Tatry. Orla Perć

Odhaczyliśmy jeden z punktów, który dość długo już wisiał na naszej liście do zrobienia.

Wiosną mieliśmy już niemal całe wakacje rozplanowane i pomyślałam z żalem, że znowu nie przejdziemy Orlej Perci. A to jest taki kawałek Tatr, że śnieg zalega w niektórych miejscach nawet w lipcu (sami kiedyś to sprawdziliśmy), a z drugiej strony, jeśli chce się zrobić całą grań za jednym razem, to trzeba długiego dnia. Z tych dwóch warunków wynika, że na Orlą najlepiej iść w sierpniu. Czyli wtedy, kiedy schroniska są w całości lub niemal w całości obłożone. I faktycznie, w weekend w sierpniu miejsc nie było nigdzie, ale udało mi się zarezerwować dwa miejsca w Murowańcu od niedzieli do poniedziałku. Dzięki temu mieliśmy do wyboru dwa pełne dni na zrealizowanie naszego planu.

W niedzielę o 15 zameldowaliśmy się w Murowańcu. Zdążyliśmy na spokojnie dojść do schroniska, rozłożyć się w pokoju, zjeść obiad i sprawdzić prognozę pogody we wszystkich dostępnych serwisach. Podjęliśmy decyzję o wyjściu już następnego dnia, bo i w poniedziałek i we wtorek zapowiadano możliwość opadów po południu. Stwierdziliśmy, że najwyżej rozłożymy przejście na dwa razy. Pętla w całości wygląda na mapie tak:

Wieczorem nad Murowańcem było oberwanie chmury. Dosłownie. Nasze łóżka stały akurat pod lekkim skosem, a odgłosy wskazywały na to, że deszcz za chwilę przebije dach. Zamknęliśmy okno i lał się po nim strumień wody. Padało jeszcze dobrych parę godzin (choć z mniejszą intensywnością), ale kiedy o 4:30 zadzwonił budzik, deszczu w ogóle nie było słychać. Przyznam jednak, że mocno biłam się z myślami w kwestii wyjścia na szlak. A to z powodu niewyspania, i to mocnego.

Kiedy rezerwowałam pobyt w Murowańcu jedyne wolne miejsca były w pokoju 10-osobowym. A im więcej osób, tym więcej sposobów na zakłócanie snu. Były naprawdę głośne powiadomienia na telefonie, szukanie rzeczy z czołówką ustawioną na białe światło (większość czołówek ma tryb świecenia na czerwono – właśnie to światło jest zaprojektowane do świecenia z bliska, na przykład, kiedy się szuka czegoś po ciemku i nie chce się oślepiać siebie lub innych…). Ale wszystko to przebił chłopak, który chrapał tak głośno, że obudził wszystkich w pokoju. Ostatecznie spałam jakieś 4 godziny, z przerwami oczywiście. I właśnie dlatego o 4:30 nad ranem intensywnie zastanawiałam się, czy budzić Marcina i wyciągać go na najbardziej wymagający szlak w Tatrach. Jak już wiecie po tytule, wygrała ambicja.

Zjedliśmy szybkie śniadanie, po cichu ewakuowaliśmy się z pokoju i o 5:30, jeszcze w porannej mgle, zaczęliśmy marsz na Zawrat. Spotkaliśmy jedną osobę nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, a potem kolejne dwie minęły nas już na podejściu ze Stawu na Zawrat. A minęły nas, bo tam poczułam się zupełnie słabo i poważnie rozważałam powrót do schroniska. Myślałam, że to brak snu daje się już we znaki, ale wmusiłam w siebie batonika i okazało się, że po prostu skończył mi się cukier. Podejście na Zawrat z Doliny Gąsienicowej jest dużo trudniejsze niż z Pięciu Stawów i nie chodzi nawet o to, że po drodze są łańcuchy, ale o to, że przynajmniej w dwóch miejscach można zgubić drogę wśród skał i trzeba się naprawdę mocno rozglądać, żeby iść w odpowiednim kierunku. Nam też się to przydarzyło i straciliśmy kilka minut na poszukiwaniach szlaku.

Na Zawrat, czyli na początek słynnej Orlej Perci dotarliśmy dopiero o 8. Piszę tu o początku Orlej nie bez powodu. Kilka lat temu przebieg szlaku Zawat – Kozi Wierch zmieniono na jednokierunkowy, więc jeśli ktoś chce przejść całą grań za jednym razem, musi zacząć od zachodu.

Odcinek z Zawratu do Koziej Przełęczy jest względnie łatwy. Tuż nad przełęczą znajduje się najsłynniejsza w Tatrach drabinka, ale muszę powiedzieć, że to pikuś w porównaniu z pierwszym kawałkiem podejścia z Koziej Przełęczy na Kozi Wierch. Moim zdaniem ten odcinek to jeden z trzech najtrudniejszych na całym szlaku, naprawdę trzeba się mocno wysilić na tych łańcuchach, choć im bliżej szczytu, tym łatwiej.

Tuż przed 11 zameldowaliśmy się na najwyższym szczycie położonym w całości na terytorium Polski, czyli na Kozim Wierchu. Było tam ledwie kilka osób, ale sporo nadchodziło już stosunkowo łatwym (zupełnie pozbawionym łańcuchów) szlakiem z Doliny Pięciu Stawów Polskich. My za to poszliśmy dalej czerwonym szlakiem w stronę Granatów. Ale zanim Granaty, czekało nas męczące zejście do Żlebu Kulczyńskiego. Jest to mozolny kawałek, pozbawiony łańcuchów, ale wymagający sporej uważności w stawianiu stóp i szukaniu dobrych chwytów w uskokach skały. Podejście tym kawałkiem jest na pewno dużo prostsze, jednak my mieliśmy do wyboru tylko zejście i ten odcinek oceniam jako jeden z trzech najtrudniejszych.

Przejście między Zadnim a Skrajnym Granatem przeszło nam całkiem spokojnie i w ostatnim miejscu, w którym mogliśmy zejść z Orlej Perci przed jej ukończeniem, podjęliśmy decyzję o kontynuacji. Byliśmy już mocno zmęczeni, w dolinach po obu stronach grani widzieliśmy kłębiące się chmury, ale wszystko wskazywało na to, że zdążymy zejść do przełęczy przed deszczem. To, czego nie przewidzieliśmy, to jak bardzo spadnie nam tempo na tym ostatnim kawałku. Oraz że zupełnie skończy się nam woda. Nie wiem, czy to kwestia zmęczenia i niewyspania, ale przejście w okolicach Buczynowego Karbu wydało mi się naprawdę trudne, ze względu na małą ilość podparcia dla stóp i rąk i częstą konieczność wiszenia na łańcuchach.

Po ostatnim długim odcinku podejścia z łańcuchami na Kopę nad Krzyżnem dotarliśmy (a raczej dowlekliśmy się) na Krzyżne. Była już 16 i zaczęliśmy mozolne zejście do schroniska. Pierwszy etap to była mordęga – dość ostre zejście do doliny było zabójcze dla zmęczonych mięśni ud, a palące słońce tylko wzmacniało pragnienie. Na szczęście po około pół godziny droga się wypłaszczyła, a my weszliśmy w chmurę, którą widzieliśmy cały dzień. Po drodze znaleźliśmy też strumień i nabraliśmy trochę wody (strumień jest powyżej wszelkich schronisk oraz miejsc wypasu owiec, wody nabierałam też powyżej szlaku – nie było to idealne rozwiązanie, ale podjęliśmy wykalkulowane ryzyko, odwodnienie byłoby w tym momencie bardziej niebezpieczne). Ostatecznie dotarliśmy do Murowańca po ponad 13 godzinach na szlaku.

Muszę przyznać, że Orła Perć dała mi w kość, jak żaden inny szlak do tej pory. Niecałe 15 km i 1400 metrów podejść było dla mnie o wiele bardziej męczące, niż 45 km i 2200 metrów na Potrójnej Koronie. Myślę, że głównym składnikiem trudności były liczne przejścia na łańcuchach, klamrach i drabinkach. Potrójną Koronę czułam przede wszystkim w nogach. Tutaj zrobiłam konkretny trening całego ciała. Bolały mnie nawet mięśnie brzucha, serio.

Jakie mam rady dla chętnych na Orlą?

1. Zdobądź dużo doświadczenia na innych szlakach. Regularnie rób trasy przynajmniej 9-10-godzinne. Potrzebujesz naprawdę dobrej kondycji.

2. Oswój się ze skalą i łańcuchami. Pójdź na Giewont, na Świnicę od Zawratu. Zrób na próbę jakiś fragment Orlej.

3. Zabierz kask. Tak, dostałam kamieniem w głowę. Dostałam również łańcuchem (z własnej winy). Nietrudno jest także uderzyć się o skałę (rok temu na słowackich Rohaczach Marcin koncertowo rozciął sobie czoło – a potem wyhodował tam pięknego guza).

4. Zabierz pół litra wody więcej niż zwykle. I musy owocowe. Ja na Krzyżnem przypomniałam sobie, że spakowałam taki mus do plecaka i muszę przyznać, że zjedzenie czegoś mokrego, kiedy byliśmy tak spragnieni, mocno podbudowało nasze morale.

Szybkie podsumowanie kosztów

  • nocleg: 902 zł, 2 łóżka w pokoju 10-osobowym x 3 noce + pościel i opłata klimatyczna; słuchajcie, to są Tatry, tanio to jest w Lesku w Bieszczadniku
  • jedzenie w schronisku: 361 zł; przyznaję, lekko tutaj przesadziliśmy, ale dodam na swoją obronę, że w Murowańcu nie ma kuchni turystycznej, jedynie czajnik z gorącą wodą…
  • paliwo: 235,51 zł
  • parking: 140 zł; dokładnie w Brzezinach, taniej niż w Kuźnicach, ale i tak lekkie zdzierstwo, bo parkowaliśmy w niedzielę po południu, a odjeżdżaliśmy w środę rano, czyli łącznie korzystaliśmy 3 doby, ale kwota była za cztery dni…
  • jedzenie spoza schroniska: 97,11 zł
  • bilety do TPN: 80 zł

Łącznie: 1815,62 zł albo 226,95 zł za osobodobę. No, nie był to wyjazd budżetowy, tyle powiem, ale szybko tego nie powtórzymy.


Teraz robię przerwę od gór. Tak serio. We wrześniu nigdzie nie jadę. No nie oszukujmy się, dłużej niż miesiąc nie wytrzymam – w październiku i listopadzie mam już zaplanowane trzy wyjazdy. 😉 Do usłyszenia!

PS.

Dodaj komentarz