Wałbrzyska (Mała) Potrójna Korona 2024

Zrobiłam to! Przeszłam Małą Potrójną Koronę. Zapraszam na szczegóły techniczne dla pasjonatów. 😉

Pierwszy raz usłyszałam o tym cyklu marszów długodystansowych w zeszłym roku. Miałam sobie gdzieś zapisać ten pomysł, ale oczywiście mi uciekł. A w tym roku po majówce przypomniałam sobie, że „było kiedyś coś takiego” i szybko znalazłam stronę internetową Potrójnej Korony. Okazało się, że kolejna edycja jest za miesiąc, na Dolnym Śląsku. 45 km w wersji krótkiej. Tyle, co zrobiłam w majówkę w dwa dni. Tyle że na Potrójnej trzeba to zrobić w limicie czasu 16h.

Zaczęłam się zastanawiać. Od 12 lat regularnie chodzę po górach. Zdarzały mi się trasy długie (do 28 km dziennie) oraz… długie (mój rekord to chyba 12 godzin na szlaku). Zrobiłam kilka tras tygodniowych z ciężkim plecakiem (Jotunheimen, GR20, Wyspa Skye, krótsze, 2-4-dniowe trasy w Bieszczadach i Karkonoszach). 45 km jednego dnia z kilkoma ostrzejszymi podejściami i zejściami to byłoby wyzwanie.

Niecały tydzień przed startem organizatorzy udostępnili trasę marszu. Ci, którzy mnie znają, nie będą tym zdziwieni, ale podeszłam do tego bardzo zadaniowo. Najpierw podzieliłam całość na 4 etapy (koniec każdego etapu stanowił punkt żywieniowy). Każdy etap przeniosłam oddzielnie na mapę-turystyczną i rozpisałam dokładne wskazówki marszu (trasa Korony bardzo meandruje, dość często trzeba zmieniać kolor szlaku, czasem trzeba iść szlakami rowerowymi lub wręcz ścieżkami leśnymi). Od czasu przewidzianego na każdy etap w mapie-turystycznej odjęłam kilkanaście minut (używam tego serwisu od lat i wiem już, że zazwyczaj robię trasy szybciej, niż sugeruje to m-t). Ostatecznie obliczyłam, że dojdę do mety około 23.

A teraz – jak to wyglądało w praktyce?

Etap 1: start – PŻ Schronisko PTTK Andrzejówka

W Jedlince-Zdroju startowała cała fala różowa, czyli trasa krótka. Oznaczało to ponad 200 osób wychodzących z tego samego punktu. Muszę przyznać, że specjalnie ustawiłam się blisko linii startu, ale celowo też nie parłam na sam początek peletonu. Szłam dość szybko, przede mną było pewnie ze 20 osób, ale dzięki temu mogłam po prostu skupić się na marszu, zamiast na nawigacji. I już na pierwszych kilku kilometrach dopadła mnie lekka panika, bo poczułam w kostce znajome pieczenie.

Otóż, kilka razy w życiu nabawiłam się zapalenia pochewki ścięgnistej i to było dokładnie takie uczucie. Jeszcze przed Borową bardzo delikatnie zwolniłam, a na samym podejściu na pierwszy szczyt (i zarazem pierwszy dla mnie punkt kontrolny) starałam się jak najostrożniej stawiać prawą stopę. Wejście na Borową, znane również jako ściana płaczu, było najbardziej stromym kawałkiem na trasie i, szczerze mówiąc, gdyby nie adrenalina i poczucie współzawodnictwa z całą rzeszą otaczających mnie ludzi, chyba nie weszłabym na górę tak sprawnie. Mimo moich obaw o kolejkę na szczycie, pieczątkę zdołałam podbić w minutę i od razu zaczęłam zejście.

O ile podejścia są moją słabą stroną w górach, o tyle zejścia przez lata naprawdę dobrze wyćwiczyłam i po wielu próbach doszłam wreszcie do tego, co jest dla mnie najlepsze – czyli zbiegów. Zanim zaczniecie mi tłumaczyć, że niszczę sobie stawy, pozwólcie mi dodać, że moje zbieganie to jedynie bardzo wolny trucht. Ale truchtając, zamiast stąpając, aktywuję inne mięśnie w udach i bardziej angażuję łydki, przez co daję większą amortyzację kolanom i w efekcie następnego dnia stawy bolą mnie dużo mniej niż przy zwykłym schodzeniu; dodatkowo jestem szybsza. Zejście z Borowej było na tyle strome, że tylko przez chwilę mogłam przyspieszyć, ale znacznie nadrabiałam na płaskich lub prawie płaskich odcinkach, na których nawet przy dużym zmęczeniu potrafię iść stosunkowo szybko.

Do Andrzejówki doszłam już o 11:45, co oznaczało, że wyrobiłam się w niecałe 4 godziny. Kierując się czasami podanymi na mapie-turystycznej, oczekiwałam dojścia ok. 13:30, więc miło się zaskoczyłam. Na miejscu czekała na mnie kawa i drożdżówka i ze względu na szybkie tempo pozwoliłam sobie na 20-minutową przerwę, po czym ruszyłam na Waligórę.

Etap 2: PŻ Schronisko PTTK Andrzejówka – PŻ SP w Kowalowej

Ten krótki odcinek minął mi wręcz niepostrzeżenie, ale po drodze trafiłam na najbardziej paskudne zejście na całej trasie. Otóż na odcinku z okolic zameczku Friedenstein do uroczej wioski Sokołowsko większość szlaku jest wysypana średniej wielkości… kamieniami. Przy takiej stromiźnie jakiekolwiek podłoże byłoby trudne do schodzenia, a na tym gruzie trzeba było być naprawdę ostrożnym. Szczerze mówiąc, po kilkunastu minutach walki z żywiołem postanowiłam potraktować go trochę jak śnieg i wchodzić w materiał miękko, a potem delikatnie kontrolować zjazd z dół na każdym kroku. Zadziałało, udało mi się wydostać z tego odcinka dużo szybciej, niż się spodziewałam.

Finalnie doszłam na boisko przy szkole podstawowej w Kowalowej o 14:25 (pierwotnie spodziewałam się dotrzeć tutaj ok. 16:00). Na miejscu czekał na mnie wegeburger (opcją mięsną były kiełbaski z bułką, zupełnie bez warzyw) oraz zimne piwo bezalkoholowe (Miłosław IPA, sprawdziłam je również na spokojnie w domu i smakuje fantastycznie!). Po dłuższej przerwie (tym razem 30 minut) ruszyłam do kolejnego punktu żywieniowego.

Etap 3: PŻ SP w Kowalowej – PŻ Boguszów-Gorce rynek

Nie będę owijać w bawełnę – to był chyba najtrudniejszy odcinek. Po pierwsze, wyszłam na szlak tuż po 15, kiedy słońce najbardziej prażyło, a początkowo szłam odcinkiem gdzie cienia było mało lub nie było go wcale. Czułam już te 20 kilka kilometrów w nogach. W okolicy szczytu Sokółka (który był przedostatnim punktem kontrolnym) nawinęło się trochę ładnych widoków, ale poza tym trasa nie była szalenie atrakcyjna. A na samym końcu czekał mnie marsz przez Boguszów, aż do rynku. Mimo tych przeciwności dotarłam na miejsce o 18:05, zamiast o planowanej 20:30.

Udało mi się skorzystać w prawdziwej toalety (zamiast z toy-toya, co za ulga!), doładowałam trochę wody, zakleiłam ogromny pęcherz, który zdążył mi się zrobić przy paluchu, złapałam czekoladę, jabłko i batonika i ruszyłam na ostatni odcinek.

Etap 4: PŻ Boguszów-Gorce rynek – meta w Starej Kopalni w Wałbrzychu

Obawiałam się, że to będzie dla mnie najtrudniejszy mentalnie odcinek, ale na szczęście myliłam się. Wszystko wskazywało na to, że nie tylko wyjdę z lasu przed zachodem słońca, ale i za dnia dojdę na metę. Trasa wyjściowa z Boguszowa na Chełmiec wiodła początkowo wzdłuż drogi krzyżowej i jeden jej fragment wprawił mnie w prawdziwy zachwyt. Na skraju lasu, tuż za dawnym cmentarzem ewangelickim i parkingiem zobaczyłam uciekającą między drzewami sarnę, a zaraz potem znalazłam się na ścieżce przecinającej łąkę, a to wszystko w trakcie złotej godziny, kiedy słońce już tylko delikatnie oświetlało wszystko dookoła.

Nie wiem, co się wtedy ze mną stało, ale poczułam niesamowity spokój i jak w transie dotarłam na Chełmiec. Tam podbiłam ostatnią pieczątkę i zaczęłam mozolne schodzenie w dół, do Wałbrzycha. Prawdopodobnie dałabym sobie nieco więcej czasu na ten ostatni kawałek przez las, gdyby nie… muchy. Tuż przed Chełmcem dopadła mnie cała zgraja much, które nieznośnie krążyły mi wokół głowy, chciały wchodzić do uszu i oczu. Ktoś spotkany na szczycie próbował mnie ratować sprayem na owady, ale pomagało jedynie odganianie kijami. Tuż przed wejściem na ulice miasta niemal płakałam z bezsilności, na szczęście jak tylko opuściłam strefę gęstej roślinności, muchy dały sobie spokój.

Zostało mi już tylko przejście do Starej Kopalni. Przyznam szczerze, że byłam wzruszona, kiedy wreszcie zobaczyłam metę. Ostatecznie doszłam tam o 20:35, podczas gdy spodziewałam się zrobić to raczej o 23:00, co było dla mnie nie lada wyczynem.

Dlaczego udało mi się samą siebie zaskoczyć i uzyskać taki czas? Złożyło się na to kilka czynników, nie potrafię ocenić, który był ważniejszy, więc wypiszę je w przypadkowej kolejności:

  • pogoda – sucho, ciepło, ale nie za ciepło, długi dzień, no po prostu nie mogłam wymarzyć sobie lepszych warunków. Ktoś powiedziałby, że może lepsze byłoby większe zachmurzenie, bo spaliłam dokumentnie dekolt i ramiona, ale mnie to słońce dodawało animuszu i w kilku miejscach gwarantowało piękne widoki, które, serio, dodawały siły na trasie.
  • sprawdzony sprzęt – przede wszystkim buty, które testowałam na kilku długich trasach, oraz skarpety. Reszta była testowana w innych warunkach i niektóre rzeczy bym zmieniła, gdybym miała startować raz jeszcze, ale to na stopach opiera się wszystko.
  • udział w wydarzeniu sportowym – mimo że nie ścigaliśmy się na czas, dla mnie cała atmosfera, świadomość obecności innych osób, które też zmagają się ze sobą, chęć dotarcia do mety były ogromnym motywatorem, cały czas czułam adrenalinę. Gdybym sama postanowiła zrobić taki dystans, pewnie w połowie bym się poddała.
  • strach przed ciemnością – nie jest wielką tajemnicą, że panicznie boję się chodzenia po górach nocą. Zdarzyło mi się to raz i nie zaplanowałam tego. Wszystko skończyło się dobrze, ale bardzo nie chciałam powtarzać tego doświadczenia. I serio – nie wiem, jak można przeżyć zejście z Chełmca po ciemku, nawet z czołówką. No w głowie mi się to nie mieści.
  • samodzielny start – cóż, mam kilku kompanów, którzy pewnie dotrzymaliby mi kroku, ale prawda jest taka, że w trakcie samotnego marszu mogłam się skupić wyłącznie na marszu, nie traciłam energii na rozmowy, a postoje (których bardzo nie lubię na trasie) mogłam skrócić do absolutnego minimum.

Co teraz? Cóż, „zwykłe” wyjazdy w góry, ale moim marzeniem jest, żeby w przyszłym roku zorganizować na Potrójną Koronę… zespół. Trzymajcie kciuki. 😀

Jedna uwaga do wpisu “Wałbrzyska (Mała) Potrójna Korona 2024

Dodaj komentarz