Wreszcie, podczas naszego ostatniego dnia na wyspie, trafiliśmy na miasteczko, które zdobyło nasze serca.
W czwartek rano musieliśmy pożegnać domek na skale i zająć się czymś przed zwrotem samochodu, co było zaplanowane dopiero na godzinę 18. Rozważaliśmy kilka opcji, ale w końcu nasz wybór padł na miasto, bo wiedzieliśmy, że będziemy mogli zrobić tam niespieszny spacer, zatrzymać się gdzieś na obiad i na lody. Byliśmy już w dwóch największych miastach wyspy – Heraklionie i Chanii (które są też siedzibami dwóch jednostek administracyjnych Krety), więc wybraliśmy jeszcze do kompletu trzecie największe miasto (i jednocześnie także siedzibę jednej z czterech wspomnianych jednostek administracyjnych).
Retimno, bo o nim mowa, jest nieco młodsze niż jego większe sąsiadki, ale i tak jego korzenie sięgają czasów minojskich, a dokładnie ich schyłkowego okresu (co w praktyce oznacza, że Retimno ma „tylko” ok. 3500 lat). Historia miasta przebiegała podobnie jak w przypadku innych miejsc na Krecie. Rządzili tutaj Rzymianie, Arabowie, Bizantyjczycy, wreszcie Wenecjanie (dzięki którym miasto naprawdę rozkwitło) i Turcy. Po takim opisie można się spodziewać, że doświadczenie Retimno będzie bardzo podobne do Chanii i Heraklionu, ale nic bardziej mylnego. Dzięki znacznie mniejszemu rozmiarowi, miasteczko ma kameralny charakter i naprawdę zachwyca. Domy na starówce i w jej okolicach są zadbane, jest tam dużo kojącej roślinności (dachy z winorośli nad wąskimi uliczkami są przepiękne), a sklepy i restauracje nie narzucają się swoją obecnością tak bardzo, jak w większych miastach.
Podobnie jak w innych osadach miejskich, tak i tutaj temperatura powyżej 30 stopni, szczególnie w środku dnia, dawała nam się we znaki, więc zahaczyliśmy o kilka zaledwie atrakcji turystycznych:
- Wielka Brama, z której został mały łuk, czyli XVI-wieczne wejście do miasta. Stąd zaczyna się główna ulica, przy której jest oczywiście masa sklepów z pamiątkami oraz kawiarni i lodziarni, ale też ważnych punktów miasta.
- Meczet Neratzes, początkowo kościół, po podbiciu miasta przez Turków przekształcony w świątynię muzułmańską, a dziś… konserwatorium muzyczne. Nas najbardziej zainteresował plac Mikrasiaton, przy którym stoi meczet, a to dlatego, że jest tam kilka ciekawych murali.
- Fontanna Rimondiego, czyli wenecki (jakżeby inaczej!) wodotrysk. Idealny punkt startowy do błądzenia w labiryncie wąskich uliczek starego miasta.
- Loggia Wenecka, jak wszystkie budowle z tego okresu, powstała w XVI wieku; dawniej spotykała się tutaj miejscowa arystokracja, obecnie trwa tam remont, nie wiemy, co będą teraz kryły te mury.
- port wenecki, bardzo kameralny w porównaniu do tych z większych miast, ale piękny i spokojny; dziś służy tylko jako wewnętrzny port Retimno, statki płynące dalej ruszają z nowej przystani promowej wybudowanej wokół starego portu.
- forteca wenecka, której mury, szczególnie widziane z poziomu morza, robią duże wrażenie. Niestety nie ma wokół nich fosy, a bastiony nie zostały ukończone i w efekcie w XVII wieku Turcy podbili miasto po zaledwie kilkudziesięciu dniach. Dzisiaj wnętrze jest niemal puste i za kilka euro można je zwiedzić, ale my ze względu na goniący nas czas oraz niemiłosierny upał nie skorzystaliśmy z tej opcji.



To już tyle. Zdjęcia na pewno nie oddają całego uroku miasta, ale jeśli mielibyśmy wrócić do któregoś miejsca na Krecie, to na pewno byłoby to Retimno (tylko wiosną, a nie latem!). Jeśli będziecie w okolicy, koniecznie tam zajrzyjcie, myślę, że nie pożałujecie.