Debiutancki triathlon

Tym razem coś nieco innego – podróż nie w góry, nie na zwiedzanie, a na udział w zawodach sportowych.

Enea Bydgoszcz Triathlon organizowany od jedenastu lat i jest o tyle interesujący, że oprócz „cząstek” Ironmana (1/8, 1/4, 1/2) daje też możliwość wypróbowania się w Super Sprincie, czyli nieco skróconej wersji 1/8. I tak zamiast 475 metrów pływania jest 240. Zamiast 19 kilometrów na rowerze jest 18. A zamiast 5,5 kilometra biegu jest 4,25. Jak widać, największa różnica jest właśnie w wodzie i to ostatecznie przekonało mnie, żeby wypróbować się w Bydgoszczy w tej właśnie dyscyplinie.

10 miesięcy przed

Zanim w ogóle zapisałam się na triathlon zaczęłam chodzić na cotygodniowe zajęcia z trenerem pływania. Pływać umiałam od dawna (pozdrawiam tatę, który uczył pływać mnie w Prośnie!), w gimnazjum zdałam nawet egzamin na kartę pływacką, ale nigdy nie chodziłam na basen regularnie. Próbowałam dwa razy, w 2016 i 2017 roku, ale poddawałam się po kilku miesiącach. W wodzie szybko się męczyłam, dodatkowo frustrowało mnie wszystko co przed i po – rozbieranie, przebieranie, mycie, znów mycie, ubieranie, suszenie. Ech, za dużo tego.

Teraz postanowiłam spróbować jeszcze raz i przy okazji nauczyć się stylu, którego nigdy nie znałam – kraula. Nigdy, nawet przez chwilę, nie próbowałam pływać tym stylem, więc nie miałam wyrobionych niewłaściwych nawyków – od samego początku robiłam wszystko z instruktorem, bo chciałam mieć pewność, że naprawdę dobrze opanuję technikę.

6 miesięcy przed

Zapisałam się na triathlon. Mój kraul nie był jeszcze na takim poziomie, jaki chciałam osiągnąć, ale czułam, że robię duże postępy. Podczas każdej wizyty udawało mi się przepłynąć coraz więcej basenów. Nie przestawałam też biegać (regularnie od czerwca 2024 roku). I (podobnie jak od wielu lat) regularnie jeździłam rowerem, który w Warszawie jest po prostu moim głównym środkiem transportu. Od czasu do czasu dodawałam też dłuższe przejażdżki.

2 miesiące przed

Jestem osobą, które potrzebuje konkretnego (i niezbyt skomplikowanego) planu na wiele sytuacji życiowych, w szczególności na trening. Jako że jestem amatorką i nie mam szczególnych potrzeb żywieniowych ani nie celuję w wybitne wyniki, zrobiłam to, co wcześniej z bieganiem – poszperałam w internecie i wybrałam plan, który nadawał strukturę temu, co robiłam już od wielu miesięcy. I tak przez 8 tygodni realizowałam rozpiskę treningową, którą znalazłam na stronie triathlete. Było tam wszystko, czego potrzebowałam. Po pierwsze, ten plan został przygotowany z myślą o debiutantach startujących w sprincie (czyli dystansie krótszym od standardowego, olimpijskiego). Po drugie wszystkie treningi zostały opisane bardzo prosto. Po trzecie, wpasowały się nawet w mój dotychczasowy harmonogram (tak się złożyło, że od września chodziłam na basen właśnie we wtorki).

Plan dostosowałam oczywiście do realiów życiowych – nie w każdym tygodniu udawało się odhaczyć pięć treningów (ze względu na wyjazdy czy priorytetyzację snu), czasem zamieniałam poszczególne sesje miejscami, czasem miałam zaplanowany trening na zakładkę (np. bieganie od razu po zejściu z roweru), ale dzień tak się ułożył, że musiałam zrobić kilka godzin przerwy między poszczególnymi sesjami. Trudno – takie jest życie, ale co wypływałam, wyjeździłam i wybiegałam, to moje. W dniu startu czułam się naprawdę dobrze przygotowana.

4 tygodnie przed

Zrobiłam zaległe badanie ogólne krwi i moczu (wszystkie wyniki wzorowe). Zaczęłam też kompletować sprzęt. Zdecydowałam się na jednoczęściowy strój triathlonowy z nogawkami do połowy uda i bez rękawków (kupiłam go na Vinted).

3 tygodnie przed

Tuż przed Bożym Ciałem zostawiłam swój rower w serwisie – chciałam zrobić przegląd ogólny, ale przy okazji musiałam wymienić napęd i łańcuch oraz jedną oponę (mój rower naprawdę jest dość mocno eksploatowany na co dzień).

1 tydzień przed – sprzęt w pełnej gotowości

Co trzeba mieć, czego nie można, a co warto rozważyć?

pływanie

  • strój: pełna dowolność; widziałam mężczyzn w kąpielówkach i kobiety w strojach kąpielowych, były osoby w strojach triathlonowych, były też osoby ubrane w pianki z długim rękawem i długimi nogawkami.
    Ja zdecydowałam się na strój triathlonowy i dużą zaletą tego rozwiązania jest oszczędność czasu – osoby, które miały na sobie pianki smarowały się kremami na obtarcia (niestety pianka potrafi obetrzeć), a po pływaniu dość dużo czasu zajmowało im zdjęcie pianki (do hali z rowerami nie można wejść w piance). Niezaprzeczalną zaletą pianki jest natomiast komfort termiczny (woda w rzece ma ok. 20 stopni i dla mnie to było za mało).
  • czepek: koniecznie od organizatora (każdy dystans ma swój kolor, logo jest też znakiem rozpoznawczym uczestników wydarzenia).
  • okularki: można, nie trzeba; Brda jest naprawdę czysta i widziałam osoby bez okularków. Myślę, że w razie słonecznej pogody bardzo przydają się okularki z ciemnymi szkłami (ja płynęłam w pochmurny dzień w przejrzystych okularkach)
  • czego nie można: rękawic i skarpetek neoprenowych, płetw, wiosełek pływackich. Widziałam natomiast osoby płynące w zwykłych skarpetkach bawełnianych – nie wiem, na ile to zwiększało komfort cieplny.

rower

  • strój: większość na rower wsiadała w tym, w czym płynęła, ale jest jedna zasada, której trzeba przestrzegać, tj. tors musi być zasłonięty, więc nawet w upalny dzień panowie nie mogą jechać w samych kąpielówkach, trzeba zarzucić coś na klatę
  • pojazd: zakazane są jedynie rowery czasowe, wszystko inne jest dozwolone; ja jechałam na moim wysłużonym Treku i poświęcę tu chwilę, żeby opowiedzieć jego historię.
    Nabyłam ten rower w 2017 roku w Swansea. Kupiłam go od studentki, która wcześniej kupiła go w Re-Cycle, czyli w miejscu działającym na bardzo podobnych zasadach jak warszawski Otwarty Warsztat Rowerowy – ludzie przynoszą tam nieużywane rowery w różnym stanie, pracownicy z tego miksu tworzą sprawne rowery. Można tam też rower naprawić (z pomocą pracowników) albo oddać do serwisu. Jeśli potrzebna część jest na miejscu i z drugiej ręki – możecie dostać ją za darmo albo za ułamek ceny, jeśli czegoś nie ma, pracownicy zamawiają. W 2019 roku sprowadziłam rower do Polski i od tego czasu używam go w Warszawie, regularnie serwisując właśnie w OWR.
  • kask rowerowy: obowiązkowy; ja miałam najtańszy z Decathlonu, były osoby w futurystycznie wyglądających kaskach czasowych, nie tutaj żadnych dokładnych wytycznych.
    Uwaga! bez założonego i zapiętego kasku nie można wprowadzić roweru do hali zmian, bez kasku nie można go również dotknąć w trakcie zmiany (jeśli to zrobicie i sędzia to zarejestruje, dostaniecie karne sekundy)
  • rękawiczki rowerowe: ja zawsze potrzebuję przy dłuższych trasach, uważam, że w deszczową pogodę są jeszcze bardziej wskazane, bo zapewniają lepszy chwyt kierownicy i można ich używać do ocierania twarzy
  • dodatkowa koszulka/kurtka na strój triathlonowy lub kąpielowy: myślę, że jest zbędna podczas ciepłego słonecznego dnia, ale w chłodny i deszczowy warto rozważyć (ja wzięłam długi rękaw z wełny merino, o niskiej gramaturze i uważam, że to był świetny wybór) – trasa poprowadzona jest drogą wylotową z miasta, przebiega obok lotniska i naprawdę tam wieje, a jedziecie przemoczeni po pływaniu w zimnej rzece
  • buty: byli tacy, którzy jechali w typowych butach rowerowych wpinanych w pedały, ale jeśli nigdy takich nie używaliście, to wybierzcie buty biegowe, w których od razu po rowerze pobiegniecie
  • skarpetki: można bez, można w, ważne, żeby to były sprawdzone skarpetki oraz takie, które łatwo się zakłada (spróbujcie wziąć zimną kąpiel przez 5 minut i od razu po wyjściu z niej założyć skarpetki – jeśli zbyt długo to trwa, wybierzcie inną parę)
    Uwaga! nie próbujcie chować chipa pod skarpetką, bo skończy się to otarciami (o chipie za chwilę)

bieg

  • strój: jak wyżej, zdecydowana większość biegła tak, jak jechała (ja zdjęłam koszulkę, którą miałam na rowerze, bo wiedziałam, że podczas biegania na pewno porządnie się rozgrzeję)
  • nakrycie głowy: czy słońce, czy deszcz, daszek lub czapka z daszkiem na pewno wam się przydadzą, bo albo dadzą trochę cienia albo zablokują deszcz padający w oczy
  • buty i skarpety: koniecznie sprawdzone, reszta parametrów wedle fantazji

pozostałe akcesoria

  • ręcznik: moim zdaniem warto przetrzeć twarz i stopy po pływaniu, ale to bardziej kwestia komfortu niż realnej potrzeby
  • pas biegowy: na etap biegowy trzeba przyczepić do siebie numerek, najprościej jest użyć dedykowanego pasa biegowego, ale ja wzięłam agrafki i… zwykły materiałowy pasek ze spodni trekkingowych – to rozwiązanie sprawdziło się idealnie
  • woda/żele: Super Sprint zajmuje od 1 do 1,5 godziny, więc żele energetyczne większości osób nie są potrzebne (ale wy znacie swoje organizmy); podobnie jest z wodą – ja zrobiłam dosłownie łyk przed wejściem na rower i dwa łyki w połowie trasy rowerowej, podejrzewam, że w upalny dzień bardziej bym tego potrzebowała, ale na trasie biegowej były też dwa punkty, na których wolontariusze rozdawali wodę
  • czego nie można – słuchawek! Trzeba cały czas orientować się, co dzieje się dookoła nas.

dzień przed

Start Super Sprintu był przewidziany na sobotę na 8 rano (zdaje się, że tak samo było rok temu). Tego samego dnia, od 6:45 do 7:30, można było jeszcze odbierać pakiety startowe i wstawiać rowery do strefy zmian, ale uważam, że to opcja dla ludzi o żelaznych nerwach, ze względu na kolejki oraz spore odległości między punktami, które trzeba odwiedzić.

Jeśli ktoś nie startował w Bydgoszczy, powinien zdecydowanie przyjechać tam dzień wcześniej. W tym roku organizator już w piątek od godziny 16 wydawał pakiety startowe i umożliwiał wstawianie rowerów do strefy zmian. W pierwszej kolejności trzeba odebrać właśnie pakiet startowy. Oprócz fantów od sponsorów (w tym roku szampon+żel Ziaja, piwo Miłosław 0%, woda kokosowa, paka makaronu) są tam elementy niezbędne do udziału w zawodach:

  • czip na rzepie, który musi być na kostce przez cały czas (czas mierzony jest przez maty pomiarowe, czip na nadgarstku czy w innym miejscu może nie zostać sczytany),
  • czepek, który jest obowiązkowy na etapie pływackim
  • naklejki na rower oraz kask
  • numerek na etap biegowy

Przed wejściem do strefy zmian do roweru trzeba przymocować naklejkę z numerem, podobnie do kasku. Nie wiem, jak w latach poprzednich, ale w tym roku dystans Super Sprint miał strefę zmian w innej hali niż ta, w której wydawano numerki. Z jakiegoś powodu mapa terenu zawodów umieszczona na stronie nie jest zorientowana jak większość map na świecie (czyli z północy u góry) i zapamiętałam, że Hala Sisu Arena jest po lewej stronie Łuczniczki. Okrążyłam więc cały teren, zanim odkryłam, że jest jednak zupełnie po drugiej stronie.

Jak wspomniałam wcześniej, żeby w ogóle wejść na halę, trzeba mieć na głowie kask. Zapięty. Serio. Numerki są wydawane wg kolejności wchodzenia, dodatkowo dostajecie na nadgarstek opaskę z numerem miejsca, na którym został wasz rower. Opaska zostaje na nadgarstku aż do momentu odbioru roweru po zakończeniu wydarzenia. Muszę też przyznać, że się przydaje (ja w ferworze emocji zapomniałam swojego numerka podczas pierwszej zmiany i uratowała mnie właśnie opaska).

Koło stojaka stoi plastikowa kuwetka na wasze rzeczy. Właściwie wszystkie powinny się tam zmieścić (kask możecie powiesić na kierownicy). Ja zostawiłam tam buty biegowe, skarpetki, mały ręcznik, koszulkę z długim rękawem, numerek biegowy przyczepiony do paska i czapkę z daszkiem.

w dniu triathlonu

Tak się złożyło, że Super Sprint startował o godzinie 8 rano. Strefa zmian była otwarta jeszcze między 6:45 a 7:30, więc tuż przed rozgrzewką można było jeszcze podrzucić ostatnie rzeczy na halę. Ma to szczególne znaczenie w razie upałów, (lepiej zostawić przy rowerze zimną wodę z rana, inaczej do picia będzie ciepła zupa), natomiast w taką pogodę, jaka mi się trafiła, było to tak naprawdę zbędne.

Ostatnim krokiem przed startem i rozgrzewką jest zostawienie w depozycie wszystkich rzeczy niepotrzebnych do startu. W moim przypadku był to plecak z drobiazgami oraz kurtką i tenisówkami. Na punkt rozgrzewkowy (przy mecie etapu pływackiego) udałam się na boso. Byli tacy, którzy szli tam w klapkach hotelowych. No i tacy, którzy szli w zwykłych klapkach. Bo okazuje się, że w strefie startu etapu pływackiego bez przeszkód mogą przebywać kibice. Więc jeśli dopinguje was ktoś bliski, możecie powierzyć mu swoje klapersy czy inne obuwie na przechowanie, nie ma wtedy potrzeby korzystania z depozytu.

Rozgrzewka, albo raczej, oswojenie się z wodą w Brdzie jest moim zdaniem bardzo wskazane. Teoretycznie 19-20 stopni to taka sytuacja, kiedy pianka jest nieobowiązkowa (taki obowiązek jest poniżej 15,9 stopnia). W praktyce to o 8-9 stopni mniej niż to, do czego jesteście przyzwyczajeni na basenie. I to jest zimna woda. Naprawdę zimna.

Starty zawodników zostały zaplanowane od 8:00 co 8 sekund w dwójkach. Z jakiegoś powodu organizator informował, że start powinien potrwać ok. 20 minut. Problem w tym, że ktoś zrobił błąd w obliczeniach, bo przy 500 osobach startujących we wspomnianej konfiguracji to ponad 33 minuty… Po 20 minutach sędziowie zorientowali się, że kolejka osób czekających na start wciąż jest dziwnie długa i zamienili starty w dwójkach na starty w trójkach. W ten sposób ok. 8:27 wskoczyłam do wody i… zrobiło się tam całkiem gęsto. Między innymi z tego powodu przyspieszyłam dość mocno, ale po jakichś 100 metrach poczułam, że jednak narzuciłam sobie zbyt szybkie tempo i oddech wymyka mi się spod kontroli. Musiałam dość mocno zwolnić, a niskie tempo i niska temperatura to nie jest dobre połączenie. W efekcie już pod sam koniec czułam, że lekko drętwieją mi ręce i zaczęłam wątpić, czy dopłynę (jedna osoba niedaleko ode mnie na metę wpływała już na plecach). Na szczęście tak się nie stało i po zaledwie pięciu minutach wyszłam na brzeg i pobiegłam na halę zmian.

Po drodze mijałam tych, którzy płynęli w piankach – nie mogli wejść w nich na halę, musieli je zdjąć przed wejściem i włożyć do worka foliowego (zapewnionego przez organizatora). Pomyślałam sobie, że nie idzie im to zbyt szybko. Dopóki sama nie dotarłam do swoich rzeczy nie spróbowałam założyć skarpetek lodowatymi rękami na równie lodowate stopy. Okazało się, że cała zmiana zajęła mi więcej niż pływanie.

Trasy rowerowej bałam się ze względu na mokry asfalt i zakręty. Przed każdym hamowałam dość mocno, a na prostych starałam się maksymalnie przyspieszać. I przy okazji brać pod uwagę tempo innych zawodników, bo to nie Tour de France i nie ma mowy o jeździe w peletonie. Trzeba zachować odległość 7 metrów, a manewr wyprzedzania zakończyć w 15 sekund. Obok zawodników od czasu do czasu przejeżdżali sędziowie na skuterach i kontrolowali trzymanie się regulaminu.

Trasa w większości prowadzi wylotówką w stronę lotniska, nawrotka jest tuż przed węzłem na S8. To, czego nie spodziewałam, to to że ta droga wciąż będzie otwarta dla samochodów. W każdym kierunku jeden pas oddano uczestnikom triathlonu, a na drugim jechały samochody. Deszcz zacinał w oczy, a w okolicach lotniska wiatr dawał się już we znaki. Warunki nie były optymalne, ale bez żadnych przygód udało mi się pokonać całą pętlę poniżej 50 minut, a po 5-minutowej zmianie ruszyłam na etap biegowy.

Zaskoczyły mnie tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze, słabe odgrodzenie trasy dla zwykłych uczestników ruchu pieszego. Mimo że kilkukrotnie mijali mnie piloci na rowerach, to mijałam się też z wieloma przechodniami. Mam wrażenie, że na imprezach typowo biegowych trasa jest jednak szczelniejsza, ale może to kwestia akurat tego konkretnego wydarzenia albo tego roku. Po drugie, nie był to typowy bieg uliczny – trasa prowadzi bulwarami i chodnikami, nie tylko tymi wyremontowanymi odcinkami, ale też takimi z krzywymi płytami albo… w ogóle bez płyt (akurat trwa remont części nabrzeża, więc mieliśmy nawet element trailowy w tym biegu 😉 ).

No i wreszcie – meta! Zrobiłam to, co zaplanowałam i uzyskałam czas taki, jak przewidywałam, choć nie spodziewałam się, że to zmiany zajmą mi tak długo.

W strefie finiszera czekały przyjemności przygotowane przez organizatorów – masaże i różnorakie jedzonko. Ze względu na moje towarzyszki (pozdrawiam Ewę i Kingę!) zgarnęłam tylko kilka rzeczy na wynos, udałam się do depozytu po swoje rzeczy, a potem do hali zmian po rower i sprzęt (trzeba było to zrobić do godziny 11). Odprowadziłam dziewczyny na przystanek tramwajowy, a sama… rowerem pojechałam na nocleg. A reszta wyjazdu to był już typowy babski weekend. 😉

Dodaj komentarz