Austria. Park Narodowy Taurów Wysokich

To miał być być niemal dwutygodniowy wyjazd w góry, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że chcemy zrobić podróż 2w1, a na dodatek na pierwszą połowę wybraliśmy góry wyższe, niż wstępnie planowaliśmy.

Na początek kilka faktów. Po pierwsze, same Wysokie Taury (część Alp Centralnych lub Centralnych Alp Wschodnich, zależnie od podziału) rozciągają się w trzech austriackich regionach: w Tyrolu, a dokładnie Tyrolu Wschodnim, Karyntii oraz Salzburgu. Na mapie bez skali tego nie widać, ale ten park jest duży. Naprawdę duży. Jego powierzchnia wynosi tyle, ile sześć największych parków narodowych w Polsce. Razem wziętych! Widać od razu, że jest co zwiedzać. A warto zaznaczyć, że granice samego parku zaczynają się w okolicach 2000 m n.p.m. – dookoła miast i miasteczek jest sporo szlaków, ale żeby faktycznie wejść do parku narodowego, trzeba zazwyczaj sporo podejść pod górę.

Taury Wysokie można podzielić na kilka obszarów, ale na samej mapce powyżej wyraźnie można zobaczyć grupę Grossvenedigera, grupę Grossglocknera i Ankogelgruppe. A między tymi obszarami ciągną się wąskie paski obszaru wyłączonego z granic Parku Narodowego. Tymi właśnie wąskimi paskami (w widłach których leży Glocknergruppe) ciągną się dwie panoramiczne drogi alpejskie. Mieliśmy przyjemność przejechać się tymi trasami podczas naszej wycieczki.

Dzień 0

Podczas planowania całego wyjazdu zdecydowaliśmy się znaleźć pierwszy nocleg na północy Parku, w okolicach Mittersill. Dzięki temu mieliśmy do przebycia nieco mniejszą odległość z Polski. Mimo to najkrótsza trasa bez postojów to 11 godzin drogi przez Czechy i Austrię i właśnie na taką się zdecydowaliśmy. Łącznie spędziliśmy w drodze nieco ponad 12 godzin.

Na tej trasie pamiętać trzeba o winietach (zarówno w Czechach, jak i w Austrii) oraz, jeśli używacie LPG, o rozmieszczeniach stacji z gazem w Austrii – jest ich duuuużo mniej niż w Polsce i z tego, co zaobserwowaliśmy, większość jest otwarta tylko przez parę godzin dziennie. Nawet jeśli dystrybutor jest przy aktualnie otwartej stacji paliw, pompa może być po prostu nieczynna (tak, przekonaliśmy się o tym na własnej skórze).

Dzień 1

Na pierwszy dzień mieliśmy zaplanowaną epicką trasę, ale pogoda pokrzyżowała nam plany, więc skorzystaliśmy z okazji i po prostu się wyspaliśmy. A potem ruszyliśmy drogą B108 w stronę Lienz. Jest to jedna z tras widokowych, a jej fragment przebiega tunelem Felbertauern o imponującej długości 5,3 kilometra (oraz imponującej cenie przejazdu 13,5 euro).

Tuż przed Lienz odbiliśmy na północ i dojechaliśmy do kurortu narciarskiego Zettersfeld. Prowadzi tam wybitnie górska droga, wąska i pełna zakrętów o 180 stopni. Na miejscu okazało się również, że ten wysokogórski fragment łączący ostatnią miejscowość z ośrodkiem narciarskim jest płatny 9 euro (plus kilka siwych włosów). Alternatywą jest wjazd kolejką gondolową z Lienz (15/11 euro za osobę).

Zettersfeld jest położone na 1812 m n.p.m. i wychodzi stamtąd cała siatka szlaków pieszych (a zimą sieć nartostrad). My chcieliśmy wejść na ok. 2000 metrów, żeby zobaczyć, czy pomimo sporego zachmurzenia będą jakieś widoki, planowaliśmy po drodze zahaczyć o jakąś chatkę z jedzeniem, a dodatkowo chcieliśmy to zmieścić w ok. 2-godzinnej trasie (z obawy przed opadami). Ostatecznie wyznaczyliśmy sobie taką pętelkę:

https://mapy.com/s/radezujoge

Nie prowadzi ona przez żadne znaczne szczyty, ale jest świetna na rozgrzewkę i nawet w pochmurny dzień zapewnia fajne widoki. Jedyna trudność techniczna polega na unikaniu krowich placków (tak, tak, z tych alpejskich krów) – jest ich naprawdę sporo, a wiele z nich jest z wierzchu niepozornie sucha, natomiast w środku skrywa świeże jeszcze łajno. Bez dwóch zdań, trzeba się mieć na baczności, żeby nie wdepnąć tu i ówdzie, jednocześnie nie tracąc nic z rozciągających się dookoła panoram.

Po wejściu na najwyższy punkt i przejściu najpiękniejszym (oraz niemal płaskim) kawałkiem doszliśmy do rozwidlenia, z którego prowadziły szlaki na Steinermeindl i do Lienzer Hütte oraz w dół, do Vinzenz Biedner Hütte – dokąd właśnie się udaliśmy. Chatka jest mała, oferuje niecałe 20 miejsc noclegowych, ale podejrzewam, że jest odwiedzana głównie jako restauracja. My również zatrzymaliśmy się tam tylko na jedzenie (ku rozpaczy chłopców, którzy jak tylko słyszą „góry”, chcą spać w schronisku) i chociaż chłopcy zamówili parówki i tosty, to my postanowiliśmy spróbować miejscowych specjałów: Tiroler Knödelsuppe i Frittatensuppe. Zupa z naleśnikiem była nieco dziwna, ale już ta z tyrolskim knedlem była bardzo smaczna. Zasadniczo jest to rosół z wielką kluchą ze skwarkami i potrawa ta przypadła do gustu nie tylko mnie, ale i Stefkowi.

Z chatki ruszyliśmy już zwykłą drogą gruntową do centrum Zettersfeld i zjechaliśmy do Lienz (gdzie udało nam się zatankować), a potem zakwaterowaliśmy się w domku wakacyjnym w okolicy.

Dzień 2

Prognozy pogody na wtorek były równie niepewne, co na poniedziałek, więc nie odważyliśmy się wybrać na zaplanowaną wcześniej długą trasę. Zamiast tego podzieliliśmy dzień na dwie krótkie wycieczki.

Po śniadaniu wybraliśmy się na spacer po okolicy Winklern, miasteczka, w którym zatrzymaliśmy się na czas pobytu w Taurach. Zeszliśmy najkrótszą drogą do rzeki Möll, która wypływa z lodowca Pasterze, u stóp Grossglocknera. Ta rzeka jest dość popularna wśród kajakarzy, ale nam wystarczyły ławeczki i płycizna przy moście łączącym Winklern i Namlach – idealne miejsce do odpoczynku, a dla chłopców do zabawy kamieniami.

Przeszliśmy też kawałek Kulturlandschaftsweg, czyli ścieżki pejzażu kulturowego i zrobiliśmy dość długi postój przy kolejnym brodzie, ale zanim do niego dotarliśmy, przeszliśmy przez urocze Namlach, w którym co rusz natrafialiśmy na piękną drewnianą architekturę, zdobioną nie tylko wycięciami, ale i malunkami. Na obrzeżach wioski trafiliśmy jeszcze na ciekawostkę – zobaczyliśmy z daleka sylwetkę kozicy na skale. Przez chwilę myśleliśmy, że mamy wyjątkowego farta, a potem dotarło do nas, że to tylko sztuczne zwierzę… Wszystko stało się jasne, gdy zobaczyliśmy tablicę informującą o Bogenparcours, czyli torze łuczniczym. Kozica to po prostu jeden z obiektów, do którego strzelają ćwiczący tutaj łucznicy.

Na popołudnie zostawiliśmy prawdziwą atrakcję. Raggaschlucht, czyli wąwóz, którym płynie rzeka Ragga. Wzdłuż jednego z bardziej malowniczych kawałków utworzono widowiskową ścieżkę, która ciągnie się w górę siecią drewnianych schodów i platform. Przez godzinę idzie się w samym środku wąwozu, dotykając jego ścian, słuchając huku rzeki, czując na sobie krople wody rozpryskującej się o skały. Jest to niesamowite przeżycie, tym bardziej, jeśli zdecydujecie się na wejście popołudniowe – w drodze do kasy mijaliśmy tłumy ludzi schodzących już z pętli, natomiast dużo mniej było w tym czasie osób zaczynających trasę.

Dzień 3

W środę nadszedł wreszcie czas na trasę, którą była naszym punktem obowiązkowym podczas pobytu w Taurach Wysokich – Gletscherweg Innergschlöss, czyli droga lodowcowa z Innergschlöss. Pierwszym punktem wypadowym na ten szlak jest Matreier Tauernhaus, położony minutę jazdy od wspomnianej wcześniej drogi B108. Znajduje się tam spory parking, w dużej części zacieniony. Stamtąd są aż cztery opcje dostania się do Innergschlöss, w którym zaczyna się pętla lodowcowa. Dwie opcje zmotoryzowane: taxi (coś pokroju busików z Zakopanego do Palenicy Białczańskiej) albo Panoramazug (czyli ciągnięta przez traktor przyczepka przykryta plandeką z dużymi „oknami”). A do tego dwie opcje na piechotę: dołem, wzdłuż rzeki (na mapach oznaczona jako ścieżka piesza) lub górą, znakowanym szlakiem, wzdłuż drogi, którą jeżdżą opcje zmotoryzowane. My zdecydowaliśmy się na tę ostatnią opcję (z perspektywy czasu stwierdzam, że nie był to najlepszy wybór) i po 1,5 godziny doszliśmy do Innergschlöss, uroczej wioseczki z kilkoma chatkami oferującymi noclegi, jedzenie oraz pamiątki (spędzenie nocy w tej osadzie trafia na moją listę rzeczy do zrobienia!).

Tuż po 12 doszliśmy na start pętli lodowcowej – znajduje się tam tablica z niezbędnymi informacjami, a przede wszystkim ze zdjęciem lotniczymi, na którym zaznaczony jest przebieg szlaku. Warto zrobić sobie zdjęcie tej tablicy – o tym, dlaczego, opowiem nieco później.

Cała trasa to pętla, więc można ją robić w dowolnym kierunku, ale my poszliśmy najpierw w kierunku południowo-zachodnim. Przez godzinę pięliśmy się wśród drzew, a potem w kosodrzewinie, aż wyszliśmy na poziom Salzbodensee (2187 m n.p.m.) i na przepiękną alpejską łąkę – taką jaką możecie zobaczyć na pocztówkach. W dodatku z widokiem na lodowiec!

Za to po przejściu mostu na Schlatenbach znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Ten kawałek szlaku, aż do punktu najbardziej zbliżonego do lodowca, prowadzi przez uformowane przez te lodowiec formacje skalne. Nie dość, że mają niesamowite obłe kształty, to są również… w paski, czy raczej pasy – szare, białe i rude. Na żywo robią ogromne wrażenie. Trzeba przy tym uważać, żeby nie przegapić oznaczeń i nie zgubić szlaku. Kolorowymi skałami dochodzimy wreszcie do drogowskazu na 2205 m n.p.m. I tutaj można przez chwilę stracić orientację, bo szlakowskaz nakazuje marsz do przodu, ale mapy (zarówno papierowa, jak i ta w aplikacji mapy.com) pokazują przebieg trasy w prawo. Dopiero spojrzenie na mapę trasy z punktu wejściowego utwierdziła nas w przekonaniu, że należy iść do przodu, jeszcze bliżej lodowca.

Skąd zatem różnica? Otóż, w 1978 roku, gdy trasa turystyczna Gletscherweg Innergschlöss została wytyczona, pętla wciąż przechodziła PRZEZ lodowiec. Jednak od tego czasu Schlatenkees zmalał, i to znacząco. W związku z tym w 2018 roku Alpenverein Österreich postanowiło zrobić korektę szlaku i zaadaptować go do panujących obecnie warunków. Choć ścieżka prowadząca w dół, do lodowca, jest w miarę wyraźna, to ta idąca z powrotem na górę nie jest mocno przedeptana i trzeba uważnie obserwować oznaczenia na skałach.

Na najwyższym punkcie trasy (2242 m n.p.m.) jest chyba najlepszy punkt widokowy na lodowiec, jest to również na tyle obszerna skała, że bez problemu można tam urządzić piknik. Potem czeka nas już tylko droga w dół – dość długa i męcząca, ale za to z pięknym widokiem na dolinę Gschlößtal, w której położone jest Innergschlöss. Jeśli dopisze wam szczęście, na tym odcinku spotkacie orłosępy – ptaki, które w Alpach zostały wybite co do sztuki ponad 100 lat temu, a obecnie są reintrodukowane.

Ze względu na momentami strome zejście Stefek schodził naprawdę powoli i dopiero po 7 godzinach od wyjścia na szlak zeszłam z nim do Venedigerhaus Innergschlöss. Marcin i Zyzio czekali tam już od godziny, więc zamówiłam tylko na szybko Tiroler Knödelsuppe (Stefek dojadł zostawionego dla niego sznycla z frytkami) i na parking wróciliśmy już taksówką, więc niestety przegapiliśmy ścieżkę wzdłuż rzeki.

Ostatecznie przebieg naszej trasy wyglądał tak:

https://mapy.com/s/nutegesevu

Uważam, że Gletscherweg Innergschlöss to był strzał w dziesiątkę. Ta trasa jest po prostu bajeczna i zdecydowanie polecamy ją wszystkim odwiedzającym Wysokie Taury. A jeśli brakuje wam kondycji, po prostu wybierzcie się na spacer po dolinie. Aż do Innergschlöss biegnie droga, najpierw asfaltowa, potem równiutka gruntowa – można z nią spokojnie iść z wózkiem dziecięcym czy nawet inwalidzkim i widać z niej lodowiec. W osadzie można się zatrzymać na posiłek i zakupy, a potem ruszyć w drogę powrotną, wciąż podziwiając alpejskie widoki.

Dzień 4

Ostatni pełen dzień w Taurach poświęciliśmy na wycieczkę do najpopularniejszej tutaj atrakcji turystycznej – Großglockner Hochalpenstraße, czyli drogi wysokoalpejskiej Großglockner (trasa nr 107). Prowadzi ona z Heiligenblut na północ, do Ferleiten, przez Fuscher Törl na wysokości 2428 m n.p.m. (to ledwie 71 metrów niżej niż Rysy!), ale kilka kilometrów za bramką wjazdową zaczyna się odgałęzienie, które wybiera zdecydowana większość turystów. Droga ta prowadzi do Kaiser-Franz-Josefs-Höhe (2369 m n.p.m.), gdzie znajduje się sporo atrakcji, a gwoździem programu jest widok na Großglocknera oraz lodowiec Pasterze.

Jeszcze zanim dojedziemy na samą górę możemy zatrzymać się w kilku miejscach na jedzenie czy na spacer ścieżkami edukacyjnymi lub po prostu szlakami odchodzącym z poszczególnych punktów na drodze alpejskiej. Na uwagę zasługuje tu na pewno Glocknerhaus, z którego można szybko dojść do Salmhütte – punktu wypadowego pod Großglocknera. My jednak skupiliśmy się na koronnym punkcie całej trasy, czyli na Kaiser-Franz-Josefs-Höhe. Zaparkowaliśmy na piętrowym parkingu na samym końcu drogi (jeśli nie lubicie parkowania na centymetry, wjeździe na ostatnie piętro!) i zabraliśmy się do rozpoznania terenu.

Zaczęliśmy oczywiście od tarasu widokowego , z którego rozciąga się szeroka panorama lodowca oraz (przy dobrej pogodzie) grupy Großglocknera. Na poziomie tarasu jest również infopunkt, w którym znajdziecie tablice informacyjne na temat flory i fauny Wysokich Taurów oraz procesach geologicznych kształtujących te góry. Możecie tam też obejrzeć również krótki film o Parku Narodowym i walorach, które chroni. Nieco powyżej zaczyna się ścieżka wiodąca do obserwatorium Swarovskiego (tak, tego od kryształów – to jest austriacka firma!). Śmiem twierdzić, że większą atrakcją niż samo obserwatorium są… świstaki, które napastują zwiedzających. Podchodzą bardzo blisko i wymuszają jedzenie. Widać, że turyści już przyzwyczaili te dzikie zwierzęta do pewnych wygód…

Trzeba przyznać, że na samej górze jest dość gwarno i tłoczno, a jeśli jest się tam z dziećmi, to sklep z pamiątkami nie ułatwia zwiedzania. My planowaliśmy zrobić spacer górnym szlakiem, prowadzącym w stronę Elschberg, ale okazał się zamknięty. Zostało nam zejście na dół, do poziomu źródła rzeki Möll. Prowadzi ono miejscami wąską i stromą ścieżką, czasem po skałach, ale jest naprawdę ciekawe, bo zapewnia piękną perspektywę na lodowiec, a co jakiś czas napotkamy po drodze tabliczki informujące o zasięgu lodowca w danych latach. Te tabliczki naprawdę pozwalają, jak dużo tego lodowca po prostu zniknęło.

Kiedy już wdrapaliśmy się z powrotem na górę, zaczął padać deszcz. Zarządziliśmy odwrót i… wyszło słońce. Dzięki temu podczas zjazdu z drogi alpejskiej mogliśmy podziwiać widoki w innej odsłonie.

Podsumowanie

W samych Taurach spędziliśmy łącznie cztery pełne dni. Dzień zero poświęciliśmy na dojazd, a piątego dnia ruszyliśmy w dalszą podróż, do innego kraju i innych klimatów. Te dwie części naszego wyjazdu są na tyle różne, że postanowiłam podsumować je osobno.

Noclegi

Najdroższa kategoria. Pierwszą noc spędziliśmy w Uttendorf, w mieszkanku z jedną sypialnią i aneksem kuchennym oraz pięknym balkonem ciągnącym się wzdłuż dwóch ścian domku, w którym znajdowały się apartamenty na wynajem. Kolejne noce spędziliśmy w Winklern, na parterze domu jednorodzinnego – mieliśmy tam dwie sypialnie i oddzielną kuchnię oraz niewielkie podwórko (piętro jest niezamieszkałe). Za 5 nocy zapłaciliśmy łącznie 2496,58 zł.

Przejazdy

Tutaj wliczam opłaty za winiety (w Czechach i w Austrii), przejazd tunelem oraz tankowania (LPG w Austrii to ok. 1,1 euro za litr, czyli dużo drożej niż w Polsce). To wszystko wyniosło 871,54 .

Jedzenie

Na wyjazd zabraliśmy całą skrzynkę starannie przemyślanych produktów spożywczych. Na miejscu robiliśmy dodatkowe zakupy spożywcze. Dwa razy jedliśmy obiady w schroniskach. Łącznie wydaliśmy na jedzenie 855,36 zł.

Atrakcje

Do tej kategorii zaliczam wejście na Raggaschulcht oraz wjazd na drogę wysokoalpejską Großglockner. Kosztowało to 300,61 zł.

Łącznie wydaliśmy w Austrii 4524,09 za pięć dni dla czterech osób, czyli 226,20 zł za osobodobę.


Taury Wysokie są niesamowitym regionem. Można tu z powodzeniem spędzić nie pięć dni, a pięć tygodni, codziennie wędrując innym szlakiem albo podróżując rowerem czy spływając na raftach. Jeśli miałabym polecić tylko jedno miejsce z całej naszej wycieczki, to zdecydowanie byłoby to Innergschlöss i droga lodowcowa. Ale przede wszystkim uważam, że ten fantastyczny park narodowy słusznie jest dumą Austriaków i zdecydowanie zasługuje na dłuższy dedykowany pobyt. Mam ogromną nadzieję, że uda mi się tu jeszcze wrócić.

Dodaj komentarz