Dublin. Dzień 0.

Jesteśmy. Dotarliśmy. Z małą przygodą, ale inaczej to chyba nie byłoby po naszemu. Niby lot z Cardiff do Dublina to tylko 40 minut. Ale w naszym przypadku był to czas mocno obudowany.

Najpierw pociąg ze Swansea na lotnisko (z przesiadką, a jakże, ale łącznie tylko godzina i pięć minut). Potem ze stacji transfer bezpośrednio na lotnisko, jak w Modlinie. I na tym podobieństwo do Modlina się kończy.

Lotnisko w Cardiff to najbardziej senne lotnisko, jakie do tej pory widziałam. Na kontroli bezpieczeństwa byliśmy sami (kontrolerów było około dziesięciu, jeden z nich pomógł nam wszystko ułożyć w pojemnikach na taśmie). Potem w poczekalni zrobiło się nieco bardziej „tłoczno” – pewnie mogłabym doliczyć się jakichś 50 osób. Może 70 ze wszystkimi pracownikami, którzy się tam przewijali.

Pierwszy raz lecieliśmy małym samolotem, w dodatku wypełnionym tylko w połowie, bez stania w kolejce na kontroli bezpieczeństwa, potem na bramce i na schodach do samolotu. I wbrew moim obawom mniejsze gabaryty statku powietrznego nie przełożyły się na większe turbulencje, a lądowanie było super miękkie.

Zdecydowaliśmy się na kupienie biletów 5-dniowych i w delikatnym korku dostaliśmy się na miejsce noclegu. Po drodze zdążyliśmy nieco osłuchać się z językiem irlandzkim, a widoki zza okna bardzo dobrze nastrajają nas na jutro. Spacer dzisiaj już odpuściliśmy. Na początku z małym znakiem zapytania, ze względu na niską temperaturę (ok. 4 stopnie) i lodowaty wiatr, a potem definitywnie – ze względu na to, że godzinę czekaliśmy na klucze do mieszkania (niejaki Ken miał problem z telefonem i nie dostał naszych wiadomości…).

Ale nic straconego, jutro bierzemy się do roboty!

Dodaj komentarz