Do Białegostoku w końcu się nie wybraliśmy, więc ten post będzie retrospekcją naszych doświadczeń z północnym wschodem Polski. Na Podlasie przyjeżdżamy regularnie ze względu na rodzinę, czasem udaje nam się coś zwiedzać i spędzić czas w ciekawy sposób, ja dodatkowo byłam raz na Podlasiu jako uczestnik projektu badawczego i jeździłam po sokólszczynie w poszukiwaniu kultury i języka białoruskiego. 🙂
Zatem – jak spędzić czas na Podlasiu?
Aktywnie
- Na kajakach – nasze tereny to Narwiański Park Narodowy. Wypróbowaliśmy do tej pory trzy opcje przewidziane na różne możliwości czasowe:
– godzina – jedźcie do Uhowa, z ulicy Surażskiej wystarczy zjechać drogą gruntową w stronę rzeki. W weekendy jest tam otwarta wypożyczalnia kajaków. Bardzo przyjazne ceny i łagodne zejście do wody tworzą chyba najlepsze miejsce do nauki pływania kajakiem i podjęcia decyzji, czy chce się bardziej angażować w taką aktywność (ja tak właśnie zaczynałam 😉 ). Nasz patent na to miejsce to ok. 40 minut płynięcia pod prąd, a potem 20 minut spływu z powrotem do bazy.
– 2-3 godziny – jedźcie do Kurowa, gdzie znajduje się siedziba NPN-u ze sklepikiem zaopatrzonym w rozmaite gadżety związane oczywiście z Narwią. Wypożyczenie kajaka jest nieco droższe, ale zaletą Kurowa jest bliskość licznych odnóg rzeki, co pozwala na zrobienie pętli (nawet nie jednej).
– 2-3 dni – zorganizujcie spływ! W 2015 właśnie w ten sposób spędziliśmy majówkę. Płynęliśmy na trasie Doktorce-Zawyki-Suraż-Uhowo-Topilec-Waniewo, jedną noc spędziliśmy w namiotach przy Centrum Turystyki Aktywnej „Bajdarka”, a drugą na wyspie koło wsi Topilec.
Chociaż zaletą noclegu na polu namiotowym był dostęp do pryszniców i przygotowane wcześniej drewno na ognisko, to chyba bardziej cieszyliśmy się z noclegu na wyspie (byliśmy jedynymi biwakowiczami) i z tajemniczej atmosfery (szczególnie w nocy).
Centrum „Bajdarka”, które zajmowało się transportem całego sprzętu (oraz nas i naszych bagaży z Łap do miejsca startu i z końcowego przystanku z powrotem do Łap), zaproponowało nam trasę idealnie dobraną do naszych możliwości czasowych oraz kondycyjnych, a cena całej usługi zdecydowanie odpowiadała całej zgrai studentów (no, nie wszyscy byli studentami, ale większość). - W siodle – tutaj znów polecamy Uhowo. W Stajni Tradycja byliśmy co prawda tylko raz na godzinnej lekcji (wciąż poziom początkujący, ale podstawy mieliśmy mniej więcej opanowane) i naszym zdaniem naprawdę warto. Instruktor to sympatyczny, ale konkretny człowiek, a sam ośrodek ma bardzo bogatą ofertę dla jeźdźców na każdym poziomie zaawansowania.
Zwiedzając
- Tykocin – byliśmy tutaj dwa razy i to w diametralnie różnych okolicznościach. Za pierwszym razem zobaczyliśmy senne miasteczko, w którym po bruku przemykała babcia w chustce na głowie i z laseczką przy boku. Za drugim razem trafiliśmy na Biesiadę Miodową. Do centrum nie dało się wjechać samochodem, wzdłuż uliczek stały stragany z regionalnymi wyrobami (głównie spożywczymi i artystycznymi) i kręciły się tłumy ludzi.
Co tam zobaczyć? My polecamy przede wszystkim synagogę, teraz zamienioną na muzeum. Jest to druga największa w Polsce synagoga i panuje w niej niesamowita atmosfera. W bezpośrednim sąsiedztwie jest też kilka knajpek z koszernym jedzeniem.
Do tej pory byliśmy sceptyczni wobec odrestaurowanego zamku, ale nasi przyjaciele wybrali się tam na zwiedzanie z przewodnikiem i ponoć warto, tym bardziej że miejsce zostało odnowione wzorowo, przy współpracy historyków i archeologów, z zachowaniem charakteru miejsca. - Supraśl – to miasteczko jest dwa razy większe niż Tykocin, ale równie spokojne. My mieliśmy okazję zwiedzić monaster i byliśmy pod wrażeniem architektury, wrażeniem spotęgowanym jeszcze tradycyjnymi śpiewami (mimo że puszczanymi z nagrania). Znajomi byli także w Muzeum Ikon i słyszeliśmy pozytywne opinie.
- Kruszyniany – niesamowita wioska kilka kilometrów od granicy z Białorusią. Główną atrakcją jest meczet, ale w Kruszynianach mieszkają oprócz muzułmanów katolicy i prawosławni. Wszyscy szanują się nawzajem i nie pracują, kiedy sąsiedzi świętują, więc w efekcie całkiem dużo odpoczywają. Muzułmanie w tym regionie to potomkowie Tatarów, którzy mieszkali na tych terenach od XVII wieku. Mimo że kultywują swoje tradycje, to są już mocno spolonizowani, ze względu na sąsiedztwo i na mieszane małżeństwa (no bo jak z teściem Polakiem wódki się nie napić 😉 ).
Przy okazji wizyty w Kruszynianach warto spróbować tatarskiego jedzenia. Ja nie miałam okazji zajrzeć do Tatarskiej Jurty, ale byli tam moi rodzice i teściowie, i polecają to miejsce (co jest o tyle niezwykłe, że mój tata w kwestii jedzenia jest marudą pierwszej klasy).
Wymienione przeze mnie miejsca to tylko niewielka część tego, co oferuje Podlasie, ale sądzę, że od nich na pewno warto zacząć. A jeśli chcecie po prostu uciec od miasta, możecie zaszyć się w dowolnym gospodarstwie agroturystycznym i rozkoszować się spokojem… 🙂
Jedna uwaga do wpisu “Podlasie”