W te wakacje postanowiliśmy przez niemal tydzień zostać rodzicami jedynaka. Oprócz oczywistych atrakcji w mieście (kino, trampoliny, basen, ścianka wspinaczkowa) chcieliśmy też skorzystać z możliwości wyjazdu górskiego we trójkę. Wiedzieliśmy, że Zyzio od dawna marzy o takim wyjeździe, bo mógłby wreszcie iść swoim tempem, nie czekając na młodszego brata.
Do ostatniej chwili nerwowo sprawdzaliśmy prognozy pogody i wreszcie zdecydowaliśmy się w piątek od razu po pracy ruszyć do Zakopanego. Niech oznaką spontaniczności tego wyjazdu będzie fakt, że nocleg rezerwowałam w czwartek rano. W dodatku w piątek rano Marcin zawoził najmłodszego członka rodziny do babci i dziadka oraz odbierał od mechanika nasz samochód, który od razu po przyjeździe do Warszawy został załadowany sprzętem i ruszył z nami na pokładzie na południe Polski.
Tuż przed Zakopanem dopadła nas ulewa, a po słowackiej stronie grani słychać było kotłującą się burzę, jednak poranek kolejnego dnia był przepiękny. Podobnie jako pogoda przez cały weekend. Mimo że długo się wahaliśmy, okazało się, że ostatecznie podjęliśmy najlepszą decyzję. Na same wędrówki mieliśmy tylko 1,5 dnia, a naszym celem było przede wszystkim sprawdzenie aktualnego tempa Zyzia.
Dla kontekstu – Zyzio chodzi po górach (o własnych nogach) odkąd skończył trzy lata (no, prawie, bo zaczął tuż przed trzecimi urodzinami). Przez cztery lata zabieraliśmy go na szlak 1-2 razy w roku:
- 2020: Beskid Sądecki i Wyspowy
- 2021: Góry Świętokrzyskie, Pieniny
- 2022: Beskid Śląski i Żywiecki
- 2023: Beskid Żywiecki
- 2024: Tatry, Beskid Makowski
Jak widać, do tej pory były to raczej niskie góry; wyjątkiem był Beskid Żywiecki i Babia Góra (na którą Zyzio wchodził dwa razy, różnymi szlakami) oraz Tatry, ale tam chodziliśmy jedynie po dolinach. Tym razem chcieliśmy zabrać naszego starszaka na nieco bardziej poważny szlak. Jeszcze nie w Tatrach Wysokich, ale w Zachodnich (których lekceważyć też nie można; dla zainteresowanych – jest tam sporo dwutysięczników i pięknych widoków).
Na jedyny pełny dzień zaplanowałam pętlę, która powinna była nam zająć niecałe 6 godzin. Nie planowałam nic dłuższego ze względu na małe doświadczenie Zyzia w wyższych górach oraz na zapowiadane upały. Chcieliśmy po prostu ruszyć na szlak o 7 i zejść na obiad. Z tego powodu zaproponowałam pętlę przez Dolinę Małej Łąki, Kondracką Przełęcz, Wyżnią Kondracką Przełęcz, Grzybowiec i z powrotem na Gronik.
Pierwszy etap, do Doliny Małej Łąki, przebiegł bardzo spokojnie i, co najważniejsze, w cieniu lasu. Droga na tym odcinku pni się niespiesznie pod górę dość po dość równej powierzchni (poradzą sobie tam nawet wózki dziecięce, najlepiej sportowe, ale w drodze powrotnej widzieliśmy też sporo takich zwykłych). Na skraju Polany Małołąckiej natrafiliśmy już na kilka grup turystów i w większym towarzystwie ruszyliśmy w górę szlakiem żółtym. Tutaj ścieżka zrobiła się już bardziej stroma, im wyżej, tym więcej było też wyślizganych skał. Wkrótce wyszliśmy ponad linię lasu i mieliśmy doskonały widok na Giewont oraz Kopę Kondracką. I wtedy właśnie musieliśmy lekko zmodyfikować nasz plan, bo Zyzio koniecznie chciał wejść na „górę z krzyżem”. Stwierdziliśmy, że, o ile dojdziemy do przełęczy w czasie tabliczkowym, możemy faktycznie spróbować wejścia na szczyt.



Szybko stało się jasne, że Giewont nas nie ominie, bo Zyzio doskonale poradził sobie z wejściem na przełęcz. Śpiący Rycerz nie jest wyjątkowo trudnym szczytem, ale przy wchodzeniu tam, trzeba pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze i najważniejsze – charakterystyczny krzyż działa jak piorunochron. Ściąga wszelkie wyładowania atmosferyczne. Wydawać by się mogło, że po tragicznych wydarzeniach z 2019 roku wszyscy już to wiedzą, ale z obserwacji różnych kont o tematyce górskiej stwierdzam, że nie, niestety nie. Ostrzegam – jeśli słyszycie w górach pomruki burzy, to zasuwajcie na dół. Szczególnie w okolicach, gdzie występują sztuczne ułatwienia – jak na Giewoncie. No właśnie, drugi element nieco komplikujący ten szczyt to łańcuchy. Jeśli ktoś ma obycie ze skałą czy ścianką wspinaczkową i nie ma lęku wysokości, to przemknie przez te fragmenty jak kozica. Inni mogą się nieco zaciąć (tak, widzieliśmy takie osoby). A to może być niebezpieczne, bo końcówka szlaku na Giewont i z Giewontu i jest jednokierunkowa. Nie można się cofnąć (a my akurat trafiliśmy dziewczynę, która szła pod prąd i to na łańcuchach. Ludzie, serio, nie róbcie tak!)
Wytłumaczyliśmy Zyziowi trudności tego szlaku, a on wciąż upierał się, że chce iść, więc daliśmy mu na to szansę. No i zupełnie się na nim nie zawiedliśmy. W mgnieniu oka byliśmy na szczycie (już dość mocno zatłoczonym), zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i zaczęliśmy zejście. Tutaj było nieco trudniej, szczególnie ze względu na wyślizgane skały, ale na szczęście tuż przed wyjazdem zainwestowałam w nieco lepsze buty dla Zyzia i na tym szlaku widać było, jak dobrą podjęłam decyzję.



Dopiero z powrotem na Wyżniej Kondrackiej Przełęczy zrobiliśmy nieco dłuższy postój na przekąski, a potem, czerwonym już szlakiem, zeszliśmy na Grzybowiec i stamtąd czarnym na skraj Polany Małołąckiej. Po drodze mijaliśmy hordy turystów; cieszyłam się, że nie ładujemy się na górę w najgorszy upał (szczególnie z dzieckiem). O 13:30 byliśmy już na noclegu i mogliśmy spokojnie przygotować się do obiadu.


Ostatecznie nasza trasa w sobotę wyglądała tak:
W niedzielę chcieliśmy już wracać do domu, więc zaplanowaliśmy krótką pętlę na dużo niższy, ale bardzo widokowy szczyt, czyli na Sarnią Skałę. Do wyboru mieliśmy dwa szlaki, ale ostatecznie padło na Dolinę Białego, bo w lutym byliśmy już z chłopcami w Dolinie Strążyskiej i przy Siklawicy:
Nie wiem, czy to kwestia innej pory roku, ale Dolina Białego spodobała mi się dużo bardziej niż kilka miesięcy wcześniej Strążyska. Ruszaliśmy na szlak tuż po 8 rano, droga wiodła dość długo przez piękny wąwóz, a na dodatek otoczeni byliśmy soczystą zielenią i parującą po porannym deszczu wodą. Byliśmy też zupełnie sami, bo dopiero w połowie drogi zaczęliśmy spotykać innych turystów.


Zupełnie bez problemu dotarliśmy do Sarniej Skały. O 11 było tam mało osób, a słońce nie prażyło jeszcze przeraźliwie, więc mogliśmy spokojnie rozłożyć się na skałach na krótki piknik i podziwianie Giewontu – dziś z nieco innej perspektywy. Potem został nam już tylko powrót tą samą trasą do samochodu i droga do domu.


Po tym wyjeździe wiemy na pewno, że będziemy regularnie wracać w góry z samym Zyziem (ze Stefkiem też, ale Zyzio potrzebuje wyjazdów z mocniejszym tempem marszu). Być może uda nam się coś zorganizować jesienią, ale póki co w Tatry wybieramy się ponownie bez dzieci, a rodzinnie jedziemy w zupełnie inne strony. Do usłyszenia w sierpniu!