, które sobie zadałam brzmiało – „długi weekend przed czy po?” 🙂
Ostatecznie zdecydowaliśmy się na wyjazd od środy do soboty i drugi raz w ciągu niecałego roku w Beskid Żywiecki. W dodatku w to samo miejsce – do Schroniska PTTK Markowe Szczawiny, w Paśmie Babiogórskim. Tym razem chcieliśmy dostać się do schroniska od strony Zawoi, zielonym szlakiem. Niestety ten plan się nie powiódł, a to dlatego, że… nie mogliśmy zapłacić za parking. Na miejscu są dwa parkometry, jeden na monety, drugi z dodatkową opcją płatności kartą. Tak się złożyło, że ten z terminalem nie działał, a nie mieliśmy 45 zł (wysokość opłaty za trzy doby) w bilonie. Opcji zakupu biletu przez internet nie ma, a że nie chcieliśmy ryzykować mandatu, pojechaliśmy na Przełęcz Krowiarki.
Rok temu 11 listopada zajmowaliśmy na tym parkingu ostatnie miejsca, tym razem było raczej pusto. Domyślam się, że przy ograniczonej ilości dni urlopowych dzień wolny w środku tygodnia nie robi długiego weekendu. Na pierwszy dzień mieliśmy zaplanowaną lekką, łatwą i przyjemną niebieską trasę do schroniska. Prowadzi ona szutrową drogą (dostępną dla wózków sportowych), przez las, który wygląda o tej porze roku przepięknie, dodatkowo od czasu do czasu trafiają się prześwity i cudowne widoki na dolinę na północ od masywu Babiej Góry.
Trasa wg mapy zajmuje dwie godziny, nam udało się zrobić ją w trzy z 3,5-letnim uczestnikiem wyprawy. To mniej niż zakładaliśmy, biorąc pod uwagę nasze najwcześniejsze doświadczenia z Zyziem, więc zupełnie bez problemu zdążyliśmy dojść na nocleg przed zapadnięciem zmroku.
Wiedzieliśmy, że w czwartek będzie jedynym pełnym dniem bez deszczu i z częściowym tylko zachmurzeniem, więc, mimo zapowiadanego wiatru, zdecydowaliśmy się na wejście na Babią Górę, w dodatku Percią Akademików (taka pętla ze schroniska jest najkrótsza czasowo). Na samej Perci jest kilka fragmentów ze sztucznymi ułatwieniami i tylko na jednym, z klamrami, Stefcio faktycznie potrzebował naszej pomocy.



Samo dojście pod szczyt nie było wyzwaniem, ale wiatr na górze owszem. Widoków nie było zupełnie, wszystko zasłoniła chmura. Myślę, że uczucie przebywania na szczycie można było porównać do jazdy na dachu rozpędzonego na autostradzie samochodu. Wiedzieliśmy, że najkrótsza droga w dół i do piętra kosodrzewiny wiedzie na zachód, w stronę przełęczy Brona. Cały ten kawałek robiliśmy etapami, chroniąc się na chwilę przy każdym kopczyku dookoła traserów. Wśród drzew mogliśmy wreszcie odpocząć od wiatru i resztę trasy do schroniska pokonaliśmy już bez przygód. Łącznie zajęło nam to 4 godziny i 10 minut; potem mieliśmy czas na obiad, popołudniową drzemkę i relaks w schronisku.
Dodam jeszcze, że od razu po wejściu na Babią wiedzieliśmy, że popełniliśmy błąd. Powinniśmy byli wybrać się na bardziej osłoniętą, Małą Babią Górę; tam mielibyśmy też szansę na nieco lepsze widoki, bo jest to nieco niższy szczyt. Zyzio na tych wietrznych odcinkach świetnie się bawił, ale dla Stefka było to bardzo nieprzyjemne i nie chcieliśmy fundować mu podobnych doświadczeń, a na pewno nie podczas tego wyjazdu.
Piątek zapowiadany był deszczowo, więc na ten dzień zaplanowaliśmy sprawdzenie dwóch punktów widokowych w pobliżu schroniska. Rano zjedliśmy nieśpiesznie śniadanie i o 10, akurat w przerwie od opadów, wybraliśmy się na Polanę Kaczmarczykową leżącą przy czarnym szlaku w stronę Zawoi. Serdecznie polecamy to miejsce. Widok rozciąga się stamtąd niesamowity, a sam szlak wygląda na mało uczęszczany. Nie spotkaliśmy w tym miejscu żywej duszy i wykorzystaliśmy przestrzeń na małą sesję zdjęciową.





Po powrocie kontynuowaliśmy leniwy tryb – trochę gier, drzemka w południe, obiad w bufecie (trzeci dzień z rzędu naleśniki z serem i bitą śmietaną, ale nie mogliśmy odmówić dzielnym piechurom), a o 15 wyszliśmy na kolejny spacer, tym razem na zachód, czerwonym/żółtym szlakiem w stronę Zerwy Cylowej. Była to bardzo przyjemna przechadzka, z minimalnym przewyższeniem do pokonania, ale widok był mniej spektakularny niż w przypadku Polany Kaczmarczykowej. Sam spacer przez las był magiczny, ale po drodze mijaliśmy kilka zupełnie świeżych wiatrołomów, z których jeden tarasował szlak.


W sobotę od razu po śniadaniu w bardzo zatłoczonym bufecie (masa ludzi wraca ze wschodu słońca na Babiej Górze) ruszyliśmy niebieskim szlakiem w stronę parkingu na Przełęczy Krowiarki. Po 2,5 godziny siedzieliśmy już w samochodzie i rozgrzewaliśmy zmarznięte kończyny. Ostatnia noc była w Beskidzie Żywieckim bardzo zimna (na Babiej spadł śnieg), ale już po kilkunastu minutach i kilkaset metrów niżej termometr samochodowy pokazywał 13 stopni na plusie, a my czuliśmy przyjemne ciepło.
Koszty
- Nocleg: 1020 zł za 3 noce w 4-osobowym pokoju.
- Jedzenie w bufecie: 614 zł; wzięliśmy trochę jedzenia ze sobą, ale z racji tego, że nieśliśmy we dwoje większość rzeczy chłopców, od razu wiedzieliśmy, że będziemy się wspomagać schroniskową kuchnią.
- Stacje benzynowe: 351,59 zł; głównie gaz, ale również trochę jedzenia.
- Bilety wstępu do BgPN: 56 zł za dwie osoby dorosłe na 4 dni (dzieci w wieku przedszkolnym wchodzą za darmo).
- Parking na Przełęczy Krowiarki: 50 zł (teoretycznie opłata wynosi 50 zł za dzień, ale nam z jakiegoś powodu policzyli 50 zł za 4 dni).
Łącznie: 2091,59 zł, czyli 130,72 zł za osobodzień.
Uwagi końcowe
Miło było wybrać się na rodzinny wyjazd w góry, ale po raz kolejny widzimy przepaść między potrzebami, a przede wszystkim tempem, chłopców. Zyzio wielokrotnie narzekał, że idziemy za wolno, podczas gdy Stefcio płakał, bo „chciał być pierwszy”. W tym wieku różnica 2,5 roku jest trudna do pogodzenia i wiemy, że w najbliższych latach będziemy musieli częściej się rozdzielać. Na wyjazdy i podczas wyjazdów na inne trasy.
Post górski jak zwykle zakończę przypominajką o wspieraniu symboliczną kwotą GOPRu. To dzięki wolontariackiej pracy retowników wszyscy możemy podziwiać polskie góry w poczuciu bezpieczeństwa. Zachęcamy do dorzucenia swojej cegiełki. 🙂
Jedna uwaga do wpisu “Beskid Żywiecki z przedszkolakami”