Wróciliśmy w zeszły czwartek (z 1,5-godzinnym opóźnieniem), zdążyliśmy już wszystko wyprać i wysłać starszaka na wakacje do dziadków. Przyszedł czas rozpaczy nad stanem naszych kont bankowych. 😉
No, może nie rozpaczy, bo koszty były rozłożone w czasie, ale to był chyba jeden z naszych najdroższych wyjazdów. Z czego to wynikło i czy było warto?
Transport
Po pierwsze, loty. Kupowane w grudniu, w WizzAir, ale z miejscówkami (przy locie z małym dzieckiem trudno ryzykować opcję siedzenia w dwóch końcach samolotu) oraz z bagażem rejestrowanym: 4640 zł.
Po drugie, samochód. Wynajęty na czas wycieczki poza Heraklion, w wypożyczalni Carac. Płatność bez karty kredytowej, najlepsza cena, jaką znalazłam, bezpłatne foteliki dla dzieci, bezpłatny drugi kierowca, bardzo szybki proces odbioru i zwrotu: 1134 zł.
*więcej na temat jazdy po Krecie piszę na końcu wpisu
Po trzecie, paliwo i parkingi. Nie jeździliśmy codziennie, używaliśmy nowego energooszczędnego samochodu: 184,90 zł.
Po czwarte, bilety na transport miejski. Do dziś nie wiem, jaka jest granica wiekowa na bilety miejskie w Heraklionie, bo Zyzia raz nie policzyli, raz policzyli i raz nie policzyli. Za wszystko wyszło 77,76 zł.
Łącznie w tej kategorii: 6036,66 zł.
Nocleg
W tej kategorii mieliśmy tylko dwa wydatki:
- w Heraklionie: mieszkanie blisko starówki na dwie noce, 834,52 zł
- w miejscowości Ravdoucha: domek na odludziu na 5 nocy, 3504 zł
Łącznie: 4338,52 zł.
Wydatki w na transport i nocleg wyniosły ponad 90% całego naszego budżetu. W pozostałych kategoriach koszty były już stosunkowo niewielkie.
Jedzenie
Pieniądze na jedzenie wydawaliśmy głównie w Lidlu, raz poszliśmy na rodzinny obiad, parę razy do cukierni/lodziarni.
Łącznie w tej kategorii: 898,34 zł.
Wejściówki
Tutaj wliczamy ruiny pałacu w Knossos, Muzeum Archeologiczne oraz Muzeum Morskie. W dwóch pierwszych miejscach chłopcy wchodzili za darmo, w ostatnim Zyziowi musieliśmy kupić bilet ulgowy.
Łącznie: 280,80 zł.
Inne
Tutaj zostały nam tylko pocztówki i znaczki. Co prawda kupiliśmy sobie też sandały (skórzane, ręczna robota – moja para na razie sprawuje się świetnie, Marcin swoją musiał już naprawiać niestety…), ale nie wliczamy tego do budżetu wyjazdowego.
Łącznie: 86,40 zł.
Cały wyjazd
Łącznie za 7-dniowy wyjazd zapłaciliśmy 11 640,72 zł, co w przeliczeniu na osobodobę daje 415,74 zł.
Dużo. I widać wyraźnie, że największym obciążeniem budżetu był transport, w szczególności loty. Powód był prosty – mieliśmy z góry określony kierunek oraz ograniczone ramy czasowe. Prawdopodobnie nieprędko zdecydujemy się na kolejny tego typu wyjazd, choć wiemy już na pewno, że obaj chłopcy doskonale znoszą podróże samolotem. No i generalnie są naprawdę dobrymi kompanami na wyjazdy.
Mimo to stwierdzamy, że trochę żałujemy wyboru kierunku, bo bez dzieci prawdopodobnie więcej czasu moglibyśmy wykorzystać na odkrywanie starożytności, z których słynie Kreta. Poza tym, mimo że pogoda na wyspie była nieco łagodniejsza niż np. w Atenach, to upał dawał się we znaki. Wg naszego gospodarza absolutnie najlepszy czas na Kretę to czerwiec i jeśli kiedyś zapragniemy tam wrócić, to zapewne właśnie w tym miesiącu.


Samochodem po Krecie
Kierowcy z południu mają wśród Polaków fatalną opinię. Jak z każdym stereotypem, jest w nim jakieś ziarno prawdy. Zanim podzielę się moją opinią, opiszę pokrótce warunki, które zaobserwowałam przez tydzień na wyspie.
Po pierwsze, ulice w miastach absolutnie nie są przystosowane do ruchu drogowego. Nawet te większe. Te miasta są po prostu zbyt stare, żeby wcisnąć tam sensowną sieć dróg. Ale jakoś to zrobiono, a efektem są bardzo wąskie chodniki z okropnie wysokimi krawężnikami, dużo hałasu i brudu oraz skrzyżowania pod najdziwniejszymi kątami. Jazdę w takich warunkach maksymalnie utrudnia kilka czynników:
- wszelkie znaki poziome są zupełnie wytarte; zgadujcie sami, czy ten pas jest tylko do jazdy na wprost czy może też do skrętu w lewo
- kierowcy parkują na ulicy (no bo chodniki wąskie), w niektórych miejscach nawet w dwóch rządkach, czasem trzeba poczekać z przejazdem, aż ktoś wróci do samochodu, wyłączy światła awaryjne i po prostu odjedzie
- o ruszaniu pod górkę nawet nie wspomnę (po całym dniu jeżdżenia bardzo doceniłam, że dostaliśmy jednak samochód z automatyczną skrzynią biegów…).
Poza miastem jest trochę łatwiej. Ale tylko miejscami. Z Heraklionu w stronę Chanii i dalej półwyspu Rodopos biegnie jedna z głównych tras wyspy. Nie jest to autostrada ani droga ekspresowa, po prostu główna droga krajowa, która czasem ma po jednym, a czasem po dwa pasy w każdym kierunku. I w wielu miejscach bardzo szerokie pobocze. Bardzo. Tak bardzo, że miejscowi wykorzystują je jako dodatkowy pas. Powszechną praktyką dla wolniejszych samochodów jest jazda po tym właśnie poboczu. Albo przynajmniej częściowo po tym poboczu. Natomiast szybsze samochody wyprzedzają te wolniejsze po zwykłym pasie. Albo najeżdżając na podwójną ciągłą linię (podwójna ciągła jest na jakichś 80% trasy, zapewne ze względu na liczne zakręty i pagórki…).
Na ulicach są właściwie tylko trzy typy samochodów:
a) nowe, błyszczące, niemal wyłącznie białe samochody – prawie na pewno z wypożyczalni, jeżdżą nimi turyści
b) niemożliwie poobijane i zakurzone stare modele jakichś sedanów, w ogromnej większości bez klimy – to miejscowi
c) niemożliwie poobijane i zakurzone stare modele pick-upów, najczęściej Toyoty – to dla miejscowych rolników.
Muszę przyznać, że najbardziej przypadły mi do gustu stareńkie Toyoty, na których lakier był wytarty niemal do zera – wiedziałam, że taki samochód da radę wjechać do każdego gaju oliwnego i na każdą dziką plażę. Najprawdopodobniej takiej starowinki nie da się wypożyczyć, chyba że uda się wam dogadać z kimś miejscowym.
To, co spodobało mi się na drogach, to spokojne zachowanie kierowców. Mało kto poważnie przekracza limity prędkości, nikt nie podjeżdża do zderzaka, nie mruga długimi światłami, nie krzyczy i nie macha rękami. Kierowcy mają raczej wyluzowane podejście do ruchu na drodze i jest to zresztą bardzo pomocne, bo na wąskich górskich czy miejskich drogach i tak nie brakuje emocji. Ale i do tych można się przyzwyczaić – muszę przyznać, że po pierwszym, dość długim za kółkiem, wąski i stromy dojazd do naszego domku nie robił już na mnie tak dużego wrażenia jak na początku. Mogłam za to bardziej docenić piękne widoki w dole. 🙂