Beskid Śląski. Festiwal Czyste Beskidy

W zeszły weekend postanowiliśmy wreszcie wziąć udział w wydarzeniu, które obserwowałam już od kilku lat, ale wciąż nie miałam okazji się do niego przyłączyć. A przy okazji odwiedziłam kolejną nieznaną mi część Beskidu Śląskiego.

20 i 21 września 2025 w Beskidzie Śląskim odbywała się kolejna edycja festiwalu Czyste Beskidy, czyli masowego sprzątania górskich szlaków. To wydarzenie co roku odbywa się w innej części Beskidów, za każdym razem baza znajduje się w innym miejscu. W tym roku padło na schronisko PTTK Przysłop pod Baranią Górą i byłam podekscytowana samą wizytą w tym miejscu.

Z zewnątrz schronisko wygląda jak zwykły hotel, prosty budynek z trzema rzędami balkonów. W środku widać, jak dużo pracy właściciele włożyli w remont przeprowadzony kilka lat temu. Nie dość, że wnętrze jest bardzo czyste i estetyczne, to również funkcjonalne. Rzuca się w oczy, że gospodarze mają małe dzieci – na każdym kroku znajdziecie drobiazgi, które mogą ułatwić pobyt z małymi podopiecznymi. Dorośli też nie będą zawiedzeni – na każdym piętrze znajduje się strefa relaksu, w które można znaleźć pokaźną kolekcję książek oraz planszówek, a do tego wygodne kanapy i bujany fotele. Na każdym piętrze jest też czajnik do gotowania wody, można oczywiście skorzystać również z dobrze wyposażonej kuchni turystycznej (jest tam nawet pralka!). Przed wejściem do części mieszkalnej strefa na buty. Przy każdym łóżku mała lampka. Każdy pokój wyposażony w balkon (choć wiadomo – widoku z balkonu nad wejściem do Schroniska PTTK Morskie Oko chyba nic nie przebija). W łazienkach nie ma zasłonek pod prysznicami, są za to zwykłe kabiny. Serio, nie ma się do czego przyczepić i jestem po prostu zachwycona tym miejscem.

Do schroniska można dojść wieloma szlakami z Wisły, Istebnej czy Węgierskiej Górki, ba, nawet ze Szczyrku. Ja na nasz punkt startowy wybrałam przełęcz Kubalonka. Wg mojej wiedzy to najkrótsza droga do schroniska (chociaż już na miejscu dowiedziałam się, że można podjechać jeszcze odrobinę bliżej, na parking na przełęczy Szarcula). Na Kubalonce jest spory parking z parkometrem, w którym bez problemu można płacić kartą debetową (10 zł za dzień). Brakuje tylko informacji o tym, co zrobić w przypadku pobytu dłuższego niż dzień – ja zadzwoniłam COSu, żeby dowiedzieć się, jak rozwiązać ten problem i dowiedziałam się, że trzeba po prostu kupić dwa bilety (chociaż oba będą na ten sam dzień).

Pierwsza połowa trasy, z Kubalonki do Stecówki, prowadzi przez Szarculę, z której szczytu jest całkiem ciekawy widok. A sam szczyt znajduje się właściwie na Dorkowej Skale, która robi duże wrażenie. Co najważniejsze szlak wiedzie niemal równolegle do drogi asfaltowej i jest przez to pusty. Cały czas szliśmy przez piękny las pełen owoców – po drodze trafiliśmy na poziomki, maliny, trochę jagód i ogrom jeżyn. Dla dzieci taka różnorodna trasa jest dużo ciekawsza niż szlak wysokogórski, na którym, pomimo zapierających dech w piersiach widoków, jest jednak dość monotonnie.

W Stecówce przy schronisku (zdawałoby się, że opuszczonym, ale spotkaliśmy obok niego gospodarzy naprawiających ławki) zrobiliśmy odrobinę dłuższy postój. Stecówka administracyjnie należy do Istebnej, można tam dojechać asfaltową drogą, której fragmentem szliśmy na samym początku trasy. Dominantą całej osady jest malowniczo położony drewniany kościół. Mimo że pochodzi z lat 50., a obecny budynek (odbudowany po pożarze) nie ma jeszcze dekady, kościół znalazł się na Szlaku Architektury Drewnianej na terenie województwa śląskiego. Jeśli szukacie sielskiej wioseczki w górach, to Stecówka jest dobrym wyborem. Kilka domów na krzyż (również takie na wynajem, z balią i cudownym widokiem), owce i kozy pasące się na łące, cisza i spokój, dookoła szlaki piesze i rowerowe, a zimą biegówkowe. Idealne miejsce na krótki pobyt relaksacyjny.

Ze Stecówki zostało nam około 1,5 godziny spaceru do schroniska PTTK Przysłop i mam wrażenie, że ta druga połowa minęłam nam dużo szybciej. Na miejsce dotarliśmy około 18:30 i od razu poszliśmy się zameldować. W recepcji dostaliśmy pościel (co wcale nie jest standardem – w większości schronisk trzeba przyjść po nią o określonej godzinie do określonego miejsca) i informację o pokoju. Każdy jest nazwany nazwą pasma górskiego i nam akurat trafił się Beskid Niski (6-osobowy, z trzema łóżkami piętrowymi). Zanim zajęliśmy się prysznicem, wybraliśmy się do dużej sali na obiadokolację. W bufecie oprócz górskich klasyków znajdziecie też duży wybór dań wegańskich oraz dania dla dzieci (które są serwowane w nieco mniejszych porcjach niż te dla dorosłych). Ceny są takie jak w innych schroniskach, czyli nieco wyższe niż w standardowej miejskiej jadłodajni. Za to wszystko podane jak w restauracji i całkiem smaczne, więc wróciliśmy do pokoju naprawdę zadowoleni. Dość wcześnie położyliśmy się spać (chłopcy zasnęli dosłownie po 2 minutach) i mimo że spaliśmy w pokoju 6-osobowym, mieliśmy komfortowe warunki, bo trafiliśmy na świetnych współlokatorów, którzy starali się bardzo cicho zachowywać (w dodatku nie chrapali, całe szczęście!).

Jak zawsze w górach chłopcy spali dość długo (tym razem bite 10 godzin), więc przed 8 zeszliśmy do małej sali na śniadanie (przygotowane w kuchni turystycznej), a ja poczekałam jeszcze do otwarcia bufetu, żeby zamówić kawę (chłopcy w tym czasie zajęli się zabawą w bogato wyposażonym kąciku z zabawkami). Przy śniadaniu nie zamarudziliśmy jednak zbyt długo, bo akurat w Przysłopie doba schroniskowa trwa tylko do godziny 9:30, więc przed wyjściem na szlak musieliśmy spakować nasze rzeczy. Część z nich (właściwie tylko wóz z brudnymi ubraniami) zostawiłam przy recepcji, żeby nie dźwigać wszystkiego na trasie w pierwszej połowie dnia.

Po 9 wyszliśmy na szlak prowadzący na Baranią Górę. Na tym szczycie już od 8 czekali wolontariusze Czystych Beskidów i rozdawali pakiety do zbierania śmieci (worki plus rękawiczki). Nasz plan był prosty – dojść na szczyt, spędzić trochę czasu podziwiając widoki z wieży widokowej, odebrać pakiet i w drodze powrotnej do schroniska zbierać śmieci. Droga na Baranią Górę jest naprawdę urocza, cały czas lekko pnie się pod górę, nie ma tu ostrych podejść, zwykła leśna ścieżka, która kończy się niezwykle – wieżą widokową ze wspaniałą panoramą otaczających pasm. Z samej polany na szczycie też jest naprawdę ładny widok, ale z wieży, wiadomo, nieco bardziej imponujący. My trafiliśmy akurat na bardzo wietrzny dzień, więc na szczycie wytrzymaliśmy jakąś minutę i zeszliśmy na krótki piknik na polanie.

Drogę powrotną do schroniska przebyliśmy z workiem na śmieci, ale po drodze mijaliśmy wielu sprzątaczy i naprawdę trudno było znaleźć coś nowego. Mam wrażenie, że akurat ten szlak od samego początku nie był mocno zaśmiecony, a tego dnia został już wysprzątany na błysk. W związku z tym, kiedy zgłosiliśmy się po upominki za udział w akcji, zadeklarowaliśmy od razu, że zabierzemy worek również na drogę w dół, na parking i pozbędziemy się śmieci już we własnym zakresie.

Tymczasem po dojściu do schroniska w pierwszej kolejności udaliśmy się na obiad, a potem skorzystaliśmy z warsztatów. Bo musicie wiedzieć, że Czyste Beskidy to nie tylko akcja zbierania śmieci, ale i wydarzenia towarzyszące. W tym roku w sobotę po południu odbywała się Akademia Czyste Beskidy, czyli warsztaty i prelekcje specjalistów, m.in. znanej dziennikarki i podróżniczki Kamili Kielar czy przewodnika tatrzańskiego Jana Krzeptowskiego Sabały, który prowadzi Tatrologię, fantastyczny profil na Instragramie. Tym razem ze względu na chłopców nie mogłam skorzystać z Akademii, ale super byłoby to nadrobić za rok. Natomiast w niedzielę odbywały się wycieczki przyrodnicze wokół schroniska oraz rozmaite warsztaty, np. szycia czy stolarski. Z tej ostatniej opcji postanowili skorzystać chłopcy i przy pomocy odpowiednich narzędzi oraz pod profesjonalnym nadzorem stworzyli sobie drewniane pamiątki.

Niestety nie mieliśmy czasu na więcej atrakcji pod schroniskiem – zarzuciliśmy plecaki i z workiem na śmieci ruszyliśmy na parking w Kubalonce niemal tą samą trasą, co poprzedniego dnia. Tym razem od Straconki szliśmy asfaltem zamiast przez las i to właśnie wzdłuż tej trasy znaleźliśmy najwięcej śmieci. Do samochodu doszliśmy z niemal pełnym workiem. A o 23 doturlaliśmy się do domu.

Ten wyjazd był dość niezwykły z kilku powodów, ale przede wszystkim dlatego, że pojechałam w góry z chłopcami sama. Pobyt na szlakach i w schronisku był świetny i po raz kolejny muszę podkreślić, jak bardzo dumna jestem ze swoich synów i jak bardzo cieszę się, że są takimi dobrymi górołazami. Jednak dojazd w tę i z powrotem z Warszawy to koszmar. I nie mówię tutaj o wyjeździe ze stolicy, bo korki tutaj zawsze mamy wkalkulowane w czas podróży. Ale korki warszawskie są mi już niestraszne po tym, co zobaczyłam w Wiśle i Ustroniu. Jeśli macie taką możliwość – absolutnie nie jeźdźcie tam samochodem. Chyba że nocą albo bladym świtem. Te maleńkie miejscowości po prostu stoją w korkach. W niedzielę spędziliśmy w samej Wiśle niemal dwie godziny, ślimaczym tempem przesuwając się na północ. Na pewno nie chcę powtarzać tej przygody, ale wiem już, że do Wisły można spokojnie dojechać pociągiem (z przesiadką w Bielsku-Białej) i następnym razem chętnie skorzystam z tego właśnie połączenia.

Dodaj komentarz