Tatry Zachodnie rodzinnie

Jak wspominałam już we wpisie z planami na 2025 rok, kierunek wyjazdu na ferie podyktował nam nasz mały solenizant (niedawno skończył 5 lat!), my za to zaproponowaliśmy nocleg inny niż zazwyczaj w tym rejonie.

Tak jakoś wyszło, że już czwarty rok z rzędu jesteśmy w styczniu/lutym w Tatrach. Do tej pory zawsze nocowaliśmy w Zakopanem i okolicach, w domkach lub mieszkaniach (zwanych powszechnie apartamentami, choć większość właścicieli chyba nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia tego słowa). Jednak tym razem pomyśleliśmy o zarezerwowaniu noclegu w schronisku na terenie parku. Chłopcy już nie raz, nie dwa spali w schroniskach górskich i każda wizyta w takim schronisku (nawet bez noclegu) jest dla nich wielką frajdą, więc byli zachwyceni pomysłem.

W niedzielę rano, tuż przed rozpoczęciem drugiego tygodnia mazowieckich ferii zimowych, zostawiliśmy samochód na parkingu na Siwej Polanie i ruszyliśmy do schroniska. Objuczeni jak osiołki (szczególnie Marcin), wdychaliśmy mroźne powietrze i grzaliśmy się w promieniach słońca. Spodziewaliśmy się niskich temperatur i byliśmy ubrani naprawdę ciepło, ale już po pół godziny okazało się, że musieliśmy pozbyć się niektórych warstw. Nie wiem, jak spacer przeżyli ludzie poubierani w kombinezony narciarskie. Cała droga na Polanę Chochołowską zajęła nam niemal trzy godziny i była przerywana licznymi przerwami na zakładanie raczków, zdejmowanie raczków (po pięciu minutach), rozbieranie się i ubieranie (po wejściu w zacienioną część szlaku), no i oczywiście na przekąski.

Do schroniska weszliśmy o 13:30 i zastaliśmy tam tłum ludzi korzystających z bufetu, ale na szczęście mogliśmy zameldować się pół godziny przed rozpoczęciem doby hotelowej. Zostawiliśmy bagaże w pokoju i, w nieco mniejszym już ścisku, zjedliśmy obiad z bufetu. Popołudnie upłynęło nam dość leniwie. Nigdy nie zabieramy ze sobą na wyjazdy tuzina zabawek czy innych gadżetów. Nie inaczej było tym razem. Mieliśmy ze sobą grę karcianą Sen oraz mały blok obrazków z dinozaurami. Oryginalnie przeznaczony do wklejania naklejek, każdą kartkę miał z jednej strony pustą, więc chłopcy (szczególnie Zyzio) wykorzystywali je na rysunki. Pierwszego dnia musieliśmy też poświęcić też trochę czasu na rozpakowanie i ułożenie naszych rzeczy w pokoju czy ubranie pościeli. I tak czas jakoś upłynął do wieczora. Potem już tylko kolacja w kuchni turystycznej (czyli z własnych zapasów), mycie i do spania.

Na cały wyjazd zaplanowaliśmy trasy, które bez problemu można zrobić w maksymalnie 5 godzin, więc nie katowaliśmy się wczesnym wstawaniem i po prostu budziliśmy się razem z chłopcami. W poniedziałek wypadło to o 8 i tuż przed 10 udało nam się zebrać do wyjścia i ruszyć na Grzesia. Dość szybko okazało się, że popełniliśmy falstart. Po jakichś 10 czy 15 minutach marszu Zyzio poślizgnął się na oblodzonym kawałku szlaku (pomiędzy długimi suchymi odcinkami) i chciał założyć na ten fragment raczki, ale okazało się, że te zostały w schronisku. Marcin dzielnie zawrócił do pokoju, a ja czekałam z chłopcami. Na powalonym pniu, w pełnym słońcu i zupełnie bez kurtek, bo te kilkanaście minut marszu w słońcu wystarczyło do porządnego rozgrzania się.

Dalsza droga przebiegła bez większych trudności. Za odbiciem szlaku niebieskiego założyliśmy w końcu raczki, bo śnieg i lód występowały już zdecydowanie częściej niż sucha ziemia i kamienie. Naprawdę sprawnie dostaliśmy się na przełęcz pod Grzesiem, gdzie oczywiście zrobiliśmy małą sesję zdjęciową. A na samym szczycie rozsiedliśmy się z herbatą i wafelkami. Widok na Rakoń, Wołowiec i sąsiednie szczyty był fantastyczny, na niebie nie było ani jednej chmury, dosłownie! Pierwszy raz trafiłam na takie piękne zimowe warunki w Tatrach i cieszę się, że chłopcy również mogli tego doświadczyć.

Z Grzesia do schroniska wracaliśmy tą samą trasą, żeby nie przedłużać wycieczki; zresztą jedyną alternatywą byłby zimowy wariant zielonego szlaku do Wyżniej Polany Chochołowskiej – pod spodem nie ma utartego szlaku, a kosodrzewina, więc istnieje niestety niebezpieczeństwo zapadnięcia się i nie chcieliśmy ryzykować tego z chłopcami. Po zejściu do lasu rozdzieliliśmy się na dwie grupy – Marcin i Zyzio zbiegali do schroniska, a ja schodziłam powoli ze Stefkiem, którego nogi dość mocno odczuwały drogę w dół. Mimo to Stefek pokonał całą 3-godzinną trasę w 3,5 godziny (a po drodze było jeszcze sporo postojów na żelki i piknik na szczycie).

Wtorkowy poranek Marcin postanowił wykorzystać na podziwianie wschodu słońca na Grzesiu i wyszedł z pokoju grubo przed świtem. Za to ja i Zyzio przygotowaliśmy prowizoryczny tort (który udawała babka piaskowa) ozdobiony świeczkami, które wcześniej wybrał sobie Stefek (tak, to wszystko dotarło do schroniska w naszych plecakach). Jeszcze jedną rzeczą, którą zamówił nasz solenizant był dmuchany dinozaur i po zdmuchnięciu świeczek i zjedzeniu tortu zabraliśmy się za ożywienie zwierzaka. Podobnie jak w zeszłym roku, tak i teraz prezent okazał się hitem i świetną zabawką dla chłopców (w momencie, w którym pisałam notatkę do tego wpisu, też się nim bawili 😉 ).

Po 9 Marcin wrócił z porannej wycieczki i o 10 byliśmy gotowi do wymarszu na zaplanowaną tego dnia trasę. Nasz pierwotny plan był taki, żeby dojść żółtym szlakiem do Kamienia Papieskiego i tam rozdzielić się na dwie grupy. Jednak po krótkim postoju Stefan stwierdził, że ma dużo siły, więc ruszyliśmy pod górę, w stronę Trzydniowiańskiego Wierchu, z zamiarem zawrócenia Stefka, jeśli tylko stwierdzi, że brakuje mu sił.

Trasa niemal od samego początku była zaśnieżona i zalodzona, więc raczki założyliśmy jeszcze przed dojściem do końca żółtego szlaku. Przez pierwszą godzinę szliśmy głównie w cieniu i muszę przyznać, że nie zdążyłam się porządnie rozgrzać. Dopiero nieco wyżej dotarły do nas ożywcze promienie słońca. Podobnie jak wczoraj mieliśmy szlak tylko dla siebie. Mogliśmy w zupełnej ciszy i spokoju rozkoszować się naturą dookoła, a muszę powiedzieć, że trasa prowadząca z Polany Chochołowskiej przez Dolinę Jarząbczą jest przeurocza i podobała mi się dużo bardziej niż ta prowadząca na Grzesia.

Za ogrom pozytywnych pozytywnych doznań odpowiadała też w dużej mierze pogoda. Drugi dzień z rzędu cieszyliśmy się bezchmurnym niebem. A przede wszystkim świetnymi warunkami do wędrowania. Nie czarujmy się – gdyby nie warunki idealne, na pewno nie wybralibyśmy się na ten szlak. Co więc zaważyło o naszej decyzji? Po pierwsze, obowiązywała lawinowa jedynka. Samo to nie jest wystarczającym gwarantem bezpieczeństwa, ale obserwowaliśmy pogodę w Tatrach Zachodnich od wielu dni. Wiedzieliśmy również, że zagrożenie lawinowe obowiązuje tylko powyżej 1700 m n.p.m. W dodatku na naszym szlaku było tylko jedno miejsce, gdzie przy niesprzyjających warunkach mogłoby dotrzeć czoło lawiny. Jednak przy warunkach panujących tego dnia było to pewnie równie prawdopodobne jak potrącenie przez samochód po wyjściu z domu, więc zdecydowaliśmy się zaryzykować.

Kiedy doszliśmy na ostatni prosty odcinek prowadzący wzdłuż Szerokiego Żlebu, zauważyliśmy już kilkoro ludzi w okolicach szczytu oraz na grzebiecie prowadzącym na Kończysty Wierch. Podejście pod górę było dość żmudne, szczególnie na samym końcu, kiedy trzeba było się wspinać po schodach, na których zostało już mało śniegu. Na szczęście niedługo potem dotarliśmy do naszej nagrody – Trzydniowiańskiego Wierchu, z którego rozpościera się fantastyczny widok. Jak zwykle rozłożyliśmy minipiknik, choć trwał on odrobinę krócej niż poprzedniego dnia, bo wiatr dawał się we znaki nieco bardziej niż na Grzesiu.

Teraz czekało nas już tylko zejście – najpierw pięknym dość łagodnym grzbietem z cudownymi widokami. Potem, w lesie, czekał na nas naprawdę długi stromy odcinek, który wypłaszczył się dopiero tuż przed Doliną Chochołowską. Muszę przyznać, że nie sprawdziłam profilu trasy przed wyjściem – prawdopodobnie wtedy poszlibyśmy pod górę bardziej stromym kawałkiem, a schodzilibyśmy łagodniejszym, ale uważam, że grzbiet, po którym prowadzi szlak czerwony z Trzydniowiańskiego Wierchu na Polanę Trzydniówkę dużo lepiej prezentuje się podczas zejścia, więc jestem zadowolona z takiego obrotu spraw.

Ostatniego dnia Marcin nawet nie wyciągał aparatu. Spakowaliśmy manatki i po śniadaniu ruszyliśmy na parking na Siwej Polanie. Najwyraźniej wyczerpaliśmy nasz limit dobrej pogody, bo nie było już tak słonecznie, temperatura była odczuwalnie niższa, a na szlaku hulał wiatr, który podrywał piasek i formował go w małe trąby powietrzne. W tej scenerii dość sprawnie wróciliśmy do samochodu, a potem do domu.

Podsumowanie kosztów

Nocleg

Spaliśmy w pokoju czteroosobowym, bez umywalki (w schronisku do wyboru są pokoje z umywalkami lub bez, oczywiście te pierwsze są droższe). Dodatkowo trzeba zabrać swój śpiwór albo zapłacić jednorazowo za wypożyczenie kompletu pościeli.

U nas za trzy noce z pościelą wyszło łącznie 998 zł.

Jedzenie

Jak już wspomniałam, wzięliśmy sporo prowiantu ze sobą. Ale korzystaliśmy też z bufetu. Kupiliśmy tam dwa razy obiad dla całej rodziny i za te obiady zapłaciliśmy 384 zł. Zdarzyły się też trzy dania śniadaniowe – 71 zł. Oraz trzy dania kolacyjne za 88 zł. Łącznie wydaliśmy 543 zł na zakupy w bufecie. Plus jakieś 150 zł za prowiant w plecakach.

Transport

W Tatry wybraliśmy się samochodem. Po pierwsze, skróciliśmy czas dojazdu, co z dziećmi jest dość istotne. Po drugie, przy czterech osobach była to tańsza opcja. A po trzecie, prosto z gór jechaliśmy do moich rodziców, a dojazd do nich możliwy jest właściwie tylko samochodem (PKS kursuje kilka razy dziennie z pobliskich miasteczek). Za paliwo zapłaciliśmy 204,19 zł.

Inne

Do wydatków dorzuciliśmy jeszcze bilety do Tatrzańskiego Parku Narodowego za 100 zł (dwa normalne, jeden ulgowy oraz darmowy dla Stefka) i parking za 80 zł na cztery dni.

Łącznie wydaliśmy ok. 2075,19 zł czyli 129,70 zł za osobodobę.

Bonus

Jak spakowaliśmy chłopców na zimowy wyjazd trekkingowy w Tatry? Przede wszystkim tak, żeby ubrań było w sam raz, bo mieliśmy ograniczoną pojemność plecaków. Chłopcy, podobnie jak my, mają pulę ubrań turystycznych, które trzymają w specjalnych pudłach „trekkingowych” i używają tylko na wyjazdach. Są to głównie ubrania z drugiej ręki (Vinted, OLX oraz moje ulubione lumpeksy w Warszawie). Cały ich sprzęt był też kompletowany na przestrzeni kilku lat, a przed każdym wyjazdem sprawdzamy jego stan i (w przypadku ubrań) rozmiar.

Ta ilustracja pochodzi z fantastycznej książki „Pierwsza pomoc w górach”. Polecam wszystkim dużym i małym!

Zasadniczo każdy z chłopców miał zestaw taki, jak na załączonym obrazku:

  • komplet bielizny termicznej z wełny merino (leginsy, podkoszulek, koszulka z długim rękawem),
  • spodnie trekkingowe (każdy po dwie pary) + bluzę polarową (każdy po dwie sztuki, jedna cienka, druga grubsza),
  • kurtkę puchową (Stefek ma akurat z wypełnieniem sytentycznym, Zyzio z puchem gęsim – obie pochodzą z lumpeksów),
  • kurtkę przeciwdeszczową.

Do tego:

  • majtki (4 pary),
  • skarpety trekkingowe (4 pary),
  • komplet syntetycznej bielizny termicznej jako piżamy,
  • dwie pary rękawiczek (cienkie + grube),
  • dwa kominy,
  • czapka,
  • koszulka „cywilna” (bawełniana).

I z ubrań to właściwie tyle. My z Marcinem wzięliśmy odzieży jeszcze odrobinę mniej.

Jeśli chodzi o sprzęt, to właściwie wszyscy mieliśmy ten sam zestaw (również z tego powodu, że chłopcy zawsze chcą mieć wszystko, co my mamy):

  • raczki (krótkie zęby na gumowej obręczy – raki mają dłuższe zęby i są inaczej mocowane do buty, nakładki antypoślizgowe też są na gumowej obręczy, ale mają tylko malutkie kolce, a nie zęby),
  • termos, kubek, łyżka,
  • ręcznik szybkoschnący, kosmetyczka,
  • podręczna apteczka (akurat te ja i Marcin mamy zawsze lepiej wyposażone),
  • klapki,
  • worek wodoszczelny na ubrania w plecaku,
  • pokrowiec przeciwdeszczowy na plecak (akurat Marcin, ja i Stefek mieliśmy plecaki z wbudowanymi pokrowcami, Zyzio miał swój oddzielnie, w środku plecaka).

Najpewniej zapomniałam jeszcze o jakichś drobiazgach, ale choć wydaje się, że jest tego nie za dużo, to nasze plecaki były dość szczelnie wypełnione. Całość dopełniał oczywiście prowiant, bo trzy posiłki dziennie przez cztery dni przy schroniskowych cenach znacznie obciążyłyby budżet wyjazdowy.

Epilog z prologiem

Na koniec polecajka. Na południe Polski wybraliśmy się dzień wcześniej. W sobotę nocowaliśmy w okolicy Witowa, żeby móc ruszyć na szlak z rana i, korzystając z okazji, wpadliśmy po drodze do Krakowa, żeby zjeść tam obiad oraz zwiedzić MuFo czyli Muzeum Fotografii. Serdecznie polecamy to miejsce rodzinom z dziećmi! Nasi chłopcy spędzili na wystawie głównej 1,5 godziny i naprawdę dobrze się bawili. Zalet z punktu widzenia dziecka i rodzica jest sporo:

  • dużo szuflad ze zdjęciami oraz gablot zasłoniętych roletą, którą trzeba samemu odsłonić – w dziecku budzi się mały odkrywca i zwiedzanie zmienia się w przygodę,
  • sporo eksponatów dla osób niewidomych, co jest również frajdą dla dzieci, bo mogą wielu rzeczy dotykać,
  • bezpłatne wejście dla dzieci,
  • dostosowany obiekt jako taki: w łazience są stopnie, które umożliwiają mniejszym dzieciom korzystanie z umywalek, jest też pokój wyciszenia, dla dzieci, które poczują się przebodźcowane wizytą.

Wiem, że w Krakowie jest sporo atrakcji dla dzieci, a ta nie jest najbardziej oczywista, więc warto zapisać sobie to miejsce do wypróbowania, np. na wypadek gorszej pogody. 😉

Dodaj komentarz