Słowacja aktywnie: Tatry Wysokie i Góry Kremnickie

To już nasze trzecie podejście do słowackich Tatr Wysokich. Po dwóch latach prób wreszcie udało nam się zobaczyć coś ciekawego. I to jak!

Tak zupełnie naprawdę, to pierwszy raz byliśmy w słowackich Tatrach Wysokich już w 2016 roku. Jak to się stało? Cóż, bardzo prosto. Weszliśmy na Rysy od strony polskiej, a ja powiedziałam, że nie schodzę tą samą drogą. Zeszliśmy więc stroną słowacką (która jest prostsza) aż do Štrbskiego Plesa, tam wsiedliśmy w pociąg do Starego Smokowca, tam z kolei złapaliśmy autobus na Łysą Polanę i stamtąd jeszcze musieliśmy wrócić do Schroniska w Dolinie Roztoki. Wyszła z tego ponad 12-godzinna wycieczka, ale, o dziwo, wszyscy przeżyli.

Zupełnie świadomie wybraliśmy się na Słowację pierwszy raz na początku sierpnia 2023 roku – mieliśmy ambitny plan przejścia Grani Rohaczy, zwanej też słowacką Orlą Percią. Pech chciał, że dwa dni, które mieliśmy tam spędzić (jeden na dojazd i dojście do Tatliakovej Chaty, drugi na wędrówkę po szlaku) były, delikatnie mówiąc, deszczowe. Z parkingu Pod Spálenou do schroniska idzie się ledwo godzinę i 20 minut. Ale podczas tego krótkiego marszu przemokłam tak, jak nigdy nigdzie w moim życiu. Ani w Szkocji, ani w Norwegii, ani w Bieszczadach. Szliśmy w strugach deszczu i doszliśmy kompletnie przemoczeni, i mówię to bez krzty przesady. Następnego dnia było tylko odrobinę lepiej. Doszliśmy do przełęczy Banikowskiej, a potem przez Banówkę, Grubą Kopę i Trzy Kopy do Smutnej Przełęczy i tam wiedziałam już, że mam dość. Byłam przemoczona, a moje palce były fioletowe od ciągłego kontaktu z łańcuchami (akurat odcinek, który przeszliśmy miał najwięcej sztucznych ułatwień). Nasz grupa rozdzieliła się – ja z dwojgiem przyjaciół zeszłam prosto do schroniska, Marcin z kolegą dokończyli pętlę, choć Marcin wrócił z rozciętym czołem (ironia losu, ponieważ był jedyną osobą, która zabrała na szlak kask – który założył dopiero po bliskim kontakcie ze skałą).

W zeszłym roku mieliśmy spędzić na Słowacji, m.in. w Tatrach Wysokich długi weekend po Bożym Ciele. Ale dwa dni przed przyjazdem zobaczyliśmy prognozy i odwołaliśmy wyjazd. Jak się później okazało, słusznie, bo przez cały weekend lał deszcz. Teraz nadszedł wreszcie długi weekend czerwcowy 2025 – i tym razem wszystko się udało!

Tatry Wysokie

Na pierwszy ogień poszedł szlak w Tatrach Wysokich, a konkretnie na Krywań. Dlaczego ten? Dlatego że ja, uwielbiając wszelkie listy, mam również listę tatrzańskich dwutysięczników i zaraz po Rysach (na których już byłam) najwyższym szczytem, na który można wejść znakowanym szlakiem, jest właśnie Krywań. Poza tym Krywań jest świętą górą Słowaków oraz bohaterem piosenki Skaldów. No, trzeba zobaczyć, na czym polega ten fenomen.

Nie będę opisywać dokładnie szlaku, bo zostało to zrobione w wielu innych miejscach, np. tutaj, ale podzielę się swoimi wrażeniami. Po pierwsze, parking pod wejściem na trasę (Tri Studničky) wciąż jest płatny po 5 euro za dzień (wyłącznie gotówką) i szybko się zapełnia. Przy samej drodze są dwa wygodne rządki miejsc parkingowych i o 6 równo połowa była już zajęta. W drodze powrotnej widzieliśmy, że samochody parkowały przy bocznej drodze oraz na parkingu położonym nieco wyżej. Jakieś 98% rejestracji było oczywiście z Polski (ciekawa jestem, czy to kwestia długiego weekendu u nas czy jednak zazwyczaj tak jest).

Po drugie, pamiętajcie o sprawdzeniu pogody w wiarygodnych źródłach. Piątek po Bożym Ciele był ciepły i słoneczny. Ale na samym Krywaniu (oraz przez całą drogę do) temperatura nie przekraczała kilku stopni ponad zerem, a przy silniejszych podmuchach wiatru odczuwalna spadała poniżej zera. Bluza, kurtka, czapka, rękawiczki naprawdę się przydały.

Po trzecie, bezpieczeństwo. Chyba wszyscy już wiedzą, że akcje ratunkowe na Słowacji są płatne i bez ubezpieczenia nie wychodzi się na szlak. Ten na Krywań jest stosunkowo łatwy – aż do Krywańskiego Żlebu, w którym łączą się szlaki zielony i niebieski. Stamtąd ruszamy pod górę rumowiskiem (gdzieniegdzie pojawia się jeszcze zwykła ścieżka) i jest po prostu trudniej śledzić przebieg szlaku. Czasem trzeba się zatrzymać i rozejrzeć za oznaczeniami. A akurat na rumowisku warto to zrobić, z kilku powodów. Przede wszystkim warto wiedzieć, że nawet w takim terenie szlak nie jest po prostu jakimś przypadkowym kierunkiem, wzdłuż którego namalowano oznaczenia. Szlaki w górach układają ludzie, którzy się na tym znają (polecam gorąco poświęcony temu tematowi odcinek podcastu „Z miłości do gór”!) i oznacza to, że te głazy są tam stabilniejsze. Są również bardziej wychodzone, więc mniej jest tam mchu, który potrafi być piekielnie śliski. Wreszcie, zejście ze szlaku może się skończyć odejściem od niego naprawdę daleko, za daleko. W razie wypadku uzyskamy pomoc, ale ciekawa jestem, co ubezpieczyciel powie na akcję ratunkową poza szlakiem… Obawiam się, że regulamin ubezpieczenia takiej turystyki nie obejmuje.

Ogółem trasa na Krywań jest bardzo przyjemna. Zdecydowana większość ludzi idzie na szczyt (i schodzi na parking też) szlakiem zielonym, który jest nieco bardziej stromy. My wchodziliśmy właśnie zielonym szlakiem, ale zdecydowaliśmy się na zejście niebieskim, do Jamnego Plesa, a potem czerwonym na parking. Uważam, że jest to najlepsza opcja, bo po prostu nie idzie się w tłoku, a w dodatku szlak czerwony jest naprawdę uroczy. Jeśli ktoś nie ma ochoty na zdobywanie szczytów, polecam wycieczkę właśnie czerwonym i potem niebieskim szlakiem do malutkiego płaskowyżu powyżej kosodrzewiny, a na koniec piknik z widokiem na Dolinę Ważecką oraz grań Krywania i (piękniejszą, moim zdaniem) grań Kratkiej.

Jeśli idziecie na szczyt, pamiętajcie, że ostatnie pół godziny to scrambling – „wspinanie się po stromym terenie za pomocą rąk, które pomagają w utrzymaniu równowagi i utrzymaniu równowagi”. Coś pomiędzy wędrówką a wspinaczką skałkową. W takich miejscach w górach często montowane są łańcuchy i inne sztuczne ułatwienia, ale nie na tym szlaku. W trakcie schodzenia ze szczytu trafiliśmy na osobę, która psychicznie nie dała sobie rady z tym kawałkiem i po kilku minutach blokowania szlaku zeszła nieco niżej. Tutaj nie trzeba znać się na wspinaczce, ale obycie ze skałą to mus, a i doświadczenie na ściance wspinaczkowej też się przydaje.

Góry Kremnickie

Drugi dzień wyjazdu poświęciliśmy na coś zupełnie dla nas nowego. Zrezygnowaliśmy z górskich wędrówek i wybraliśmy się na via ferraty. Na Słowacji jest ich całkiem sporo, ale jedno miejsce zdecydowanie się wyróżnia i jest to Skałka w Górach Kremnickich. Po pierwsze, są tam dwa obszary, w których przygotowano drogi (Komin i Ferratowy Świat). W każdym z obszarów jest 6-7 dróg do przejścia. A na dodatek drogi te występują w skali trudności od A do F, czyli właściwie w pełnym przekroju. Jest to świetne miejsce dla początkujących, którzy nigdy nie korzystali z lonży i na trasach o trudności A-B chcą po prostu obyć się ze sprzętem i sprawdzić, czy to atrakcja dla nich. Po pełniejszy opis tras odsyłam tutaj, my możemy się podzielić wrażeniami z dość krótkiego pobytu.

Po pierwsze, dojazd. Już któryś raz zdarzyło się nam, że nawigacja Google’a wywiodła nas w pole. To, że jakaś droga jest oznaczona na mapach, nie oznacza, że jest to droga przejezdna dla waszego samochodu. Albo przejezdna dla samochodu w ogóle. Do Skalki jechaliśmy z Brezna (tam była nasza baza) i do wyboru mieliśmy trzy drogi. Najkrótsza prowadziła przez miejscowość o uroczej nazwie Králiky. Na kilku odcinkach tej drogi musiałam jechać na pierwszym biegu, bo na drugim samochód właściwie stał (tak, stroma droga), a kiedy dotarliśmy do Ski Králiky i zobaczyłam drogę szerokości ścieżki rowerowej (polecam Google Street View), stwierdziłam, że zawracamy. Kolejna trasa proponowana przez Google’a wiodła przez Horné Pršany i kończyła się drogą gruntową ze znakiem zakazu ruchu. W końcu poddaliśmy się i pojechaliśmy naokoło przez Kremnické Bane i drogą 578 – to jedyna słuszna dojazdówka do Skałki.

Z powodu tego plątania się po słowackich wioskach i krętych wąskich drogach na miejsce dotarliśmy dopiero o 10. I o tej porze na ferratach było już sporo ludzi. Proporcje narodowości były inne niż pod Krywaniem – Polaków wciąż było wielu, ale jednak Słowaków więcej.

Jeszcze tego samego dnia zaplanowaliśmy powrót do Warszawy, więc od początku wiedzieliśmy, że zdecydujemy się na jeden obszar i ze względu na to, że byliśmy na ferratach pierwszy raz, wybraliśmy Ferraty Komin. Przeszliśmy cztery drogi od A do D: Most, Jánošíkova diera, Zastupovka i Lanová sieť. Most jest wyceniany na A, bo pod względem technicznym to faktycznie poziom trudności 0. Lonżę wpiąć trzeba raz, na początku drogi, i wypiąć na końcu. Po drodze nie ma żadnych przepinek, więc można przez cały czas trzymać się poręczy. A warto, bo buja dość mocno. I widziałam, że dla wielu osób właśnie to przejście po mostku, które wygląda niepozornie, było dużym wyzwaniem. Widoki z mostu są fantastyczne i trochę umilają przejście nad przepaścią, ale czuć trochę adrenaliny.

Jánošíkova diera to króciutka droga ubezpieczona klamrami, ale z bardzo wygodnymi naturalnymi chwytami; można tutaj w poćwiczyć przepinanie, podobnie jak na Zastupovce, która jest z kolei dłuższa i na pewno bardziej malownicza (schodzi w dół małego wąwozu i prowadzi obok pięknego, 200-letniego jawora). Ostatnią drogą, którą przeszliśmy w Skałce była Lanová sieť i akurat ta ferrata jest nie tyle trudna, co bardzo męcząca. Sieć jest dość gęsta, przepięcia wypadają tak naprawdę co długość ramion (chyba że ktoś ma długą lonżę i chce kucać na tej siatce…). W dodatku tutaj również mocno buja, przez co mięśnie ramion i przedramion są ciągle napięte. Po dojściu na górę czułam, że nie dam rady wejść już nigdzie, bo moje ręce są po prostu zużyte.

Ogólnie odnieśliśmy wrażenie, że Skałkowe ferraty to trochę park linowy dla dorosłych (chociaż nie brakowało tam dzieci i nastolatków). Każda droga to taki wycinek z dłuższych kilku- czy kilkunastokilometrowych ferrat w Austrii, Niemczech czy we Włoszech. Myślę, że to fajne miejsce, żeby przyjechać tam na dzień czy dwa i przejść każdą drogę przynajmniej raz, żeby nabrać wprawy w przepinkach. Jeśli ktoś ma doświadczenie z ekspozycją na szlakach górskich powyżej 2000 m, to raczej nie doświadczy tu niczego nowego. Mimo wszystko uważam, że przed dłuższymi ferratami najważniejsze jest doświadczenie na ściance, bo, po pierwsze, zwiększa siłę mięśni rąk (niestety regularne pływanie się na to nie przekłada), a po drugie uczy, jak dobrze postawić stopę czy złapać się chwytu.

Z praktycznych informacji warto jeszcze wspomnieć o kilku kwestiach. Parking kosztuje 5,5 euro za dzień, bilet można kupić na stronie internetowej (płatność kartą lub Google Pay). W tym samym systemie trzeba też kupić bilet wejścia na same ferraty – po 5 euro za osobę na dzień (z tablicy informacyjnej wyczytałam, że opłatę wprowadzono w kwietniu zeszłego roku). Miejsc parkingowych jest sporo i w ciepłą słoneczną sobotę, w środku dnia, wciąż można było wygodnie zaparkować, więc o to nie należy się martwić.

No i wreszcie – samo bezpieczeństwo. Wszyscy bez wyjątku mieli oczywiście potrzebny sprzęt (uprząż, lonża, kask). Natomiast trzeba jeszcze wiedzieć, jak używać sprzętu i samych ferrat. Widzieliśmy panią z dzieckiem, która szła drogą po prąd (wszystkie są jednokierunkowe, nie bez powodu!). Są też tacy, którzy wpinają się zbyt blisko innych (na jednym odcinku liny może być wpięta tylko jedna osoba). Jeśli ktoś przepina się tuż za wami i niemal wchodzi wam na głowę, zwracajcie uwagę. Warto zatroszczyć się o bezpieczeństwo – i swoje, i innych.

Dodaj komentarz