Tradycji stało się zadość – spędziliśmy długi weekend listopadowy w górach. Tym razem na samym krańcu Polski – w Bieszczadach.
W piątek po południu ruszyliśmy w drogę. Podobnie jak połowa Warszawy. Spodziewaliśmy się korków i wiedzieliśmy, że nie chcemy jeździć po bieszczadzkich drogach w nocy i na dużym zmęczeniu, więc zarezerwowaliśmy nocleg w okolicy Rzeszowa, niemal dokładnie w połowie trasy. Wieczorem sprawdziliśmy najświeższą prognozę pogody i mogliśmy zrewidować nasze wstępne plany wycieczkowe.
Dzień 1.
W sobotę rano ruszyliśmy dalej i grubo po 11 dotarliśmy do Wołosatego, najdalej wysuniętej na południe miejscowości w Polsce. Wiedzieliśmy, że najprawdopodobniej tylko tego dnia będziemy mieli szansę na piękne widoki, więc od razu ruszyliśmy na Tarnicę. Wiedzieliśmy też, że nie mamy dużo czasu na postoje, bo zostały równo 4 godziny do zachodu słońca, a do przejścia mieliśmy trasę, która według mapy powinna zająć 3,5 godziny:
Trasa: Wołosate, początek/koniec Głównego Szlaku Beskidzkiego – Wołosate, początek/koniec Głównego Szlaku Beskidzkiego | mapa-turystyczna.pl
Na samym końcu miejscowości znajduje się punkt kasowy BdPN (bilety można też kupić przez internet) oraz toalety. Z tego punktu można iść czerwonym szlakiem niemal do granicy polsko-ukraińskiej lub w lewo, niebieskim, prosto na Tarnicę. Właśnie tę trasę wybraliśmy tym razem. Pierwszy odcinek prowadzi przez łąki, na których wypasają się czasem konie (z Zachowawczej Hodowli Konia Huculskiego) – wiele lat temu, podczas naszej pierwszej wizyty w Bieszczadach mieliśmy szczęście przechodzić PRZEZ stado tych zwierząt podczas zejścia z Tarnicy. To było niesamowite doświadczenie i chociaż teraz koni tam nie było, dobrze pamiętam, jakie wrażenie na mnie zrobiły.
Tym razem zamiast przedzierać się przez stado hucułów przedzieraliśmy się przez morze błota. Po opadach ostatnich kilku dni szlak był naprawdę mocno rozmyty i wiele osób wydeptywało nowe ścieżki poza szlakiem (co nie powinno mieć miejsca – po to zakłada się w góry odpowiednie buty). Przy polanie Łużanka, gdzie znajduje się tablica informacyjna BdPN i ławki, zaczynają się pierwsze schody. Dosłownie schody – drewniane progi wypełnione błotem. Dopiero wyżej, głębiej w lesie szlak robi się nieco przyjemniejszy. Po niemal ciągłym marszu pod górę dochodzimy do wiaty, a stamtąd jeszcze kilkanaście minut marszu przez las i wreszcie zaczyna się piętro połonin (w Bieszczadach nie występuje piętro regla górnego ani piętro kosodrzewiny, więc z solidnego lasu bukowego wychodzimy od razu na łąki).


Przed ostatnim podejściem (schodami, a jakże) na przełęcz Siodło ustawione są też ławki i stamtąd rozciąga się już niezła panorama na Tarnicę, na przełęcz oraz na Szeroki Wierch. Ostatni kawałek szlaku prowadzący na Siodło jest dość nużący, a na samej przełęczy chyba zawsze jest większy lub mniejszy tłum ludzi. Ze względu na późną godzinę na przełęczy zrobiliśmy tylko krótki postój na przekąski i pobiegliśmy żółtym szlakiem na Tarnicę (przy okazji dostałam mikrozawału, bo mój telefon pokazywał już godzinę 15, a nie 14 – okazało się na szczęście, że to wszystko przez złapanie zasięgu ukraińskiej sieci telefonicznej).
Na najwyższym szczycie polskich Bieszczadów czekała na nas fantastyczna panorama. Przy naprawdę dobrej pogodzie widać stamtąd nawet Pikuj (najwyższy szczyt całych Bieszczadów, nie tylko polskich), ale i w lekko pochmurny dzień można podziwiać piękne widoki spod charakterystycznego krzyża. Zgodnie z naszymi przewidywaniami na Tarnicy była masa ludzi, ale udało nam się znaleźć wolną ławkę i zrobić kilkuminutowy postój na ciepłą herbatę i przekąski. Jednak czas gonił, a wiatr mroził, więc dość szybko zarządziliśmy zejście na dół. Zejście, które okazało się także szybkie.



Do zachodu słońca mieliśmy dwie godziny, więc mieliśmy zapas, żeby zejść na spokojnie tempem tabliczkowym. Niestety w chłopców coś wstąpiło i niemal całą drogę, aż do ostatnich ławek w Łużance, biegli, dosłownie. Na całe szczęście nikt nie stracił zębów, ani nie połamał kończyn, ale nie polecamy schodzenia z Tarnicy w takim stylu, szczególnie po opadach.
Czas zaoszczędzony na schodzeniu zużyliśmy przy punkcie kasowym – na wyborze pamiątek i podbijaniu pieczątek. Spokojnie doszliśmy do parkingu, o tyle o ile oczyściliśmy buty z błota i ruszyliśmy w drogę do Kalnicy, kiedy już się ściemniało. Jechaliśmy pod górę, w stronę Przełęczy Wyżniańskiej i na stokach widzieliśmy mnóstwo światełek – najwyraźniej wielu turystów postanowiło podziwiać zachód słońca z połonin i schodzili na dół już po ciemku. Choć nie jestem fanką chodzenia po górach po zmroku, muszę przyznać, że ujął mnie widok czołówek i świateł samochodów na krętej drodze.
Późnym popołudniem dotarliśmy do Domku pod Siodłem, naprawdę uroczego miejsca, które było naszą bazą podczas tego wyjazdu. Napaliliśmy w kominku i mogliśmy napawać się spokojem po całkiem aktywnym dniu.
Dzień 2.
W niedzielę zgodnie z prognozami padało. Od początku wiedzieliśmy, że to będzie taki deszcz, w który nie chcemy wyganiać chłopców na szlak. Spędziliśmy leniwy poranek w domku i dopiero około południa zaczęliśmy się zbierać do planowanego wcześniej wyjścia na obiad w bacówce Jaworzec. A jeszcze wcześniej wybraliśmy się do najbliższego bankomatu (w Wetlinie), bo nigdzie nie mogliśmy znaleźć jednoznacznej informacji o tym, czy w bacówce można płacić kartą (nie można! – dobrze zrobiliśmy, biorąc gotówkę).
Jaworzec zasadniczo sąsiaduje z Kalnicą, ale droga asfaltowa prowadząca z jednej miejscowości do drugiej nie jest najciekawsza, więc zdecydowaliśmy się podjechać dosłownie kilometr do mostu nad Wetliną. Kawałek za nim kończy się droga publiczna i znajduje się nieutwardzony parking dla gości bacówki, ale zauważyliśmy, że większość przyjezdnych parkuje raczej wzdłuż drogi przed zjazdem do mostu. Właśnie w tym miejscu znajdują się widły czarnego szlaku. Idąc wschodnią stroną Wetliny dojdziemy do Dołżycy lub (idąc prosto na północ) do Zawoja i rezerwatu Sine Wiry. My za to ruszyliśmy na most i ścieżką po wschodniej stronie rzeki, która prowadzi do Jaworca.


Bacówka powstała tutaj w latach 70. ubiegłego wieku z inicjatywy Edwarda Moskały, działacza turystycznego. W całym kraju powstało dwanaście bacówek, a w samych Bieszczadach trzy, które znane są po prostu jako bieszczadzkie bacówki. Te schroniska były odpowiedzią na potrzeby turystów indywidualnych – w latach 50. i 60. turystyka górska rozwijała się dość dynamicznie, ale była zdecydowanie nastawiona na grupy (wyjazdy wypoczynkowe dla pracowników, kolonie dziecięce czy obozy harcerskie) i turyści indywidualni często mieli problemy ze znalezieniem odpowiedniego noclegu w górach. Odpowiedzią na te potrzeby miały być bacówki, wszystkie zbudowane według podobnego schematu.
Jeśli chodzi o bieszczadzkie bacówki, to ta w Jaworcu wydaje się najmniejsza, a przynajmniej ma najmniejszą jadalnię. Pewnie właśnie z tego powodu obowiązuje tam zmiana obuwia, nawet jeśli wchodzi się tylko na obiad. Na stojakach w maleńkim przedsionku dostępny jest wybór klapków i dopiero w nich można się udać w stronę bufetu i zamówić jedzenie. W cieplejsze dni jest na pewno prościej, bo można skorzystać ze stołów ustawionych na zewnątrz albo po prostu zrobić piknik na terenie dookoła bacówki (z cudownym widokiem na dolinę Wetliny). W listopadzie musicie trafić do bufetu zanim zrobi się tłok i czas oczekiwania na niektóre dania wydłuży się do godziny.
Mimo że na każdej mapie znajdziecie nazwę Jaworzec, to jest to jedna z wielu Bieszczadzkich miejscowości, która… nie istnieje. Jedyną pozostałością po niej są nieliczne piwnice, fundamenty czy kawałki ścian. Jaworzec i inne nieistniejące już miejscowości upamiętnia ścieżka historyczna „Bieszczady odnalezione” stworzona przez Stowarzyszenie Rozwoju Wetliny i Okolic.





Po obiedzie w bacówce spędziliśmy dobrą godzinę spacerując po Jaworcu, którego już nie ma. Pozostałości niegdyś całkiem dużej wioski (na początku lat 20. ubiegłego wieku mieszkało tam 500 osób, a sam Jaworzec był lokalnym centrum z kilkoma przysiółkami dookoła i cerkwią na wzgórzu) robią niesamowite wrażenie, szczególnie w pochmurny lekko deszczowy listopadowy dzień. Z wioseczki widać wyraźnie bacówkę i wzgórza po drugiej stronie rzeki, dookoła ciągną się lasy i łąki, nie ma zasięgu telefonu komórkowego i ma się wrażenie, że naprawdę jest się daleko od wszystkiego i od wszystkich. Jeśli jesteście w okolicy, gorąco polecamy spacer nie tylko do bacówki, ale i po pozostałościach dawnego Jaworca.
Dzień 3.
Ostatniego dnia prognozowana pogoda była o tyle lepsza, że miało nie padać, ale duże zachmurzenie wciąż oznaczało mało widoków. Zdecydowaliśmy się na trasę w kierunku trójstyku granic (PL-UA-SK) z zamiarem skrócenia jej w zależności od samopoczucia chłopców. Dość szybko okazało się, że wybieramy krótszy wariant trasy, która ostatecznie wyglądała tak:
Zostawiliśmy samochód na parkingu w Rzeczycy i ruszyliśmy przez las niebieskim szlakiem w kierunku Wielkiej Rawki. Ta trasa późną jesienią jest naprawdę malownicza, tym bardziej, kiedy jest wilgotno, a nieco wyżej unosi się dodająca tajemniczości mgła. Bardzo lubię spacerować w takich okolicznościach przyrody. Dopóki nie muszę wyjść ponad granicę lasu.
Zgodnie z naszymi przewidywaniami ostatnie metry przed Wielką Rawką to była walka z błotem i wiatrem, w dodatku nienagrodzona żadnymi ciekawymi widokami. Na szczycie zebrały się małe grupki, ale aura była tak niesprzyjająca, że nie zatrzymaliśmy się nawet na łyka herbaty, tylko popędziliśmy (tak szybko, jak było to możliwe w takich warunkach) w stronę Małej Rawki. Problem w tym, że ten kawałek szlaku przebiega przez malutką połoninę i jest się tam naprawdę wystawionym na działanie warunków atmosferycznych. Nie był to przyjemny spacer (Stefek wywinął malowniczego orła) i kiedy dodarliśmy do malutkiego zagajnika rozdzielającego połoniny wokół Wielkiej i Małej Rawki, przystanęliśmy na chwilę, żeby ogrzać się ciepłymi napojami i posilić się przekąskami.




Na Małej Rawce warunki były identyczne jak na Wielkiej – przemknęliśmy przez szczyt oraz przez kolejny płat połoniny, dotarliśmy do linii lasu, a kiedy zaczęliśmy już schodzić, niebo zaczęło się nieco przecierać, choć nie na tyle, żeby odsłonić jakieś spektakularne widoki. W lesie byliśmy już dobrze osłonięci od wiatru i mogliśmy się skupić na dotarciu do Bacówki pod Małą Rawką, jednej z „sióstr” Bacówki Jaworzec.
Ogromną zaletą schroniska pod Małą Rawką jest jadalnia, która jest dużo większa (i przez to wygodniejsza) niż w Jaworcu. Jedzenie, jak zawsze w takich schroniskach, naprawdę smaczne, a przede wszystkim – sam pobyt w schronisku jest atrakcją dla dzieci (szczególnie, że można wbić pieczątkę do książeczki GOT). Na koniec zostało już tylko zejście na Przełęcz Wyżniańską i złapanie busika, żeby podjechać na parking, nw którym został nasz samochód.


Mimo że podczas tego wyjazdu nie trafiliśmy na widokową pogodę, mieliśmy okazję pokazać chłopcom Bieszczady (względnie) bez tłumów, a przy okazji opowiedzieć trochę o historii tego rejonu (polecamy wcześniej poczytać „Beskid bez kitu” – stamtąd dzieci dowiedzą wszystkich podstaw dotyczących Bojków i ich kultury). Jeśli dodać do tego domek z kominkiem (chociaż chłopcy byli zawiedzeni, że nie śpimy w schronisku…) i planszówki, to myślę, że udało nam się całkiem przyjemnie spędzić czas. Myślę, że warto byłoby tu wrócić w ciepłą pogodę – niekoniecznie na szlak (które latem najpewniej będzie mocno zatłoczony), ale żeby odkryć dla siebie więcej historii Bieszczadów.