Górołazki 1: Tatry

Jak powszechnie wiadomo, miesiąc bez gór miesiącem straconym. Wrzesień przepadł, ale październik zaczął się naprawdę zacnie.

Od dłuższego czasu szykowałam się na grupowy dziewczyński wyjazd w góry. Jak to zwykle w życiu bywa, przy planowaniu na kilka miesięcy wstecz sporo rzeczy może się posypać i nie inaczej było w tym przypadku. Miesiąc przed wyjazdem nasza rezerwacja noclegowa została odwołana (bez podania przyczyny, ale później trafiłam na to samo mieszkanie tylko za wyższą cenę). Trzeba było więc znaleźć nową bazę. Najgorsze jednak miało dopiero przyjść, bo dosłownie na parę dni przed wyjazdem jedna uczestniczka musiała zrezygnować ze względów zdrowotnych, a następnego dnia kolejna, również ze względu na zdrowie. Finalnie w piątek rano ruszyłam w Tatry z jedną górołazką, a konkretnie z moją siostrą. 😉

Szybko policzyłyśmy, że ostatnio byłyśmy razem w górach 7 lat temu, a na wyjeździe tylko we dwie – przynajmniej 10 lat wstecz. Podczas tej wycieczki bardzo chciałam pokazać Kindze jesienny urok Tatr Zachodnich, ale tutaj zawiódł kolejny element, mianowicie pogoda. Przez cały weekend było mgliście, momentami nawet deszczowo. Na szczęście nie powstrzymało nas to od codziennych wędrówek, a przy okazji odkryłam dla siebie nowe miejsca i zupełnie opustoszałe szlaki.

Piątek

Prosto z trasy samochodowej poszłyśmy na krótką trasę na rozgrzewkę, z Doliny Filipka na Polanę Rusinową. Na dworze padał drobny deszcz, ale czekał nas spacer głównie przez las, a po drodze postój w kaplicy na Wiktorówkach, więc nie przejmowałyśmy się tym zbyt mocno. Polana Rusniowa jest jedną z bardziej znanych w Tatrach – dochodzi do niej kilka łatwych szlaków, a w nagrodę czeka piękna panorama. Cóż, my widziałyśmy tylko chmury przykrywające ową panoramę, ale też nie borykałyśmy się z problemem tłumów na szlaku. Było już popołudnie, ledwie 3 godziny przed zachodem słońca, a pogoda nie zachęcała do wyjścia na szlak, więc łącznie spotkałyśmy jakieś 10 osób.

Sobota

Mimo permanentnego niewyspania postanowiłyśmy tego dnia wstać na tyle wcześnie, żeby na szlak wyruszyć tuż po świcie, czyli około 7 rano. Dzięki temu miałyśmy wystarczająco dużo czasu na powrót do bazy nawet w wypadku nieprzewidzianych zdarzeń. Już od samych Kir towarzyszyło nam sporo ludzi. Dolina Kościeliska jest zdecydowanie jednym z najpopularniejszych miejsc w Tatrach i jest szczególnie polecana dla początkujących czy na wypadek kiepskiej pogody. Nie dziwi więc, że już od świtu nie można tam narzekać na brak towarzystwa. My jednak po ok. 40 minutach marszu odbiłyśmy w prawo i zaczęłyśmy piąć się pod górę w stronę polany Stoły. Tutaj mogłyśmy w zupełnym spokoju kontemplować tatrzańską przyrodę (a gdyby nie nisko wiszące chmury mogłybyśmy także podziwiać piękne zbocza doliny i granie w oddali).

Pod koniec trasy zdawało się, że lada chwila zza chmur wyjdzie piękne słońce i odsłoni przed nami choćby kawałek panoramy albo jakichś odległych szczytów, ale okazało się, że to była złudna nadzieja. Doszłyśmy do szałasów pasterskich na polanie, a niebo było tak pochmurne, jak wcześniej. Ba, na polanie było wręcz mgliście i bardzo ślisko, bo szlak prowadził przez trawiaste (i najwyraźniej mało uczęszczana) zbocze. Jak bardzo ślisko było na polanie przekonała się już chwilę później Kinga. Kiedy ja ruszyłam jeszcze kilkaset metrów pod górę, żeby sprawdzić, jak wygląda koniec trasy, moja siostra zawróciła do wspomnianych szałasów i zaliczyła całkiem konkretny zjazd zboczem. Na szczęście nic sobie nie uszkodziła, ale okazało się, że moje podejście pod górę było zupełnie niepotrzebne – doszłam do końca szlaku niebieskiego, czyli na koniec polany (przynajmniej wg mapy, bo w rzeczywistości jest tam już sporo drzew), żeby odkryć, że… nie ma tam nic ciekawego oprócz słupka z tabliczką. Serio, nie musicie zaglądać powyżej szałasów, nie warto.

Po przerwie na herbatę i słodką przekąskę zeszłyśmy z powrotem do doliny, gdzie głównym zielonym szlakiem spacerowały już tłumy turystów. Na niebieskim w stronę polany spotkałyśmy dokładnie sześć osób, a na dole musiałyśmy czasem wręcz przepychać się między ludźmi – różnica była ogromna. Mimo to ruszyłyśmy w stronę schroniska na Hali Ornak. Niestety dość szybko okazało się, że Kingę dopadł nieokreślony ból w nodze, a że nie chciałyśmy, żeby ból zamienił się w kontuzję, to spod Skały Sowa ruszyłyśmy z powrotem do Kir.

Niedziela

Ostatniego dnia wracałyśmy już do domu, więc na pożegnanie wybrałyśmy krótki spacer Doliną Lejową. Samochód zostawiłyśmy przy Zajeździe Józef, przeszłyśmy zielonym szlakiem koło stacji narciarskiej Polana Biały Potok i Drogą pod Reglami doszłyśmy do Doliny Lejowej. Sam początek doliny zrobił na mnie spore wrażenie – po obu stronach ciągną się skaliste zbocza, na których widać przymocowane haki (jak dowiedziałam się z książki „Tatry. Przewodnik dla dużych i małych”, jest to popularne miejsce ćwiczeń taterników). Skały bardzo szybko jednak zamieniają się w drzewa, a szlak… w rozjeżdżoną leśną drogę. Niestety trafiłyśmy na okres wycinek drzew i spora część trasy była okropnie rozjeżdżona przez ciężkie maszyny. Sytuacji nie poprawiała deszczowa pogoda w weekend.

W zupełnej samotności doszłyśmy do Niżniej Kominiarskiej Polany, gdzie zrobiłyśmy krótką przerwę na herbatę, spotkałyśmy się oko w oko z łasicą (albo innym zwierzęciem podobnym do łasicy) i zawróciłyśmy, żeby wrócić do samochodu dokładnie tą samą trasą. Dopiero w drodze powrotnej spotkałyśmy na szlaku 3 osoby (sztuk, słownie: trzy), a wszechobecna mgła tylko się zagęściła, więc czułyśmy się niemal jak planie zdjęciowym filmu grozy. Nasza wycieczka zakończyła się jednak zupełnie zwyczajnie i wróciłyśmy do Warszawy, nie trafiając nawet na korki na trasie.

Krótkie podsumowanie

Na tym wyjeździe od początku nastawiałam się na spędzenie czasu z dziewczynami i wiedziałam, że muszę powstrzymać swoje trekkingowe ambicje, bo nawet najlepszy widok może nie wystarczyć, jeśli szlak okaże się za trudny i zniechęci do górskich wyjazdów. Przygotowałam moim górołazkom kilkanaście propozycji tras, ze względu na charakterystykę szlaków, głównie w Tatrach Zachodnich. Zbierając również 10-latnie doświadczenie na trasach w Polsce i Europie, wysłałam obowiązkową listę wyposażenia (tak, jestem TYM typem człowieka 😛 ). Wszystko po to, żeby dziewczyny mogły się skupić na przyjemnościach. Nawet gdyby pogoda była idealna, nie porywałybyśmy się na najdłuższe szlaki, a popołudnia i wieczory spędzałybyśmy w wynajętym mieszkaniu, oglądając Netflixa, grając w planszówki i trochę drzemiąc. I tak właśnie planuję kolejne wyjazdy z tej serii. 🙂

Jedna uwaga do wpisu “Górołazki 1: Tatry

Dodaj komentarz