Majówka w Roztoczańskim Parku Narodowym

Kontynuujemy odkrywanie dla siebie polskich parków narodowych. W majówkę wybraliśmy się w rejony dla nas zupełnie nieznane, czyli do województwa lubelskiego.

Wyjechaliśmy z Warszawy 1 maja rano, więc majówkę zaczęliśmy na dobre dopiero w czwartek po południu. Przyjechaliśmy do Zwierzyńca, siedziby Roztoczańskiego Parku Narodowego, żeby stamtąd rozpocząć wycieczkę rowerową.

RPN na rowerach

Wypożyczyliśmy rowery w wypożyczalni Ryś (polecamy ze względu na lokalizację i bardzo dobre ceny), po czym ruszyliśmy w stronę największych atrakcji RPN. Minęliśmy Browar i Pałac Plenipotenta i po przejechaniu bardzo krótkiego kawałka drogą asfaltową, dotarliśmy nad Stawy Echo. Nie spodziewałam się tego w parku narodowym, ale można się tam kąpać. Na północnym brzegu znajduje się plaża i kąpielisko, w pobliżu jest też parking i toalety. W maju woda może nie była najcieplejsza, ale myślę, że latem musi być tutaj tłoczno. Jeśli chodzi o Stawy, to polecam serdecznie podjechanie kawałek na południe, bo znajduje się tam wieża widokowa z lepszym widokiem niż platforma przy plaży, a w dodatku bez tłumu.

Tuż przy wspomnianej wieży widokowej szlak rowerowy rozgałęzia się i można pojechać w prawo, asfaltem w stronę miejscowości Sochy, lub w lewo, lasem, do Florianki – my wybraliśmy tę drugą opcję. Ten kawałek szlaku, mimo że dość zatłoczony, był chyba najbardziej relaksujący. Piękna szutrowa droga, bardzo delikatne podjazdy, zapach igliwia. To naprawdę przyjemna trasa, aż do samej osady w środku lasu. Przy Izbie Leśnej odpoczywało kilka czy nawet kilkanaście grupek rowerzystów i pieszych, niektórzy rozłożyli się na łące na tyłach zabudowań (jest to fantastyczne miejsce na piknik). No i oczywiście każdy zaglądał do Hodowli Konika Polskiego.

My również liczyliśmy na zobaczenie symbolu Roztoczańskiego PN, najlepiej brykającego po cudownie zielonej łące. Niestety, zawiedliśmy się, bo wszystkie koniki były zamknięte w stajni i ledwo było je widać przez drzwi. Pozostała nam dalsza jazda w kierunku Grójecka Starego. Na samym końcu miejscowości znajduje się parking i tam też zmierzało wielu spacerowiczów; zresztą sama miejscowość jest po prostu naszpikowana kwaterami noclegowymi i podejrzewam, że wiele osób, które mijaliśmy, właśnie tam zatrzymało się w majówkę. Minęliśmy również kilka stoisk z lemoniadą. Stoisk, na których sprzedaż była prowadzona przez dzieci. I to całkiem profesjonalnie, a przynajmniej na tym, z którego zdecydowaliśmy się skorzystać.

Wycieczkę zakończyliśmy w rezerwacie Szum. Chroni on przełom rzeki Szum, przy tamie, która powstała z myślą o elektrowni wodnej dla mieszkańców Górecka. Jak możemy dowiedzieć się z tablicy informacyjnej, było to całkiem spore przedsięwzięcie, w które solidarnie zaangażowali się wszyscy z okolicy. Osobiście. Żeby powstała tama, mieszkańcy sami zwozili kamienie, drewno i piasek potrzebny do budowy. Pod koniec lat 70. doszło wreszcie do uruchomienia elektrowni, a teren wokół powstałego w tym czasie zbiornika objęty jest dziś ochroną przyrodniczą. To naprawdę urocze miejsce i można zrobić wokół niego pętlę szlakiem niebieskim i czerwonym. My niestety spędziliśmy tylko kilkanaście minut przy tamie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ostatecznie nasza trasa miała niemal 30 km i możecie ją podejrzeć tutaj.

RPN na kajakach

2 maja w całości poświęciliśmy na spływ kajakowy na Wieprzu. Kajaki to dla nas nie pierwszyzna i choć od naszego ostatniego spływu minęło kilka ładnych lat, zdecydowaliśmy się na najdłuższą, 5-etapową trasę, która przez większość firm jest wyceniana na 6-7 godzin. Mapa całości wygląda następująco:

Już po samej mapie widać, że takiego spływu jeszcze nie doświadczyliśmy – przenoski, jazy, i te meandry! Narew i Biebrza są naprawdę nudne w porównaniu do Wieprza (aż rym z tego wyszedł). Ale od początku.

Rano przyjechaliśmy nad zalew Rudka. Przy ulicy Kolejowej jest centrala większości firm kajakowych w okolicy – na sporym wybetonowanym parkingu stoją stoiska 6 czy 7 firm, które na bieżąco rozwożą klientów na punkty startowe poszczególnych spływów. My zdecydowaliśmy się na Eskulapa i od razu po krótkiej odprawie technicznej zostaliśmy zawiezieni do Obroczy, gdzie czekał na nas cały niezbędny sprzęt. Poza licznymi meandrami I etap był dość spokojny i bez problemu dotarliśmy na zalew. Tam musieliśmy wynieść kajak na brzeg i przenieść go na drugą stronę tamy.

Na pomoście na prawym brzegu rzeki było całkiem spokojnie – przed nami wypłynęły w dalszą drogę dwa kajaki. Ale w momencie, kiedy my przygotowywaliśmy się do dalszego startu, na lewym brzegu desantowała się grupa w sześciu czy siedmiu kajakach. I już po kilku minutach zrozumieliśmy dlaczego. Etap II spływu (zalew Rudka – most Bagno) jest chyba najbardziej malowniczy ze wszystkich. Choć jest odrobinę mniej kręty niż etap I czy V, to manewrów jest tam sporo ze względu na powalone drzewa. Kilkukrotnie przepływaliśmy przez miejsca o szerokości jednego kajaka (z ledwie kilkucentymetrowym luzem), niejednokrotnie musieliśmy się nachylać, żeby gdzieś się zmieścić, a raz musieliśmy się dosłownie położyć w kajaku, żeby zmieścić się pod drzewem.

Na kolejnych odcinkach nie brakowało również miejsc, gdzie utykaliśmy na drzewach czy mieliznach (raz Marcin musiał wyjść z kajaka i wypchnąć nas z płycizny, bo szorowanie wiosłami po dnie nic nie dawało). Nigdy na żadnym spływie nie nagimnastykowałam się tyle, co tutaj. Muszę też przyznać, że pod koniec nie spodziewałam się większych emocji, ale faktycznie tuż przed Szczebrzeszynem rzeka przyspiesza i spłynięcie jazem pod mostem dostarcza sporo emocji, komuś, kto nie jest przyzwyczajony do podobnych tras kajakowych.

Spływ skończyliśmy koło dworca autobusowego w Szczebrzeszynie, nieco ponad cztery godziny po starcie, czyli dużo szybciej, niż się spodziewaliśmy i to bez znacznego wysiłku. Wygląda na to, że w deklarowane czasy spływu wliczane są dłuższe przerwy po drodze. A że my takich nie potrzebowaliśmy, to resztę dnia mogliśmy poświęcić na spokojny obiad w Zwierzyńcu przy Stawie Kościelnym. Zresztą sam Zwierzyniec też jest ciekawym kierunkiem samym w sobie (można tu przyjechać na Festiwal Filmowy, na wodną procesję czy na zwiedzanie browaru), ale zostawiamy go na kiedy indziej.

Zamość

3 maja opuściliśmy już Roztoczański Park Narodowy i udaliśmy się do Zamościa. Jest to miasto o bardzo ciekawej historii i świetnie przemyślanej urbanistyce, i wiedzieliśmy, że jest idealne na kilkugodzinny spacer. Zaczęliśmy oczywiście od punktu informacji turystycznej, skąd wzięliśmy mapę, niemal dokładnie taką jak ta:

Nasz spacer przebiegał praktycznie dokładnie jak trasa zaznaczona czerwoną przerywaną linią. Jest to chyba najbardziej optymalna droga pozwalająca zobaczyć wszystkie wylistowane atrakcje Zamościa. Nie będę się tutaj rozpisywała o poszczególnych miejscach, chcę tylko podzielić się ogólnymi wrażeniami.

Myślę, że na uwagę zasługuje właściwie cały teren wokół dawnych murów miejskich, który jest pięknie zagospodarowany. Widać, że stworzono tam miejsce do miłych spacerów, ze ścieżkami wśród niskiej zieleni, z ławeczkami, ale jest jeden kawałek dawnej fosy, który zdecydowanie się wyróżnia. Przy Bramie Lubelskiej Starej, pomiędzy dawnym bastionem IV i V rozciąga się Park Miejski, który ma tę zdecydowaną przewagę, że jest tam starodrzew i sporo cienia, co jest nieocenionym atutem w słoneczne dni.

Podobną ulgę przynoszą… bramy kamienic. My mieliśmy ogromną ochotę pójść do Muzeum Starej Fotografii, które okazało się niestety zamknięte w dzień świąteczny. Otwarta natomiast była brama, w której znajdowała się też mała wystawa owych starych fotografii. Co ciekawe, spacerując dookoła Runku takich otwartych bram z wystawami fotografii znaleźliśmy jeszcze trzy! W dodatku, niektóre bramy prowadzą na podwórza kamienic – na mapie są oznaczone jasnożółtym kolorem, ale tak naprawdę większość z nich jest zazieleniona i daje wytchnienie od szumu głównych ulic miasta. I od słońca, rzecz jasna.

Podczas pobytu w Zamościu spędziliśmy też dwie godziny w zamojskim Muzeum Miejskim. Myślę, że chyba każdy znajdzie tu dla siebie coś ciekawego (mnie oczywiście najbardziej zainteresowała wystawa archeologiczna oraz etnograficzna), ale uważam, że muzeum warto zwiedzić przede wszystkim dla jego wnętrz, ponieważ muzeum mieści się w tzw. kamienicach ormiańskich – bogato zdobionych, zdecydowanie wyróżniających się budynkach stojących po prawej stronie ratusza. W dodatku z okien muzeum możemy podziwiać Rynek z nieco innej perspektywy.

Ogólnie rzecz biorąc Zamość robi bardzo dobre wrażenie; jest przyjemnym miastem, idealnym do spacerów, naprawdę dobrze zaplanowanym. Przez cały czas mieliśmy nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, że byłoby to idealne miasto studenckie. Gdyby uczelnie w Polsce działały podobnie jak w Wielkiej Brytanii (gdzie najbardziej prestiżowe ośrodki znajdują się właśnie w miasteczkach, a nie w aglomeracjach), Zamość mógłby być naszym Oxfordem czy Cambridge. Mimo śmiałych planów Zamojskiego, tak się nie stało, ale na szczęście miasto, a przynajmniej najstarsza jego część, przetrwała w niemal niezmienionej formie do naszych czasów i niezmiennie przyciąga zwiedzających.

Dodaj komentarz