Stolicy Wielkiej Brytanii rzadko odmawiam. Nie inaczej było tym razem. Gdy tylko wezwała, posłusznie wsiadłam w samolot i poleciałam. 😉
Wczesna godzina lotu (5:50) była raczej zniechęcająca, ale z drugiej strony mieliśmy dzięki temu cały dzień w Londynie bez dodatkowego noclegu. Prosto z Luton pojechaliśmy na Finchley Road i stamtąd spacerem do Alexandra Road Estate, czyli na brutalistyczne osiedle z lat 60. ubiegłego wieku. Są to trzy równoległe bloki, wygięte w łuk, a w dodatku tarasowate (każde kolejne piętro jest cofnięte w stosunku do niższego). Nawet tyle lat po zakończeniu projektu robi on ogromne wrażenie, nie tylko samą formą, ale też ilością zieleni. Owszem, rosną tam pojedyncze drzewa, jest również park na osiedlu, ale nie wyglądałoby to tak imponująco, gdyby nie zieleń wybuchająca z większości balkonów i tarasów. Oczywiście palmy i aloesy zwracają największą uwagę, ale one są tylko uzupełnieniem innych roślin, wśród których nie przeważają kwiaty (odwrotnie niż w Polsce, gdzie zielone, a raczej chaotycznie kolorowe balkony można obserwować ledwie kilka miesięcy w roku). Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się przyjechać na to osiedle również latem.
Z północnego zachodu Londynu pojechaliśmy zasadniczo na jego przeciwległy kraniec, bo aż do Greenwich. Przy okazji przesiadki zaliczyliśmy krótki spacer po Canary Wharf, ale naszym głównym celem był park i punkt widokowy przy słynnym obserwatorium astronomicznym. Greenwich zaskoczyło nas nie tylko piękną panoramą miasta (którą podziwialiśmy wśród hałasu remontu dookoła tarasu widokowego), ale także słońcem, które niespodziewanie wyszło na jakiś czas zza chmur. Choć panorama była piękna, to zdecydowanie wolę podziwiać architekturę z bliska. Doceniam jednak samą przestrzeń, bo bardzo przypomina mi Singleton Park w Swansea – a do tego miejsca mam ogromny sentyment.


Z Greenwich podjechaliśmy autobusem w okolice Tower Bridge, a stamtąd krótkim spacerem wzdłuż Tamizy i przez City doszliśmy do Barbicanu, czyli kolejnej ikony brutalizmu w Londynie. Może to zasługa słońca, a może skala projektu, ale Barbican zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Osiedle powstawało przez dekadę, na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku. W jego skład wchodzi trzynaście bloków i trzy wieżowce. Polecam poczytać więcej na jego temat tutaj, a jeśli będziecie w Londynie, koniecznie wpadnijcie na spacer – być może uda wam się też trafić na któreś z wydarzeń z oferty kulturalnej Barbican Centre.
Po dość długim już spacerze przyszedł czas na zameldowanie w hotelu w Bayswater i krótki odpoczynek, za to na koniec dnia skorzystaliśmy z piątkowych wydłużonych godzin otwarcia w British Museum. Była to moja trzecia wizyta w tym miejscu i po raz kolejny zachwycałam się samą przestrzenią, jak i kolekcją tam zgromadzoną. Jak w każdym brytyjskim mieście znajdziemy tam przynajmniej jedną mumię i grecką wazę, ale chyba najbardziej znanym artefaktem tego muzeum jest Kamień z Rosetty, który umożliwił rozszyfrowanie egipskich hieroglifów w pierwszej połowie XIX wieku. Wpadnijcie koniecznie, może załapiecie się na krótkie oprowadzania przewodników.



Sobota była dniem zaplanowanym na muzea. Ze względu na lokalizację naszego noclegu mogliśmy dojść na Exhibition Road spacerem przez Hyde Park, po drodze rzucając okiem na pałac Kensington oraz na pomnik ku czci króla Alberta, ukochanego męża królowej Wiktorii. Na pierwszy ogień zaplanowaliśmy ok. 2 godzinne-zwiedzanie Muzeum Nauki. Byłam tutaj drugi raz i ze zdziwieniem odkryłam, że nie widziałam wszystkich poziomów, między innymi wystawy „The Secret Life of the Home”, która pokazuje rozwój sprzętu domowego, od pralek i lodówek, poprzez kuchenki gazowe, aż po suszarki do włosów. Nie pamiętałam również wystawy „Flight”, która przedstawia rozwój lotnictwa i można tam zobaczyć pokaźną kolekcję silników samolotowych oraz modeli samolotów. W każdym razie w Muzeum Nauki jest co zwiedzać i nawet jeśli chcecie zobaczyć każde piętro jedynie pobieżnie, to potrzebujecie raczej 3, a nie 2 godzin.
Naszym kolejnym celem było National Gallery, ale zamiast komunikacji miejskiej wybraliśmy oczywiście spacer, i to nie byle jaki. Szliśmy przez South Kensington i Belgravię, mijając po drodze słynnego Harrodsa, Hyde Park Corner, Wellington Arch, no i przede wszystkim pałac Buckingham. Siedzibę monarchy brytyjskiego podziwialiśmy również z St James’s Park, a stamtąd, zamiast wprost do muzeum, odbiliśmy w stronę rzeki, żeby rzucić jeszcze okiem na Opactwo Westminsterskie oraz parlament i słynnego Big Bena. Dotarliśmy wreszcie na Trafalgar Square i po ok. 10 minutach czekania dostaliśmy się do galerii. Nie wystraszcie się długości kolejki – przemieszcza się ona dość szybko, a myślę, że kilkanaście minut czekania to bardzo niska cena za możliwość zobaczenia el Greco, van Gogha, da Vinci oraz wielu innych legend malarstwa.



Na niedzielę zostawiliśmy chyba najbardziej znaną galerię sztuki w Londynie. Podjechaliśmy do katedry św. Pawła i przez Millenium Bridge doszliśmy do Tate Modern. Ogromna przestrzeń dawnej elektrowni Bankside pozwala na pokazywanie obiektów naprawdę pokaźnych rozmiarów. Oprócz sztuki najnowszej można zobaczyć tutaj obrazy Warhola, Picassa czy Pollocka, a jeśli ktoś zupełnie nie jest ciekawy sztuki współczesnej, to może po prostu skorzystać z tarasu widokowego. Na pożegnanie z Londynem został nam już tylko spacer wzdłuż Tamizy i mostem Westminsterskim, aż do metra, którym podejchaliśmy na dworzec autobusowy Victoria, a stamtąd na lotnisko w Luton.
Koszty
Tym razem bardzo skrótowo:
- nocleg: 1305 zł
- loty: 1142 zł (mały bagaż podręczny, wybrane miejsca – obecnie to koszt ok. 100 zł za osobę w jedną stronę!)
- wydatki na miejscu: 907,90 zł
Łącznie: 3354,90 zł, czyli 559,15 za osobodobę.
Uwaga na temat komunikacji miejskiej w Londynie
O ile używacie metra lub autobusów, najlepiej będzie korzystać z systemu „Pay as you go”. Nie potrzeba żadnych papierowych biletów czy słynnych „Oysterek”. Wystarczy karta, zwykła karta debetowa z aktywnymi płatnościami zbliżeniowymi. I nie musicie liczyć w głowie, ile razy musielibyście dziennie jeździć, żeby opłacało wam się kupić bilet tygodniowy, bo TFL (firma obsługująca transport w Londynie) wprowadziła dzienny limit. To znaczy, że system zlicza, ile razy przyłożyliście kartę do czytnika i po 24 godzinach albo pobiera wam opłatę za kilka przejazdów, albo pobiera maksymalną dzienną opłatę. Podczas naszego pobytu taka opłata w granicach 1. strefy komunikacyjnej (a to w niej znajduje się zdecydowana większość najbardziej znanych atrakcji stolicy) wynosiła 8,10£.