Na co dzień mieszkamy w Warszawie, więc do zachodnich granic Polski jest nam nieco dalej niż w inne rejony, a do północnego-zachodu już w ogóle (z powodu braku gór….). Ostatnio jednak dostałam od koleżanki książkę „Z parku do parku” i zmotywowało mnie to do wybrania trochę innego niż zwykle kierunku podróży. Spojrzałam na spis treści i okazało się, że pierwszy park, w którym jeszcze żadne z nas nie było, znajduje się właśnie w województwie zachodniopomorskim. Ze względu na odległość pozostało tylko znaleźć odpowiednio długi weekend. A taki właśnie wypadał na Wielkanoc.
Ze względu na ograniczenia czasowe, zdecydowaliśmy się na wyjazd właściwie do dwóch miejsc – Szczecina i Wolińskiego Parku Narodowego. W Szczecinie byłam już kilka lat temu na weekend i, mimo że było przeraźliwie zimno i wietrznie (mam tu na myśli wiatr, który pozrywał trakcje kolejowe i poopóźniał wszystkie pociągi w niedzielę), to miasto naprawdę mi się spodobało i z przyjemnością myślałam o powrocie.
Szczecin
Szczecin zwiedzaliśmy w Wielki Czwartek i choć pogoda znów nie dopisała (było nieco cieplej niż w lutym te kilka lat wcześniej, ale niebo było pochmurne, a wiatr niewiele słabszy), to stwierdzam, że polubiłam to miejsce jeszcze bardziej i znów mam ochotę tu wrócić.
Nasz spacer zaczęliśmy od Placu Solidarności. Znajduje się tam Centrum Dialogu „Przełomy” i jego niezwykła architektura sprawia, że plac jest dość nietypowy, bo wybrzusza się z jednej strony. Jest dzięki temu popularnym miejscem treningu dla młodzieży jeżdżącej na deskorolkach i rowerach. Stanowi również ciekawy punkt widokowy na charakterystyczną Filharmonię. A dla naszych chłopców był po prostu idealną przestrzenią do urządzania wyścigów (które zresztą świetnie rozgrzewały przy niższej temperaturze).
Niemal naprzeciwko Placu znajduje się kolejny interesujący punkt na mapie Szczecina – Zamek Książąt Pomorskich. Duża część zamku jest przeznaczona do zwiedzania – można tu poznać fascynującą historię Gryfitów, słowiańskich książąt pomorskich – ale w budynku mieści się też teatr, opera czy Urząd Marszałkowski. Kiedy my byliśmy na miejscu było już późne popołudnie i wejście do środka nie było możliwe, ale spędziliśmy czas na przepięknym dziedzińcu, którego główną atrakcją jest zegar. I to nie byle jaki zegar.
Absolutnie każdy element XVII-wiecznego dzieła ma swoje znaczenie. Jest ich sporo i udało nam się odgadnąć przeznaczenie jedynie części z nich. Przy drzwiach wejściowych do wieży zegarowej wisi na szczęście specjalna tablica, na której dokładnie opisane są wszystkie elementy i trudno nie zachwycać się pomysłowością i kunsztem Johanna von Goethego i Caspara Nitardiego. Specjalnie czekaliśmy kwadrans, żeby zobaczyć błazna uderzającego w gong, a oczekiwanie umilała nam muzyka dochodząca z jednego z okien (niewątpliwie próba przed spektaklem operowym) oraz lektura tablic informacyjnych z historią zamku.




Po wysłuchaniu dwóch uderzeń w gong ruszyliśmy w stronę Starego Miasta. Przez uroczy rynek (i obok niesamowitego gotyckiego ratusza) doszliśmy do Mostu Długiego, bo to z niego można wygodnie zejść na bulwary. Chociaż w kwietniu niemal wszystkie knajpki były pozamykane i spacerowiczów nie było zbyt wielu, to przechadzka była naprawdę udana. Murale pod Mostem Łabudy, Dźwigozaury oraz budynek Morskiego Centrum Nauki chyba główne atrakcje bulwarów i zdecydowanie są warte uwagi (choć Dźwigozaury polecam oglądać po zachodzie słońca i z przeciwległego brzegu rzeki). Ale dla nas interesujące były również zacumowane w marinie jachty czy ruchoma kładka łącząca bulwary z Wyspą Grodzką. Natomiast na samym końcu cypla czeka atrakcja dla koneserów – pomnik Krzysztofa Jarzyny (kto wie, ten wie 😉 ).



Na bulwary wróciliśmy jeszcze następnego dnia, tym razem w jednym celu – wizyta w Morskim Centrum Nauki. Ale zanim jeszcze weszliśmy do środka, czekała nas miła niespodzianka. Słodko pachnąca niespodzianka. O co chodzi? Tak się składa, że na Łasztowni mieści się fabryka PPC „Gryf”. Dowiedziałam się o tym już od czasu pierwszej wizyty w Szczecinie – wtedy spacerowałam wieczorem po moście Łabudy, a wiatr uderzał we mnie silnym zapachem… czekolady. Szybkie wyszukiwanie na mapie pozwoliło zlokalizować fabrykę. Podczas tego wyjazdu, w trakcie spaceru poprzedniego dnia cały czas miałam nadzieję na podobny zbieg okoliczności, a nastąpił on właśnie, kiedy wysiadaliśmy z samochodu pod MCN. Spędziliśmy krótką chwilę na rozkoszowaniu się zapachem, po czym weszliśmy sprawdzić miejsce, o którym dużo już słyszeliśmy.
To był nasz pierwszy raz w Morskim Centrum Nauki, więc wybraliśmy zwiedzanie wystawy stałej, bez żadnych dodatkowych atrakcji. Od razu powiem, że przepadliśmy – choć spędziliśmy tam 3,5 godziny, nie zdążyliśmy zobaczyć wszystkiego, a przez cały czas doskonale się bawiliśmy.
Cała wystawa podzielona jest na pięć części rozmieszczonych na trzech poziomach. W każdej strefie jest cała masa ciekawostek o morskim charakterze podanych w interaktywny sposób. Można pościgać się na ergometrze czy na canoe, poleżeć na koi i na hamaku w bujającym się statku, można zrobić marynarski tatuaż i pośpiewać szanty, można poćwiczyć opuszczanie się w szalupie ratunkowej i nawigację pod pokładem statku w sytuacji awaryjnej, można samemu ulepić trójwymiarową mapę czy spróbować rozwiązać supeł w grubych rękawicach nurka. A to tylko promil ze wszystkich dostępnych na miejscu atrakcji. Po wystawach krążą też edukatorzy, którzy wchodzą w interakcje ze zwiedzającymi, dopowiadają niektóre rzeczy, chętnie też odpowiadają na pytania. Jest tam po prostu fantastycznie, a w dodatku mogliśmy korzystać ze wszystkich atrakcji zupełnie swobodnie, bo nie było tłumu (nie wiem, czy to kwestia Wielkiego Piątku, czy zawsze jest tam tak spokojnie).
W każdym razie wizytę w Morskim Centrum Nauki uważam za obowiązkową dla każdego, kto odwiedza Szczecin. Byłam już w niejednym centrum nauki i uważam, że szczecińskie jest absolutnie najfajniejszym, jakie odwiedziłam. Jestem też pewna, że wrócę tutaj, z chłopcami czy bez.


PS. Więcej ciekawostek o Szczecinie znajdziecie w filmie na kanale Architecture is a Good Idea.
Woliński Park Narodowy
Prosto spod budynku MCN ruszyliśmy na północ, w kierunku Wolińskiego Parku Narodowego. Na naszą bazę wybraliśmy Kołczewo, małą miejscowość wypoczynkową tuż przy granicy parku. Dojechaliśmy tam w piątek po południu i ze względu na pogodę resztę dnia spędziliśmy już w kwaterze, a całe zwiedzanie zostawiliśmy na sobotę.
Ze względu na to, że na wizytę w WPN mieliśmy tylko jeden pełny dzień, musieliśmy się skupić na kilku wybranych miejscach. Zaczęliśmy od Wzgórza Gosań. Jest to ponoć najwyższe wzniesienie nad polskim wybrzeżem i rozciąga się stamtąd piękny widok na Zatokę Pomorską. Dodatkową atrakcję stanowi wieża obserwacyjna (na którą niestety nie można wchodzić) oraz pozostałości schronu artyleryjskiego (tam wchodzić już można).


Po krótkiej wizycie na Gosaniu mieliśmy zamiar podjechać do Białej Góry i stamtąd zrobić długi spacer wzdłuż morza, ale nie ogarnęliśmy, że prowadząca tam droga to droga o ograniczonym dostępie (np. dla pracowników Archiwum Państwowego w Szczecinie), podobnie jest z drogą dojazdową do Grodna – żeby tam wjechać, trzeba kupić bilet na stronie WPN oraz wydrukować go i umieścić za szybą. Nie mieliśmy ze sobą podróżnej drukarki, więc została nam tylko jedna opcja – Międzyzdroje.
Obawiałam się, że czeka nas długie szukanie miejsca parkingowego i jeszcze dłuższy spacer z obrzeży miasteczka nad morze, ale jakimś cudem udało nam się zostawić samochód na Promenadzie Gwiazd, skąd już tylko kilka minut dzieliło nas od czarnego szlaku wiodącego lekko pod górę w stronę Kawczej Góry. Ta droga przez las jest naprawdę urocza i wyjątkowo mało zatłoczona, świetnie nadaje się na niespieszny space. Nie można tego natomiast powiedzieć o słynnych schodach prowadzących na plażę, bo te były oblegane przez turystów. Na szczęście udało nam się szybko dostać do głównej atrakcji dnia, czyli nieograniczonej piaskownicy.
Nie wiem czy to kwestia ochrony parku narodowego, ale podobnie jak w Słowińskim PN, tak i tutaj piasek był po pierwsze naprawdę czysty, po drugie niesamowicie drobny (tak, to ten typ piasku, który wysypuje się z butów jeszcze miesiąc po powrocie, bo wchodzi w KAŻDĄ szczelinę – wiem to z autopsji). W każdym razie nasze dzieci są z tych, którym na plaży wystarczy dać patyk i znikają na długo, a jak jeszcze dostaną wiaderko i łopatkę, to cały dzień jest z głowy. Ja natomiast zamieniam się w ludzki kokon i próbuję nie zamarznąć (przynajmniej nad polskim morzem).



Na plaży spędziliśmy parę ładnych godzin, ale ostatecznie wygonił nas z niej głód. Zjedliśmy szybki posiłek w Międzyzdrojach i, żeby nie tracić słonecznego dnia, pojechaliśmy jeszcze na punkt widokowy w Wapnicy i krótki spacer wzdłuż brzegu Jeziorka Turkusowego. Jego okolica jest naprawdę urocza, ale uwagę chłopców skradł… plac zabaw przy Szkole Podstawowej nr 2. Tam również spędziliśmy trochę czasu i wreszcie wróciliśmy do Kołczewa, w którym zresztą znów wybraliśmy się nad jezioro o oryginalnej nazwie… Kołczewo. Jest tam molo, plac zabaw i niewielka plaża, która na godzinę przed zachodem słońca była zupełnie pusta. Wody nie sprawdzaliśmy, ale myślę, że w upalny dzień miło się w niej pływa.



To tyle. Przedłużony weekend okazał się zdecydowanie za krótki na Szczecin i Woliński Park Narodowy. A to tylko ułamek z tego, co można zobaczyć na Pomorzu Zachodnim. Nie wiem, kiedy znów nas tu przywieje, ale mam nadzieję, że nie będę musiała czekać bardzo długo.
Bonus
Ponieważ z Warszawy wyjeżdżaliśmy już w środę po południu, postanowiliśmy naszą trasę rozbić na dwa odcinki i po drodze przenocować w Gnieźnie, a następnego dnia rano poświęcić godzinę czy dwie na spacer po starówce. Wielki Czwartek przywitał nas deszczem i wiatrem, ale postanowiliśmy mimo wszystko podreptać do głównej atrakcji miasta, czyli do Katedry Gnieźnieńskiej. Jej historia oraz odzwierciedlający ją wygląd są niesamowicie ciekawe, i zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz robi duże wrażenie. Ale wiadomo, że jak już się jest w Katedrze Gnieźnieńskiej, to che się zobaczyć drzwi. TE drzwi. Pech chciał, że od Wielkiego Czwartku aż do Poniedziałku Wielkanocnego ani Drzwi Gnieźnieńskie, ani katakumby nie były dostępne dla zwiedzających. W związku z tym po króciutkiej wizycie w kościele udaliśmy się w drogę powrotną do zaparkowanego nieopodal starówki samochodu.
Deszcze nie ustawał, więc dosłownie zahaczyliśmy o rynek Gniezna i zatrzymaliśmy się przy trzech… królikach. Otóż w Gnieźnie istnieje trasa turystyczna „Trakt Królewski” – wiedzie ona przez najważniejsze punkty miasta, a po drodze czekają na nas sympatyczne króliki przebrane za kolejarza, medyka czy kupca. Przy sprzyjającej pogodzie jest to idealny plan na zwiedzanie Gniezna, również z dziećmi, które na pewno chętnie zaangażują się w szukanie kolejnych króliczków (które, nawiasem mówiąc, są naprawdę ładnie wykonane i zdecydowanie przykuwają uwagę najmłodszych). My minęliśmy po drodze zaledwie trzy, więc jest to kolejny powód do powrotu tutaj.

