Ponad 4 lata temu przywiało mnie do Wiednia na warsztaty językoznawcze. Było to w lutym i kiedy po zajęciach miałam czas na spacerowanie, było już ciemno i, przede wszystkim, zimno. Zobaczyłam wtedy tak naprawdę zaledwie kawałek miasta i tylko jedno muzeum, a w tym roku postanowiłam to zmienić i wzbogacić moje wspomnienia ze stolicy Austrii.
Na ten wyjazd byłam umówiona już od dawna. Albo raczej – na ten termin byłam umówiona od dawna, i to z dwiema osobami. Koniec końców pojechałyśmy na wycieczkę we dwie, ja i przyjaciółka, z którą w tym roku obchodzimy 20-lecie znajomości (!). W dodatku to właśnie ta przyjaciółka była ze mną w Wiedniu 4 lata temu, więc obie chciałyśmy skorzystać z dobrej pogody i spędzić większość czasu na zewnątrz. Myślę, że udało nam się to całkiem nieźle.
W piątek o 6 rano wyjechałyśmy z Wrocławia pociągiem bezpośrednim i tuż przed 12 byłyśmy w Wiedniu. Wiedziałyśmy, że pierwszego dnia prognozowane są opady deszczu, więc nie miałyśmy zbyt ambitnych planów. Udało nam się dotrzeć do wynajmowanego mieszkania suchą stopą, ale już kiedy wychodziłyśmy na miasto, rozpętała się prawdziwa ulewa. Przezornie zaplanowałyśmy kolejnych kilka godzin w Muzeum Historii Naturalnej, które mieści się w samym centrum miasta, w majestatycznym budynku z drugiej połowy XIX wieku. Byłam już w kilku muzeach tego typu i muszę powiedzieć, że wiedeńskie zrobiło na mnie spore wrażenie. Wciąż utrzymuję, że londyńskie MHN jest najlepszym, jakie widziałam, ale to w Wiedniu ustępuje mu tylko odrobinę. Ogromna kolekcja minerałów, skamielin, wypchanych zwierząt czy ich szkieletów potrafią zająć na naprawdę długo. Wnętrze jest przepiękne – ja jestem fanką skrzypiących drewnianych podłóg, a XIX-wieczne gabloty dodają całej wystawie niesamowitego uroku. Myślę tylko, że nie do końca został wykorzystany potencjał przyciągania turystów dinozaurami – poświęcono im tylko jedną salę i prezentowane szkielety robiły wrażenie nieco ściśniętych. Warto zwrócić też uwagę, że (podobnie jak w Londynie), w Wiedniu można zobaczyć ruchomego t-rexa.




Po 18 pogoda poprawiła się na tyle, że zdecydowałyśmy się na leniwy spacer do naszej bazy noclegowej. Po drodze mogłyśmy podziwiać pawilon kolejowy Ottona Wagnera (czytając przewodniki, można odnieść wrażenie, że ten pan samodzielnie zaprojektował jakąś ćwierć budynków w Wiedniu), Karlsplatz i górujący nad nim Karlskirche, a nieco później konstrukcję, którą bardzo chciałam zobaczyć, mianowicie Flakturm. Flakturm to po polsku wieża dział obrony przeciwlotniczej. W Wiedniu jest takich sześć, a właściwie trzy pary, bo jedna służyła do namierzania, druga do strzelania. W Wiedniu tylko jedna z tych wież jest porządnie zagospodarowana – znajduje się tam oceanarium, a na jednej ze ścian można się wpinać. My akurat byłyśmy w Arenberg park i tam wieże stoją puste, niektóre ich ściany zostały pokryte muralami, a u ich stóp są place zabaw czy boiska do koszykówki i piłki nożnej. Moim zdaniem Flaktürme robią ogromne wrażenie, kiedy niespodziewanie wyłaniają się spomiędzy klasycystycznych kamienic.


Sobotę przeznaczyłyśmy na dotarcie do kilku punktów, które pomogły nam lepiej zrozumieć Wiedeń i jego historię. Zaczęłyśmy spacer od wizyty na… pchlim targu. I to nie byle jakim, bo takim, który odbywa się na Naschmarkt. Pchle targi staram się odwiedzać w większości miast, które zwiedzam. Lubię sprawdzać, jakie meble, książki, naczynia czy ubrania wystawiają miejscowi. Muszę powiedzieć, że zazwyczaj… te targi są bardzo podobne do siebie, jednak na wielu jestem w stanie znaleźć jakieś ciekawe „pamiątki”. Tym razem mi się to nie udało, ale przy okazji wizyty na Naschmartk miałam okazję przyjrzeć się Majolikahaus, czyli kamienicy zaprojektowanej przez wspomnianego już Ottona Wagnera. Stamtąd bardzo szybko dostałyśmy się do Pawilonu Secesji, chyba najbardziej rozpoznawalnego symbolu Wiednia.
Pawilon Secesji to obecnie przestrzeń wystawowa dla sztuki współczesnej, ale w jego podziemiach kryją się echa początku XX wieku, bowiem znajduje się tam fryz namalowany przez Gustava Klimta. Beethovenfries jest ilustracją do IX symfonii Beethovena w interpretacji Wagnera. Brzmi wspaniale, ale muszę przyznać, że wizyta w Pawilonie okazała się dla nas rozczarowująca… Już tłumaczę dlaczego. Przede wszystkim, nie jesteśmy fankami sztuki współczesnej, więc większość sal była dla nas jedynie dodatkiem do gwoździa programu. Szkopuł z tym, że gwóźdź okazał się ledwie szpilką…
Fryz autorstwa Klimta powstał jako część większej całości, XIV wystawy secesjonistów, i miał być hołdem dla Beethovena. Wystawa miała stanowić idealny przykład wizji syntezy sztuki, czy raczej kilku jej rodzajów. Zwiedzający najpierw widzieli fryz, potem, przez otwarcie w ścianie, imponujący posąg Beethovena, a całość miała sugerować synergię architektury, malarstwa i rzeźby. Dziś ta kompozycja jest niepełna. Rzeźba znajduje się w Liepzig, a z jej zdjęciami i historią można się zapoznać przed wejściem do sali z fryzem. Sali, której układ został nieco zmieniony. Jako dopełnienie zwiedzania muzeum oferuje słuchawki, przez które możemy posłuchać finału IX symfonii. O ileż lepszy efekt dałoby słuchanie tej melodii na wejściu do sali, nawet przyciszonej. Niestety, moim zdaniem potencjał jednego z bardziej znanych dzieł Klimta nie został tutaj wykorzystany.
Na szczęście kolejne miejsce, które zaplanowałyśmy odwiedzić, znacznie, kolosalnie wręcz, przerosło nasze oczekiwania. Z całego serca muszę polecić Muzeum Historii Wiednia. Nie wiem, nawet od czego zacząć. Może od samego budynku. Stoi przy Karlsplatz i przyciągnął moją uwagę już poprzedniego dnia, kiedy tędy przechodziłyśmy. Ale w pełnym słońcu po prostu się w nim zakochałam. Trzon budynku powstał w latach 50. ubiegłego wieku, a zaledwie kilka lat temu został odświeżony i rozbudowany i w 2023 roku znów otwarł się na turystów.
Na trzech piętrach zupełnie za darmo możemy zapoznać się z historią Wiednia. Od pierwszych osad ludzkich aż do dziś, a nawet do jutra, bo wystawa w ostatniej sali porusza temat przyszłości miasta. Muzeum z pewnością zainteresuje każdego. Niezależnie od tego, czy waszą pasją jest technika, architektura, geologia, historia, malarstwo czy literatura. Nawet jeśli mielibyście tu wejść tylko po to, żeby zobaczyć za friko prace Gustava Klimta oraz Egona Schiele – warto. Dzieci też nie będą się nudzić. Ekspozycja jest doskonale zaprojektowana, ba, moja przyjaciółka, która pracuje w instytucji kultury, kilkukrotnie zapisywała rozwiązania tam zastosowane, żeby potencjalnie wykorzystać je u siebie w pracy.
Dodam jeszcze, że nie zabrakło tam polskiego akcentu. Chodzi oczywiście o Sobieskiego. Historii odsieczy wiedeńskiej jest poświęcona cała sala, ale dla mnie najciekawszy okazał się film edukacyjny o historii i znaczeniu obchodów różnych rocznic tego wydarzenia. Okazuje się, że nawet dziś wywołuje to niemałe emocje. Sprawdźcie sami podczas wizyty w Wiedniu!




Ostatni pełny dzień zostawiłyśmy na wycieczkę w nieco bardziej odległe miejsce. Zdecydowałyśmy się na Yppenplatz i stamtąd szłyśmy w stronę Ringu, mijając po drodze tyle murali, ile było to możliwe. Wiele z nich zrobiło na nas duże wrażenie. Ale najważniejszy był spacer po mniej turystycznej części Wiednia. Takiej, gdzie nie spotkacie na każdym kroku sklepów z pamiątkami czy kawiarni. Są za to miejscowi spacerujący z pieskami czy udający się do lokalnego sklepu. Po całym dniu w centrum, ten spacer był miłą odmianą. Choć niezmiennie towarzyszyły nam klasycystyczne kamienice. A odkąd dotarłyśmy do Parlamentu i Ratusza (oba budynki zapierają dech w piersiach swoich monumentalizmem) nie mogłyśmy uciec też od tłumów turystów.




Podczas wizyty w Wiedniu nie mogło zabraknąć jeszcze dwóch elementów. Pierwszym z nich był spacer wzdłuż Dunaju, a właściwie Donaukanal. A tam, wcześniej jeszcze niż planowałyśmy, wpadłyśmy na element numer dwa, czyli sztukę człowieka niemal tak charakterystycznego dla Wiednia jak Otton Wagner. Mowa tutaj o Friedensreichu Hundertwasserze. Wybrałyśmy się oczywiście zobaczyć Hundertwasserhaus, ale szłyśmy nieco okrężną drogą, bo chciałyśmy pospacerować kilka minut wzdłuż rzeki. Tam niespodziewanie trafiłyśmy na jego mniej znaną, ale równie charakterystyczną instalację artystyczną.


W poniedziałek moja przyjaciółka musiała złapać poranny autobus do Wrocławia, a ja miałam kilka godzin na samotny spacer po samym centrum Wiednia i na główny dworzec kolejowy. Nie mogło oczywiście zabraknąć katedry św. Stefana czy hotelu, w którym serwują słynny tort Sachera. Rzuciłam ostatnie spojrzenie na Karlsplatz i coraz spokojniejszymi uliczkami doszłam do Hauptbahnhof, z którego wróciłam prosto do Warszawy.



Podsumowanie kosztów (ceny za osobę):
- nocleg: 714,07 zł (mieszkanie w rozsądnej odległości od centru, bardzo ładnie wykończone, z tarasem)
- bilety na pociąg: 392,42 zł (Wrocław-Wiedeń-Warszawa)
- bilety na komunikację miejską: 4,8 euro (dwa przejazdy metrem)
- bilety do muzeum: 30 euro (MHN, Pawilon Secesji)
- zakupy spożywcze: 22,81 euro
- jedzenie na mieście: 35,80 euro
- inne: 6,60 euro
Łącznie: 1534,53 zł za osobę, lub ok. 383,63 zł za osobodobę.