Ferie zimowe w Beskidach

W tym roku nasz wyjazd zimowy rozbiliśmy na trzy mniejsze części i spędziliśmy czas w dwóch różnych regionach oraz miejscu, które jest niejako mostem między nimi.

W piątek z samego rana ruszyliśmy w kierunku Ciśca, małej miejscowości leżącej pomiędzy Węgierską Górką a Milówką (rozsławioną przez Golec Orkiestra). Wszystkie te miejscowości leżą w dolinie Soły, która właśnie w tym miejscu rozdziela Beskid Śląski (na zachodzie) od Beskidu Żywieckiego (na wschodzie). Jest to również teren, na którym zacierają się granice między Śląskiem a Małopolską i w którym można doświadczyć kultury Górali Żywieckich (tak, w Polsce jest wiele różnych grup górali, choć większość kojarzy tylko tych z Podhala).

A tak się złożyło, że w sobotę, dzień po naszym przyjeździe, w Milówce odbywały się Dziady Noworoczne – barwne wydarzenie, w którym główną rolę odgrywają niesamowite kostiumy oraz… bicze. Pech chciał, że nie wiedziałam o obchodach – dowiedziałam się, kiedy utknęłam w korku w Milówce, w drodze do sklepu, w którym mogłam kupić raczki dla dwojga znajomych, którzy właśnie tego dnia postanowili wybrać się z nami na spacer po Beskidzie Żywieckim.

Jak tylko udało mi się wrócić do naszej bazy, ruszyliśmy do Żabnicy, skąd ruszyliśmy zielonym szlakiem do Schroniska PTTK Rysianka. Droga prowadzi równomiernie pod górę (657 metrów na nieco ponad 5 kilometrach) do grzbietu łączącego Halę Rysiankę i Lipowską oraz Boraczy i Redykalny Wierch. Są to ponoć najbardziej widokowe rejony tej części Beskidu Żywieckiego. Zimą często wyglądają tak:

My jednak trafiliśmy na nieco inną pogodę. Przez niemal całe podejście (lasem, ale z wieloma prześwitami, szczególnie w okolicach Odejścia Piotra) było pochmurno, choć od czasu do czasu mieliśmy widok na zachmurzoną dolinę. Za to pod koniec trasy, już na Hali Pawlusiej weszliśmy po prostu w chmurę i tak szliśmy już do samego schroniska.

Budynek udało nam się dostrzec dopiero, kiedy zbliżyliśmy się do niego na jakieś 30 metrów. Jest to nieduże schronisko, na 50 miejsc noclegowych, i chociaż nie jest tak malutkie jak Bacówka w Jaworcu, którą odwiedziliśmy niedawno, to było tam niemal tak samo tłoczono. W trzech małych salach jadalnych dorwaliśmy ostatnią wolną ławę i ścisnęliśmy się maksymalnie, żeby zjeść obiad i nieco się rozgrzać przed drogą powrotną.

Na takiej trasie naprawdę nie da się przecenić raczków. Ten wynalazek kosztuje około 50 zł (bliżej 70-100, jeśli kupujecie już w górach), a potrafi uratować przed poważną kontuzją podczas schodzenia. No i gwarantuje normalne tempo spaceru, chociaż my po drodze mijaliśmy kawałki szlaku skute tak grubym lodem, że zdecydowanie nadałyby się do niego nie tylko raczki, ale prawdziwe raki (takie do wycieczek powyżej 2000 m n.p.m.). Tutaj możecie podejrzeć naszą trasę na Rysiankę:

W niedzielę rozkoszowaliśmy się wygodami naszego domku (sauna, kominek, planszówki, spora bawialnia dla dzieci), a w poniedziałek po śniadaniu zebraliśmy swoje klamoty, pożegnaliśmy naszą ekipę i pojechaliśmy już we czwórkę do Wisły. Kolejne dwie noce mieliśmy zaplanowane w Beskidzie Śląskim, a konkretnie na Soszowie. Dotarcie do tego schroniska jest banalnie proste. Można podjechać pod dolną stację wyciągu narciarskiego, zostawić samochód na parkingu i na kanapie wjechać na poziom schroniska (które znajduje się 50 m od górnej stacji). I to tyle. My skorzystaliśmy właśnie z tego rozwiązania, z tą różnicą, że nasz samochód został na ostatnim parkingu przy asfalcie – nie chciałam wjeżdżać ostatnim 80–metrowym odcinkiem, który nie dość, że jest wyłożony trylinką, to jest też bardzo wąski, na tyle, że w większości miejsc na ma możliwości wyminięcia się z samochodem jadącym z naprzeciwka.

W schronisku wylądowaliśmy o 13, ale okazało się, że możemy od razu się zameldować i odebrać pościel. Od razu skorzystaliśmy też z obiadu. Od jakiegoś czasu obserwowałam schronisko Soszów w mediach społecznościowych i wiedziałam, że idę tam w jednym celu – po buchty z sosem jagodowym. Nie zawiodłam się! Myślę, że menu jest na tyle rozbudowane, że każdy znajdzie coś dla siebie (są także opcje wegańskie!). Dodatkowym atutem jest świetna kawa z ekspresu ciśnieniowego i gorąca czekolada – taka prawdziwa, gęsta, a nie kakao szumnie nazywane czekoladą.

Na Soszowie niecałe 3 miesiące temu zmienili się dzierżawcy i widać, że wkładają w to miejsce dużo serca (oraz zwyczajnie dużo ciężkiej codziennej pracy). Jest to zdecydowanie jedno z najbardziej klimatycznych miejsc, w których mieliśmy okazję nocować, a jest przy tym bardzo spokojne, czyste i ciepłe. Istnieją tu oczywiście aspekty techniczne, których nie da się łatwo przeskoczyć ze względu na wiek obiektu (jak choćby łazienki w przyziemiu czy brak gniazdek w pokojach), ale gospodarze zdecydowanie robią, co mogą, żeby gościom było tu wygodnie i żeby każdy czuł się, jak dawno niewidziany znajomy (wiem, co mówię, a nocowałam już w wielu większych i mniejszych schroniskach w polskich górach). Pierwszego wieczorem ja i Stefek testowaliśmy prototyp tego oto deseru (który jest już dostępny w menu):

Kolejnym atutem Soszowa jest bliskość stoku narciarskiego – Marcin oba wieczory spędził na lekcjach jazdy na nartach, sami byliśmy też chyba jedynymi nocującymi nie-narciarzami. Goście schroniska mają zniżki w wypożyczalni przy dolnej stacji wyciągu, w samym schronisku jest narciarnia do wygodnego przechowywania sprzętu, przed budynkiem są też wygodne stojaki na narty.

Ale wróćmy do atrakcji dla turystów pieszych. We wtorek po śniadaniu wykupionym w schronisku (w menu był naprawdę dobrze zaopatrzony szwedzki stół, którego hitem tego dnia były świeżo usmażone racuszki) wybraliśmy się na krótką wycieczkę do innego, jeszcze starszego obiektu.

Mowa o Stożku, który jest najstarszym schroniskiem w Beskidzie Śląskim, a jeśli brać pod uwagę sam obiekt, to najstarszym w całych Beskidach. Z Soszowa można tam łatwo dojść szlakiem czerwonym, czyli Głównym Szlakiem Beskidzkim. Zimą naprawdę trzeba mieć ze sobą raczki. Szlak zazwyczaj jest dość śliski, ale my trafiliśmy w taki moment, kiedy w ciągu dnia temperatura utrzymywała się powyżej zera, a w nocy spadała poniżej. Efekt był taki, że większość drogi do Stożka pokryta była grubą warstwą lodu.

Trasa prowadzi spokojnym podejściem najpierw na Soszów Wielki (na który doprowadzonych jest kilka wyciągów narciarskich, choć podczas naszego pobytu, żaden nie był czynny), a potem na szczyt Cieślar, z którego rozciąga się naprawdę ładna panorama i można tam zrobić małą przerwę przy stołach piknikowych. Stamtąd, jeszcze przez las, schodzi się do wiślańskiego osiedla Stożek Mały, w którym można znaleźć kilka kwater, punkt gastronomiczny oraz sklepik ze sztuką ludową. Natomiast już za osadą zaczyna się coraz bardziej strome podejście na Stożek.

Samo schronisko nie dość, że świetnie położone, to jest po prostu piękne.Zbudowane na początku lat 20. ubiegłego wieku doskonale wykorzystuje swoje położenie – z werand okalających jadalnię oraz z tarasu rozciągają się doskonałe widoki na trzy strony świata. Uroku dodaje jadalni również bujna roślinność – spora ilość monster, sansewierii i innych zielonolistnych roślin. Schronisko jest solidnie wyposażone (jest nawet sauna), a nocować można albo w pokojach schroniskowych, albo w hotelowych, z prywatnymi łazienkami. Zdecydowanie jest to miejsce, do którego musimy kiedyś wrócić na nocleg.

Tym razem zadowoliliśmy się smacznym jedzeniem, pięknymi widokami i spokojem. Akurat, kiedy czekaliśmy na obiad, z jadalni wyszła duża grupa turystów, a my mieliśmy sporo czasu na odpoczynek w komfortowych warunkach – po jedzeniu chłopcy zajęli się piłkarzykami, a my patrzeniem przez okno i czytaniem tablic przedstawiających historię schroniska. Myślę, że najciekawszym ich elementem były zdjęcia turystów z samego początku istnienia schroniska. Nie dość, że wszyscy byli ubrani naprawdę elegancko, to okna w werandach były w innym kształcie (i robiły dużo większe wrażenie, moim zdaniem).

Na Szosów wróciliśmy dokładnie tą samą drogą, ale po południu wyszło słońce i naprawdę mogliśmy pozachwycać się urokami Pasma Czantorii (bo tak nazywa się ta część Beskidu Śląskiego). Piękne panoramy w trakcie złotej godziny – to było idealne pożegnanie z górami. Następnego dnia rano po raz kolejny spakowaliśmy manatki, zeszliśmy na parking i ruszyliśmy w stronę naszego trzeciego celu podczas tego wyjazdu – do Bielska-Białej.

Tak się złożyło, że w ciągu 12 miesięcy byłam w tym mieście już trzeci raz i wiedziałam, jakie są jego atrakcje. Ale jest tam jedne miejsce, do którego od dawna chciałam zabrać chłopców. Mowa o Bielskim Studiu Filmów Rysunkowych, w którym sama byłam na wycieczce ponad 20 lat temu. Teraz wizyta w tym miejscu wygląda zupełnie inaczej, ponieważ kilka lat temu powstało Centrum Bajki i Animacji OKO, które w interaktywny sposób prezentuje historię, dorobek oraz technologie używane przez SFR.

W kilku salach zapoznajemy się z kolejnymi etapami tworzenia filmów rysunkowych, przy okazji dowiadujemy się, jak te etapy zmieniły się przez dekady. W każdej sali dzieci tworzą też kawałki własnego filmu, mogą też rozwiązywać różne łamigłówki związane tematycznie z filmami animowanymi. Całe miejsce wygląda bardzo nowocześnie i atrakcyjnie, wszystko na pewno zostało dobrze przemyślane, ale… czegoś mi zabrakło. Spędziliśmy tutaj niecałą godzinę (myślę, że to zaleta dla zwiedzających z mniejszymi dziećmi) i widziałam dosłownie dwa, może trzy rekwizyty z prawdziwej pracowni animatorów. Pamiętam, że dawno temu przechodziliśmy po prostu przez pokoje, w których pracowali rysownicy i animatorzy, widzieliśmy stosy papieru zapełnione rysunkami, farby, pędzle, ołówki. W OKU zwiedzający są zupełnie od tego odseparowani i myślę, że szkoda, bo to w tych pracowniach działa się magia i było to czuć.

Byliśmy też nieco rozczarowani seansem w Kinie Kreska. Miło było zobaczyć Reksia czy Bolka i Lolka na dużym ekranie, ale cały pokaz trwał dosłownie 40 minut. Cieszę się, że końcu sprawdziliśmy na własnej skórze, jak wygląda nowe Centrum Bajki i Animacji, wiemy teraz, że mimo sporej promocji, nie jest to najfajniejsza atrakcja Bielska.

W każdym razie zdecydowanie polecamy Beskid Śląski i Żywiecki – nie tylko na ferie. Każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Dodaj komentarz