Andaluzja. Malaga & Ronda

W ramach walki z polskimi zimowymi ciemnościami (w Warszawie w grudniu przez cały miesiąc słońce świeciło przez… 8 godzin) udaliśmy się na kilka dni do Malagi. Może nie było aż tak słonecznie, jak się spodziewałam, ale było zachwycająco.

Na początku dwa słowa podsumowania – Malaga jest fantastyczna i uważam, że każdy powinien o tym wiedzieć. Dawno żadne miasto nie spodobało mi się aż tak bardzo, a mam wrażenie, że jeśli idzie o Hiszpanię, to wszyscy zachwycają się Barceloną i kojarzą Madryt (który mnie podoba się dużo bardziej niż stolica Katalonii!). Ale po kolei.

Kiedy startowaliśmy z Warszawy w czwartek rano, samolot trzeba było odladzać (co opóźniło wylot o niemal godzinę), a wylądowaliśmy w pełnym słońcu w temperaturze ok. 10 stopni na plusie (po południu było na tyle ciepło, że spacerowałam w krótkim rękawku). Muszę przyznać, że miło było poczuć produkcję witaminy D, ale ostatecznie czwartek był jedynym dniem, w którym zrzuciłam z siebie puchową kurtkę.

Prosto z lotniska pojechaliśmy do Muzeum Motoryzacji i Mody. Brzmi nietypowo, ale myślę, że spodoba się każdemu. Fani motoryzacji i znawcy historii mody na pewno będą zachwyceni i spędzą tutaj dużo czasu, ale pozostali też nie będą się nudzić. W muzeum znajdziecie pojazdy reprezentujące rozwój techniki samochodowej i postępy w projektach od strony wizualnej, a także pojazdy, które zostały wyprodukowane w bardzo ograniczonej liczbie i niekoniecznie przypominają to, co wyobrażamy sobie jako samochód zabytkowy czy retro. Niektóre są naprawdę intrygujące.

Z muzeum wybraliśmy się piechotą wzdłuż wybrzeża i portu do naszego noclegu w centrum historycznym. Centrum Malagi jest piękne i, przede wszystkim, bardzo zielone. Zachwyciła nas architektura i wszechobecne drzewa, szczególnie palmy. Na wieczór zostawiliśmy sobie wizytę w renesansowej katedrze (jej wnętrze jest wspaniałe, ale żałuję, że nie wybraliśmy się po prostu na taras na dachu) oraz spacer po promenadzie wzdłuż słynnej plaży Malagueta aż do terminala dla statków pasażerskich. Oprócz zachodu słońca można podziwiać luksusowe jachty cumujące na Costa del Sol.

Dzień drugi okazał się muzealnym szaleństwem. Pogoda nie dopisała tak jak dnia pierwszego (choć słońce kilka razy wychodziło zza chmur), więc zaczęliśmy zwiedzanie od Muzeum Malagi, w którym ja się po prostu zakochałam. Już sam magazyn udostępniony na parterze jest fascynujący, a im wyżej, tym ciekawiej. Zbiory sztuki i w szczególności zbiory archeologiczne są bardzo obfite i ciekawie opisane. Muzeum pracuje od 9 do 21 (to bardzo długo jak na hiszpańskie standardy), a na dodatek jest darmowe dla obywateli Unii Europejskiej. Biorąc to wszystko pod uwagę, uważam małą liczbę odwiedzających za skandal.

Zupełnie inaczej jest w przypadku Muzeum Picassa. Tutaj musieliśmy kilkanaście minut postać w kolejce, a za wejściówkę zapłaciliśmy najwięcej. Trzeba jednak przyznać, że warto było wydać te pieniądze. Malaga, która jest rodzinnym miastem Pablo Picassa, może pochwalić się cudowną kolekcją jego dzieł, od najwcześniejszych, kiedy miał ledwie kilkanaście lat, po takie ze schyłku jego życia. I to nie tylko obrazy, ale także rzeźby czy ceramikę (Picasso jest znany jako malarz, ale stworzył również około 4000 dzieł sztuki z ceramiki). Dodatkowym atutem tego muzeum jest również udostępniona część podziemna z odsłoniętymi antycznymi fundamentami budynku oraz wystawy czasowe. My trafiliśmy na „Dialogi z Picassem”, które prezentują dzieła najnowsze inspirowane twórczością Picassa. Ta wystawa kończy się już wkrótce, ale jeśli ktoś z was wybiera się w okolice, to serdecznie polecam zajrzeć.

Popołudnie spędziliśmy bardziej na świeżym powietrzu, a konkretnie w forcie Gibralfaro oraz na zamku Alcazaba. Oba są bardzo blisko siebie, dawniej łączyła je droga (teraz trzeba iść trochę naokoło), ale różnią się charakterem. Z Gibralfaro roztacza się piękny widok na Malagę i jej okolice. Ogrody wewnątrz też są wspaniałe, jednak niemal wszyscy zwiedzający okupują mury obronne, ze względu na panoramę ze wzgórza. Albazaba oferuje nieco mniej widoków miasta, ale zdobienia i tak zatrzymują uwagę wewnątrz. W środku można również obejrzeć też trochę ceramiki i innych artefaktów, ale moim zdaniem po zapoznaniu się z ofertą Muzeum Malagi, ekspozycja na zamku wypada blado.

Drugi dzień zakończyliśmy zwiedzaniem centrum Pompidou. Muszę przyznać, że pod wieczór byłam już wykończona, ale mimo to nie żałuję spaceru do tego miejsca. Mimo że nie jestem znawczynią ani wielbicielką sztuki współczesnej, muszę przyznać, że jest w niej coś intrygującego, a w dodatku zazwyczaj pokazuje się ją w bardzo ciekawych przestrzeniach, co zawsze jest interesującym doświadczeniem. Nie inaczej było w Pompidou, więc jeśli macie trochę wolnego czasu, zajrzyjcie tam.

Ostatni dzień w Andaluzji poświęciliśmy na wycieczkę do Rondy. To niewielkie miasteczko znane jest z tego, że leży na szczycie imponującego wąwozu rzeki Guadalevín (Hamingway w „Komu bije dzwon” opisuje, jak do tego wąwozu wrzucano zwolenników generała Franco). Miasto jest niezwykłe nie tylko ze względu na położenie geograficzne, ale też z powodu swojej historii. W Rondzie zobaczymy świadectwa celtyckiej, fenickiej, rzymskiej czy berberyjskiej kultury. Najwięcej uwagi przyciąga Puente Nuevo i stare miasto z zabytkami sięgającymi XIII wieku, ale moim zdaniem dużo ciekawsze (a na pewno spokojniejsze i pozwalające na prawdziwe rozkoszowanie się miastem) są wąskie uliczki okalające główną część turystyczną Rondy. Owe uliczki są zabudowane białymi kamienicami z brązowymi dachami i nielicznymi żółtymi akcentami, a w dodatku są położone na wzniesieniach, więc co jakiś czas roztacza się z nich piękny widok na okoliczne góry i pola.

Jeśli chodzi o starówkę, to oprócz wałęsania się po murach miejskich polecam wizytę w pałacu Mondragón. Szczerze mówiąc, zdecydowałam się na to miejsce tylko dlatego, że w opisie mignęło mi słowo „archeologiczny” i chociaż znajduje się tam ekspozycja z pewną ilością artefaktów oraz całkiem ciekawymi planszami informacyjnymi i rekonstrukcjami, to sam pałac podobał mi się dużo bardziej. Mondargón jest pełen pięknych zdobień w stylu mudejar, znajduje się tam również uroczy ogród, z którego roztacza się piękna perspektywa na okolicę. Dla mnie atutem była również niewielka liczba zwiedzających, co pozwalało na prawdziwe odpoczynek i skupienie na widokach z części zewnętrznej pałacu.

Przez trzy dni udało nam się zobaczyć zaledwie skrawek Andaluzji, ale jestem pewna, że było warto. Od wielu osób słyszałam, że ten region Hiszpanii jest wspaniały, ale nikt mi nigdy nie powiedział o Maladze, czym jestem oburzona! To wspaniałe miasto, na dodatek latają tam z Polski tanie linie lotnicze, co czyni ją naprawdę idealną opcją na krótki zimowy wyjazd. Myślę też, że względu na swoje położenie może stanowić także dobrą bazę wypadową na wycieczki po regionie.

Koszty

Czas na najciekawsze, czyli jak rozłożyły się nasze wydatki. Jak zawsze, podzielę je na kilka dużych kategorii.

Transport

Jeśli chodzi o transport, to rzecz jasna bilety lotnicze stanowiły tutaj większość (86%) wydatków. Były one również dużo droższe niż taryfa podstawowa, bo zdecydowaliśmy się na wykupienie miejscówek, które w tanich liniach lotniczych potrafią kosztować tyle, co same bilety. Kupowaliśmy też bilety autobusowe do Rondy (tańsze niż kolejowe) oraz bilety na autobus/pociąg z i na lotnisko. Łącznie wydaliśmy tutaj 1801,44 zł.

Nocleg

Ja od lat korzystam z Bookingu i z tego powodu naliczają mi się tam niezłe zniżki. Za dwupoziomowy apartament z balkonem i tarasem (tym razem to naprawdę był apartament, a nie po prostu mieszkanie) w centrum zapłaciliśmy 1167,90 zł za trzy noce.

Wyżywienie

W tej kategorii wydaliśmy 757,77 , przy czym trzy razy więcej na jedzenie w kawiarniach i restauracjach, niż za zakupy w sklepach spożywczych. Jeśli chodzi o miejsca do jedzenia na mieście, to w Maladze możemy polecić trzy:

  • churreria La Malagueña – w godzinach porannych zobaczycie tutaj kolejkę miejscowych (do miejsc w środku), w styczniu krzesła przy stolikach na zewnątrz były dostępne bez czekania; dostaniecie tu cudowne churroski z czekoladą i dobrą kawę
  • taberna La Antigua – wybraliśmy się tutaj na ośmiorniczki (całkiem udane) i kalmary (cudowne) oraz kieliszek wina; bardzo podobała mi się możliwość zamówienia połowy porcji niektórych dań, szybkość przygotowania potraw oraz bardzo miła obsługa (pozwalająca mi ćwiczyć mój marny hiszpański)
  • Antigua Casa de Guardia – pech chciał, że to miejsce było zamknięte w tym tygodniu, kiedy byliśmy w Maladze, ale poleciła nam je rodowita malagijka (pozdrawiam Angelę!), więc uważam, że warto o nim wspomnieć.

Inne

Do tej kategorii wchodzą wydatki na wejściówki do muzeów (a tych było wyjątkowo dużo i stanowiły ogromną większość wydatków poza tymi podstawowymi) oraz pocztówki i znaczki (tym razem w okrojonym zakresie). Łącznie wyszło tutaj 514,14 zł.

Cały wyjazd dla dwóch osób na cztery dni kosztował nas 4241,25 zł, czyli 530,16 zł za osobodobę. Okazuje się, że to jeden z droższych wyjazdów, ale koszty można było znacznie ograniczyć poprzez zrezygnowanie z dodatków do biletów lotniczych, wybór tańszego noclegu, a przede wszystkim rezygnację z niektórych muzeów. Co kto woli. 😉

Dodaj komentarz