Już od jakiegoś czasu trzymamy się tradycji rodzinnych wakacji w okolicy urodzin jednego z chłopców. W tym roku również udało nam się zaplanować wyjazd we czworo właśnie w takim terminie, a nawet dwóch. W lutym byliśmy wspólnie w Tatrach, a teraz naszym celem padła Grecja, a właściwie jej największa wyspa.
W Grecji byliśmy tylko raz, 6 lat temu, przez parę dni w Atenach i parę dni na Peloponezie, ale tyle wystarczyło, żebym zdążyła się zachwycić i zechcieć wrócić. Wreszcie się to udało, ale tym razem zdecydowaliśmy się wybrać do Grecji wyspowej, a dokładnie na Kretę, ze względu na pozostałości kultury minojskiej, szczególnie pałac w Knossos. Właśnie ze względu na Knossos wybraliśmy lot do Heraklionu, bo jest on bliżej tego miejsca niż Chania, inny kreteński kierunek dostępny z Polski.
Tak się złożyło, że czwartkowy lot był pierwszym w życiu lotem Stefcia. Zgodnie z moimi przewidywaniami zachowywał się fantastycznie przez całe 1,5 godziny, a pozostałą godzinę przespał. Zyzio, również zgodnie z oczekiwaniami, zasnął jeszcze przed Stefkiem (dla niewtajemniczonych – Zyzio nigdy jeszcze nie leciał bez drzemki; dwa lata temu w trakcie powrotu z UK pobił swój rekord – zasnął jeszcze przed startem i obudził się dopiero po lądowaniu…).
Lotnisko w Heraklionie jest stosunkowo małe i chyba dlatego nie czekaliśmy na bagaż rejestrowany przesadnie długo. Po wyjściu na zewnątrz trafiliśmy w prawdziwy kocioł. Tuż przed wejściem do lotniska jest cały szereg stoisk wypożyczalni samochodów, dalej szereg stoisk biur podróży, stanowisko taksówek, z tyłu dworzec dla autobusów dalekobieżnych, a za tym wszystkim, zwykły przystanek autobusów miejskich do centrum miasta. Dojście z samego budynku lotniska wymaga chwili spaceru po jezdni (ktoś zapomniał o kawałku chodnika) oraz wielokrotnego przekraczania wysokich krawężników (to pamiętamy z ostatniej wizyty w Grecji, wtedy jeszcze z wózkiem dziecięcym – greckie krawężniki są serio dużo wyższe niż polskie).
Pomimo tych przeszkód bez problemu złapaliśmy autobus i w 20 minut dojechaliśmy do centrum, a tam, krętymi (bardzo krętymi) uliczkami doszliśmy do wynajętego mieszkania. Było już po 22 czasu miejscowego, ale zamiast iść spać… wybrałam się z Zyziem na poszukiwanie tortu na jego jutrzejsze urodziny. Cóż, akurat w Heraklionie (i pewnie w większości Grecji) łatwiej jest to zrobić późnym wieczorem, niż z samego rana. Wystarczył 10-minutowy spacer i znaleźliśmy cukiernię z bardzo dobrym wyborem słodkich wypieków.
Kolejny dzień był zaplanowany dość intensywnie. Zaczęliśmy od pobudki o 7 rano i oczywiście tortu dla naszego solenizanta, a po szybkim śniadaniu jechaliśmy już w stronę Knossos, w którym mieliśmy zarezerwowane bilety na godzinę 9. Jako że Pałac jest dostępny od 8, na miejscu było już sporo osób. Na szczęście teren jest naprawdę duży, więc nie mieliśmy poczucia zwiedzania w tłoku. Mimo to Knossos nie powaliło nas na kolana. Cały pałac to oczywiście ruina, zrekonstruowano dosłownie fragmenty niektórych sal, większość zresztą w czasach Evansa (czyli na samym początku XX wieku). Evans zresztą chyba do dziś jest uznawany za specjalistę absolutnego jeśli chodzi o Knossos – na każdej tablicy opis poszczególnych miejsc zawierał frazę „według Evansa”.
Moja wyobraźnia przestrzenna jest bardzo ograniczona i, choć potrafię docenić rozmach dawnego pałacu, nie wywołał on u mnie efektu ‚wow’ (maksymalny stopień ruiny, który może mnie zachwycić to np. zamek Krzyżtopór). Prawdopodobnie wielbiciele prehistorii będą oburzeni, ale w całej tej wizycie najbardziej podobały mi się drzewa na obrzeżach całego terenu (a więc bardzo potrzebny cień) oraz niesamowity hałas cykad (mam wrażenie, że nigdzie indziej do tej pory nie słyszałam tak głośnych).


Choć w Knossos zostały jedynie kopie malowideł ściennych, sporą część wyposażenia (podobnie jak pozostałości oryginalnych fresków) można do dziś oglądać w Muzeum Archeologicznym. Trzeba przyznać, że ekspozycja prezentująca artefakty kultury minojskiej robi wrażenie głównie z powodu ilości obiektów: figurek ludzi i zwierząt, naczyń na płyny, biżuterii, toporów czy sztyletów. Szczególną uwagę przyciągają naczynia, których kształty i malunki są fascynujące. Jednak ilość nie do końca przekłada się na różnorodność (co szczególnie daje się odczuć podczas zwiedzania z dziećmi, które szybko nudzą się powtarzalnością obiektów). Muzeum Archeologiczne w Heraklionie podobało się nam bardziej niż takie samo w Valletcie (jest tam sporo prehistorycznych artefaktów, które nie są niestety najlepiej wyeksponowane), ale kto widział Muzeum Archeologiczne w Atenach i Muzea Kapitolińskie, ten będzie czuł niedosyt.


Sam Heraklion nie zrobił na nas najlepszego wrażenia. Miasto to po prostu plątanina bardzo wąskich i krętych uliczek przecinających się pod każdym możliwym kątem, do tego dość brudnych. Dookoła starówki jest naprawdę mnóstwo ruin, a budynki, które są używane, przyprawiłyby o zawał serca niejednego inspektora budowlanego (mieszkanie, które wynajęliśmy na dwie noce wygląda jak zaadaptowany taras albo przynajmniej jego część; doprawdy, nie potrafiłabym dobrze wyjaśnić tutejszego rozkładu pomieszczeń).
W mieście jest na szczęści sporo drzew i niektóre uliczki i małe placyki są wręcz zadaszone baldachimami gałęzi. Zachowało się też kilka ciekawych zabytków z czasów renesansu oraz z XIX wieku, udało nam się zobaczyć kilka z nich:
- fontanna Morosiniego, z pierwszej połowy XVII wieku, była kiedyś ostatnim elementem akweduktu doprowadzającego do miasta wodę źródlaną, a osiem basenów dookoła niej miało umożliwić jak największej liczbie osób czerpanie wody; dzisiaj trzeba się mocno postarać, żeby ująć ją w jakimś korzystnym kadrze, bo jest otoczona przez różnego rodzaju kawiarnie (akurat te są ładnym tłem) oraz małe sklepiki z mnóstwem banerów i niespójnymi szyldami (co widać na zdjęciu poniżej)
- loggia wenecka, wzniesiona dokładnie w tym samym roku co fontanna wspomniana akapit wyżej; niegdyś miejsce spotkań arystokratów, dzisiaj siedziba ratusza i zdecydowanie jedna z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejsza budowla w Heraklionie
- kościół św. Tytusa, pierwszy wzniesiony już w X wieku, ale ten, który widać dzisiaj to wersja z 1856 roku – to właśnie wtedy odbudowano go (po raz kolejny) po trzęsieniu ziemi. Placyk z fontanną i palmami pomiędzy tym kościołem a loggią to jedno z przyjemniejszych miejsc, które znaleźliśmy w Heraklionie
- katedra św. Menasa, również z drugiej połowy XIX wieku, w stylu neobizantyjskim, tuż obok można zobaczyć niewybuch, który spadł na ten kościół w trakcie II wojny światowej



To już wszystko z Heraklionu. Dzisiaj obudziliśmy się nieco wcześniej, niż planowaliśmy (akurat w sobotę o 8 rano sąsiedzi zaczęli remont z użyciem młotów pneumatycznych…), kończymy właśnie śniadanie, jedziemy po samochód i uciekamy na półwysep Rodopos. Do usłyszenia!