Tatry Zachodnie: Starorobociański Wierch zimą

W lutym spędziłam w Tatrach Zachodnich piękne cztery dni (no, ostatni nie był już tak piękny, ale nie czepiajmy się szczegółów) i – choć trudno w to uwierzyć – miesiąc później wróciłam w to samo miejsce i trafiłam na równie idealną pogodę.

Głównym celem tego wypadu był jeden z tatrzańskich dwutysięczników, Starorobociański Wierch. Niestety w schronisku na Polanie Chochołowskiej nie było już miejsc w dwójkach, a że nie chciałam ryzykować spania w pokoju wieloosobowym (tak jak to zrobiłam przed wyjściem na Orlą Perć – co za błąd!), więc został nam nocleg w okolicach Zakopanego i wycieczka z parkingu na Siwej Polanie. Generowało to jednak pewien problem – trasa zrobiła się długa. Biorąc pod uwagę, że chcieliśmy zahaczyć o Ornak, całość miała zająć wg mapy-turystycznej 10,5 godziny. Wciąż zdecydowanie w zasięgu moich możliwości, ale, jak miałam się przekonać, niekoniecznie w twardych zimowych butach…

21 marca

Dokładnie o 6, czyli tuż po wschodzie słońca, ruszyliśmy na szlak. Podobnie jak w lutym droga była dość sucha i dopiero po odbiciu na szlak czerwony na Polanie Trzydniówce można było poczuć pod butami śnieg. I to nawet powyżej dolnej linii lasu (inaczej niż w lutym, bo wtedy w między drzewami były pojedyncze płaty zlodowaciałego śniegu). W związku z tym w lesie, gdzie wejście jest miejscami bardzo strome (nawet ponad 40% nachylenia), zdecydowałam się na założenie raczków (z kijami trekkingowymi, ledwo, ledwo, ale możliwe było wejście w samych butach). Nagrodą były fantastyczne widoki powyżej granicy lasu, na grzbiecie prowadzącym na Trzydniowiański Wierch.

Podobnie jak w lutym, tak i teraz byłam zachwycona grzbietem rozdzielającym Dolinę Trzydniowiańską i Dolinę Starorobociańską. Z wyjątkiem ostatniego, nieco bardziej stromego kawałka, stanowi on przyjemne i bardzo widokowe podejście na Trzydniowiański Wierch, który jest też obszernym naturalnym tarasem widokowym i, o ile pogoda dopisuje, serdecznie polecam piknik w tym miejscu.

Nasza trasa wiodła dalej zielonym szlakiem na południe, przez Dudową Przełęcz, aż do Kończystego Wierchu. Pogoda była idealna, ale odniosłam wrażenie, że po drodze mijaliśmy o wiele mniej turystów, niż rok temu na trasie do Rakonia i Wołowca. W ciszy i spokoju podeszliśmy na Kończysty, którego szczyt nie jest już tak obszerny i nie stwarza optymalnych warunków do dłuższego postoju, niemniej zebrała się tam grupka ludzi, z których część ruszyła w stronę Jarząbczego Wierchu, a część, podobnie jak my, na zachód w stronę Starorobociańskiego.

Podejście na Starorobociański na ostatnim kawałku jest już strome i wiedzie zakosami, ale przy tak dobrych warunkach nie sprawiło większego kłopotu, choć palące słońce, odbijające się dodatkowo od śniegu, nie było najprzyjemniejsze. Ze szczytu rozciąga się panorama Słowacji i jest miejsce na wygodny odpoczynek dla kilku osób. A odpoczynek jest wskazany przed zejściem w stronę Siwego Zwornika.

Na mapie widać wyraźnie, że szlak wiodący północno-wschodnim zboczem Starorobociańskiego jest po pierwsze prosty jak drut, a po drugie, bardziej stromy. I powiem szczerze, że dla tego jednego odcinka warto było zabrać czekan. Nie musiałam go na szczęście używać awaryjnie, ale w wielu momentach dawał dodatkowe podparcie, a przede wszystkim komfort psychiczny. Nie tylko tuż przy Starorobociańskim, ale również na pierwszym odcinku zejścia z Siwego Zwornika na Siwą Przełęcz – tam także stromizny sprawiły, że ostrożnie stawiałam kroki.

Siwa Przełęcz to miejsce, w którym zbiegają się dwa szlaki i pieszy ma do wyboru zejście w dół do Doliny Starorobociańskiej albo drogę naprzód, przez Ornak do Iwaniackiej Przełęczy. My od samego początku wiedzieliśmy, że idziemy prosto, bo, po pierwsze, panicznie boję się lawin, a akurat przy niesprzyjających warunkach do Doliny Starorobociańskiej takie mogą schodzić, a po drugie, skoro byliśmy już w okolicy, to chcieliśmy wejść też na Ornak.

Po czasie przyznaję, że trochę żałuję tej decyzji. Grzbiet Ornak jest całkiem widokowy i nie bardzo skomplikowany (choć w kilku miejscach zdecydowanie trzeba zwolnić i zachować ostrożność), ale po kilku godzinach wędrówki w twardych zimowych butach i widokach, które oferuje Kończysty czy Starorobociański Wierch, zahaczanie o Ornak było po prostu zbędne. I przyczyniło się tylko do postępującego bólu nogi zwiastującego możliwe zapalenie pochewki ścięgnistej (niestety przytrafiło mi się to raz i ten stan okołozapalny wraca przy źle rozplanowanym wysiłku).

Muszę przyznać, że zejście z Iwaniackiej Przełęczy do Doliny Chochołowskiej to była już po prostu męka. Droga w cieniu i w kosodrzewinie, na sporym zmęczeniu, czasem dość stroma i wciąż wymagająca uwagi, była najgorszym kawałkiem całej wycieczki. Odetchnęłam trochę dopiero na zielonym szlaku prowadzącym wreszcie na parking przy Siwej Polanie.

Całe wyjście zajęło nam równo 12 godzin i przeszliśmy w tym czasie niemal 25 kilometrów z przewyższeniem ponad 1600 metrów:

22 marca

Kolejnego dnia musiałam wybrać naprawdę lekką trasę, żeby dać odpocząć mojej nodze, więc podczas gdy mój towarzysz wybrał się na Halę Stoły (na której ja byłam ledwo pół roku wcześniej), ja ruszyłam z Kir na Przysłop Miętusi, ale nie przez Dolinę Kościeliską, a przez Wyżnie Stanikowe Siodło. I to był strzał w dziesiątkę.

Trasa zaczyna się bardzo łagodnym podejściem wysypanym szutrem zielonym szlakiem (czyli Drogą pod Reglami) w kierunku Stanikowego Żlebu. Stamtąd wchodzimy już nieco bardziej stromo wzdłuż Stanikowego Potoku i po niedługim marszu dochodzimy do Wyżniego Stanikowego Siodła. A tutaj czeka naprawdę niesamowita niespodzianka, bo roztacza się stamtąd piękny widok na Tatry Zachodnie. I nie jest to oczywiste – na mapie tuż obok Siodła zaznaczona jest maleńka polanka, którą widać jedynie w dużym przybliżeniu, a kawałek dalej, gdzie szlak ciągnie się niemal idealnie wzdłuż poziomicy cały teren jest oznaczony na zielono, co jednoznacznie wskazuje na obecność drzew w tym miejscu. W rzeczywistości ten teren wygląda zgoła inaczej.

Już przy mikropolance przed Siodłem można usiąść na zwalonym pniu i podziwiać widoki, ale kawałek dalej, na płaskim kawałku szlaku, na przedłużeniu Polany Ogon otwiera się przed nam prawdziwa panorama, w żadnym miejscu nie przesłonięta drzewami. Piękne widoki towarzyszą jeszcze przy schodzeniu na Przysłop Miętusi i muszę przyznać, że byłam w szoku, bo nie spotkałam na tym kawałku absolutnie nikogo. Dowodzi to tylko temu, że warto sprawdzać niepozorne małe szlaki i odkrywać dla siebie kolejne kawałki gór.

Ścieżka nad Reglami, z Przysłopu do polany Zaharadziska była równie widokowa, wręcz zapierająca dech w piersiach, ale tam mijałam już dużo więcej turystów. Choć wciąż nie tylu, ilu czekało na mnie w Dolinie Kościeliskiej. Płaski zielony szlak wiodący do Schroniska Ornak chyba codziennie szturmowany jest przez tłumy i albo trzeba zaplanować przejście tamtędy wcześnie rano, albo przemknąć tym kawałkiem najszybciej, jak to możliwe. Niemniej, serdecznie polecam tę pętelkę jako relaksującą opcję po cięższym dniu.

Żeby nie stracić reszty dnia postanowiliśmy po obiedzie udać się jeszcze do jednej z licznych zakopiańskich galerii sztuki. Tym razem padło na Galerię Władysława Hasiora. Jest to doskonałe miejsce dla wielbicieli samego Hasiora czy nurtu, w którym tworzył. Znajdziecie tam po prostu całą masę jego dzieł (część z nich widziałam w Warszawie na wystawie „Surrealizm” w Muzeum Narodowe – wszystkie zostały wypożyczone z tej właśnie galerii). Ja jednak nie znalazłam w galerii tego, co interesowało mnie najbardziej – informacji o życiu Hasiora. To miejsce jest po prostu w 100% poświęcone sztuce, natomiast nie znajdziecie tam szczegółów życiorysu artysty. A akurat Hasior życie miał równie niezwykłe jak jego prace (polecam waszej uwadze ten artykuł).

23 marca

Ostatniego dnia mieliśmy już zaplanowany powrót do Warszawy, ale żeby tradycji stało się zadość, spędziliśmy też trochę czasu w Krakowie i wybraliśmy się do oddziału Muzeum Narodowego w Sukiennicach. Oddział jest niewielki, na jego zwiedzenie wystarczy godzina, może półtorej, ale prezentuje on naprawdę ciekawe okazy sztuki polskiej XIX wieku, np. „Pochodnie Nerona” Siemiradzkiego, „Czwórkę” Chełmońskiego czy „Hołd pruski” Matejki. Na pewno zobaczycie tam wiele pozycji, które widzieliście wcześniej w podręczniku do historii czy wiedzy o sztuce. A jeśli nie macie czasu na zwiedzanie Gmachu Głównego czy Muzeum Czartoryskich, wizyta w Sukiennicach na pewno będzie przyzwoitym zamiennikiem.

Dodaj komentarz