Dublin. Dzień 1/2/3.

 

Pierwszego dnia nie mieliśmy właściwie okazji do zwiedzania, ale postaraliśmy się nadrobić to wczoraj i dziś. W czwartek mieliśmy czas tylko na krótki spacer do Portobello i po kawałku Rathmines (dzielnice na południu Dublina), reszta dnia mnie upłynęła na konferencji, z kolei Marcinowi na opiece nad małym.

Za to piątek zaczęliśmy od Trinity College, XVI-wiecznej uczelni, i zwiedziliśmy chyba najbardziej znaną jej część, czyli Starą Bibliotekę, która zawiera tysiące manuskryptów i starodruków oraz oryginalną proklamację Republiki Irlandzkiej z 1916 roku. Jednak większość przychodzi tam zobaczyć Księgę z Kells – bogato zdobioną Biblię z końca VIII wieku. Wejście do biblioteki poprzedza wystawa dotycząca, m.in. historii i techniki wytwarzania tej oraz innych wersji Biblii. Warto spędzić tam chwilę, bo ekspozycja jest dobrze przemyślana  i zawiera naprawdę najważniejsze informacje przekazane w ciekawy sposób.

W czasie gdy ja byłam na konferencji, Marcin z Zyziem i naszą koleżanką pojechali do XVIII-wiecznego Więzienia Kilmainham. Na miejscu okazało się, że o ile do Biblioteki bilet kupiony zawczasu nie był koniecznością (o 9:30 w kolejce czekało mniej niż 10 osób), o tyle do Kilmainham o godzinie 12 nie było już biletów na cały dzień. Skończyło się więc krótkim spacerem w Parku Feniska. Temat parkowy przedłużyliśmy po moim powrocie z konferencji – wybraliśmy się do parku St. Stephen’s Green oraz Iveagh Gardens. Pierwszy większy, nieco zatłoczony i z widocznym wpływem człowieka, za to drugi zdecydowanie spokojniejszy, z wszędobylskim bluszczem (stąd pewnie nazwa) i… wodospadem. Oczywiście nie występuje tam naturalnie, ale moim zdaniem dobrze wpasowuje się w całokształt.

Po krótkim odpoczynku zdecydowaliśmy się na krótki spacer po zrewitalizowanej dzielnicy portowej i wzdłuż rzeki Liffey. Ten wybór na wieczór okazał się strzałem w dziesiątkę.

Sobota była najbardziej spacerowa w ciągu całego naszego wyjazdu. Rano wybraliśmy się na targ w dzielnicy Temple Bar (tej z najstarszym barem o nazwie… Temple Bar 😉 ), a stamtąd pojechaliśmy na wybrzeże z zamiarem dotarcia do latarni Poolbeg. Cel osiągnęliśmy, ale spacer trwał 3 godziny, z czego połowa polegała na zmaganiu się z niesamowitym wiatrem, który zresztą porwał naszą torbę od wózka… Ale widoki były imponujące, bo latarnia znajduje się na falochronie sięgającym prawie 2 km w głąb morza.

Na dziś to już koniec, odpoczywamy. Jutro ostatni dzień i późny powrót do Swansea. Bardzo późny, więc relację zdamy na pewno po weekendzie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s