Tak jak w poprzednim roku szukaliśmy na te wakacje domku nad morzem. Chcieliśmy mieć bazę wypadową do krótkich wycieczek oraz miejsce do relaksu. Szukaliśmy jak zwykle na Bookingu, a kluczem wyboru była lokalizacja i cena. Ostatecznie nasz wybór padł na wioseczkę we wschodniej części wyspy.
A dokładniej rzecz biorąc na Półwyspie Rodopos. Jest to skalisty i praktycznie niezamieszkały kawałek lądu na zachód od Chanii. Najbardziej wysuniętą na północ (czyli wgłąb półwyspu) wioską jest Rodopos (od której zapewne wziął nazwę cały półwysep). Natomiast ostatnią wioską przed Rodopos jest Ravdoucha i to tutaj znaleźliśmy domek położony na skale. Mówiąc szczerze, dość długo zastanawialiśmy się nad wyborem tego domu ze względu na jego okropny wystrój, ale już po kilku chwilach na miejscu wiedzieliśmy, że podjęliśmy dobrą decyzję.
Owszem, wystrój jest tak nieudany jak na zdjęciach, ale widok z domku, szczególnie sprzed wejścia i z tarasu od strony zachodniej zapiera dech w piersiach. Ogromne okna w salonie można niemal całkowicie rozsunąć i podziwiać zatokę również ze środka. Na tarasie rosną dwa okazałe drzewa, dające sporo cienia (te drzewa są również skolonizowane przez cykady, które wrzeszczą przeraźliwie, ale zamykają się tuż przed zachodem słońca), rozstawione są wygodne leżaki i krzesła, a wieczorem wzgórze, na którym położona jest Ravdoucha jest delikatnie tylko oświetlone nielicznymi latarniami i światłami budynków. Kissamos, najbliższe duże miasto leży niemal na wprost od tarasu, ale na dzieli je od domku zatoka, więc światła portowe absolutnie nie zakłócają obserwacji gwiazd (12 sierpnia mogliśmy podziwiać Perseidy).
Atutem tego miejsca jest też zaangażowany gospodarz, który przywitał nas garścią wskazówek, owocami z ogrodu (m.in. pomarańczami!), tradycyjnym greckim deserem (coś w stylu małych chrustów z miodem i sezamem), raki (rodzaj wódki), winem oraz oliwą domowej roboty (tego nie da się kupić w Polsce…).
Główna plaża znajduje się na końcu wioseczki (dosłownie, kończy się tam droga), są tam dwie tawerny i wielu turystów, ale domek, który zajmowaliśmy jest dużo bliżej małej plaży położonej przy molo (jest nieoznaczona na Google maps, znajduje się między Villa Angela a Traditional House KYMA). Plaża jest piaszczysto-kamienista, ale przez większość dnia zupełnie pusta (nie licząc jej stałych mieszkanek – gęsi i kaczki). Zacumowane są tam też łódki lokalsów, którzy czasem przychodzą łowić ryby.





Jedynym minusem Ravdouchy jest to, że jest naprawdę na odludziu. Są tutaj trzy tawerny, ale ani jednego sklepu. Dojazd prowadzi krętą drogą w kiepskim stanie (a już droga do domku częściowo jest wylana betonem, a częściowo jest po prostu drogą gruntową). I koniecznie trzeba mieć samochód, żeby się tu dostać (więcej na temat jazdy samochodem na Krecie napiszę w podsumowaniu wycieczki).
Na deser: Elafonisi
Ostatniego pełnego dnia chcieliśmy się wybrać na plażę piaszczystą, taką, w której chłopcy nie będą musieli zakładać butów do wody, a ja będę mogła wygodnie ułożyć się na kocu. 😉
Zgodnie z poleceniem naszego gospodarza wybraliśmy się na Kedrodasos, położoną rzut beretem od słynnej Elafonisi. Kedrodasos słynie z tego, że jest otoczona lasem jałowcowym i niemal dzika. Gospodarz twierdził, że nigdy w życiu nie był na piękniejszej plaży. Niestety, droga prowadząca do prowizorycznego parkingu w tym miejscu okazała się gruntówką, w dodatku nie tak zadbaną jak w okolicach naszego domku. Niecałe dwa kilometry od celu zarządziłam odwrót. Nie wypożyczyliśmy auta terenowego i bałam się, że albo zbijemy szybę kamieniem (zdarzyło nam się to kiedyś w naszym samochodzie i to na asfalcie), albo złapiemy gumę (i oponę trzeba będzie zmieniać w ponad 30-stopniowym upale), albo zawiśniemy na którejś z większych nierówności (już przy wjeździe na podwórko domku przytarłam próg samochodu…).
Ostatecznie wylądowaliśmy więc na mega parkingu (tak, tak się nazywa) przy Elafonisi. To naprawdę najbardziej znana plaża na wyspie, przyjeżdżają tutaj nawet wycieczki fakultatywne z biur podróży (tak, na parkingu były też autobusy; tak, powodowały korki przed najostrzejszymi zakrętami na górskich drogach). Plaża faktycznie jest piękna, a słynny różowy piasek wygląda pięknie. To, czego nie widać na zdjęciach z przewodników, to ogrom turystów. Śmiało mogę powiedzieć, że panowała tam atmosfera jak nad polskim morzem.
Mimo że dookoła plaży znajduje się obszar Natura 2000, to jest tam całkiem sporo infrastruktury. Setki leżaków i bambusowych parasoli, budki z napojami i jedzeniem, prysznice i kabiny do przebierania się. W przy parkingu supermarket oraz sklepy z plastikowym badziewiem. Udało nam się odejść od tłumu na tyle, na ile to było możliwe (dalej zaczynały się już skały i nie było przyjemnego piaszczystego zejścia do wody), ale za każdym razem, kiedy wchodziłam do wody, słyszałam wyraźnie hałas ludzi przy głównej części plaży. Dodam jeszcze, że droga powrotna na parking to ok. 15-minutowy spacer pod górę w pełnym słońcu w kurzu. Niezbyt przyjemne zakończenie wizyty.
Info dla bezdzietnych: na Kedrodasos można po prostu… dojść z Elafonisi. Jeśli macie zapas czasu i nie jesteście odpowiedzialni za małych ludzi, możecie spokojnie przespacerować się w dużo ciekawsze miejsce niż zatłoczona Elafonisi.


Dzisiaj wymeldowujemy się już i jedziemy do Heraklionu zwrócić samochód i złapać samolot do domu. Po drodze być może zobaczymy coś ciekawego. Ale o tym następnym razem.