Beskid Makowski na Wielkanoc

Ledwo wróciłam z Tatr i ogarnęłam bagaż, a już nadszedł czas na kolejny wiosenny wyjazd górski, tym razem sponsorowany przez świąteczny długi weekend.

W tym roku postanowiliśmy ograniczyć serniczki i sałatki warzywne, więc na święta wybraliśmy się w Beskid Makowski*. Szukaliśmy względnie niskiego pasma górskiego, szlaków z przyjemnymi punktami widokowymi oraz bazy wypadowej, która da możliwość wędrówek na 2-3 dni. Ostatecznie nasz wybór padł na Schronisko PTTK Kudłacze. Dostać się tam można z kilku stron, a samochodem najprościej podjechać w górę Pcimia (pod koniec naprawdę stromą i wąską drogą) i zaparkować… 500 metrów od celu. My właśnie skorzystaliśmy z takiej opcji (parking jest bezpłatny w tygodniu, my za weekend plus świąteczny poniedziałek zapłaciliśmy 50 zł).

Tutaj znajdziecie mapkę ze wszystkimi szlakami, które sprawdziliśmy w okolicy:

Wielki Piątek spędziliśmy na samej podróży oraz na eksploracji schroniska i jego terenu. Bo Kudłacze to nie tylko sam budynek, ale również interesujące bezpośrednie otoczenie. Oczywiście nie brakuje stołów i ław, ale jest też malutki plac zabaw (zjeżdżalnia i dwie huśtawki), zagroda dla gęsi, ule, pole namiotowe z miejscami do rozpalania ognisk (z piękną panoramą – przy dobrej pogodzie na horyzoncie majaczą Tatry). Absolutnym hitem była kępa olch (lub innych drzew) z ogromnym systemem korzeni, na tyle dużym, że pod jego częścią jest po prostu pusta przestrzeń. Idealne miejsce do zabawy dla dzieci.

W Wielką Sobotę przyszedł czas na spacer do Lubomira, czyli na najwyższy szczyt całego pasma. Na rozgrzewkę wybraliśmy szlak czerwony, który oferuje najłagodniejsze podejście na szczyt. Na drodze sporo było błota, a nawet kałuży, które niekiedy zupełnie blokowały przejście wyznaczoną trasą, ale mimo to sprawnie doszliśmy do obserwatorium astronomicznego znajdującego się na Lubomirze. Akurat w weekend świąteczny było zamknięte, ale zazwyczaj w soboty i niedziele można je zwiedzać, a w wybrane weekendy latem brać udział w nocnych pokazach nieba. Po krótkim odpoczynku oraz oczywiście podbiciu pieczątki Korony Gór Polski, wróciłam ze Stefkiem do schroniska tą samą trasą, a Marcin z Zyziem poszli okrężną drogą (zielonym szlakiem do Lipnika, potem czarnym na Suchą Przełęcz i zielonym do schroniska), żeby mieć szansę na spacer żywszym tempem niż narzucone przez krótkie nóżki najmłodszego członka wyprawy.

W Wielkanocny poranek ruszyliśmy znów w stronę Łysiny, ale tym razem szlakiem czarnym i był to świetny wybór. Co prawda podejście w drugiej połowie trasy jest nieco strome, ale sama droga jest naprawdę urokliwa, dużo bardziej niż na równoległym szlaku czerwonym. Z Łysiny zostało nam już strome zejście na Przełęcz Suchą, gdzie spędziliśmy relaksujące 1,5 godziny. Chłopcy bawili się przy strumyku spływającym żółtym szlakiem, a my mieliśmy czas na opalanie się na trawie (słońce naprawdę przygrzewało, niezbędny był krem przeciwsłoneczny). Na przełęczy jest wiata biwakowa i miejsce na ognisko, z którego zresztą korzystała jakaś rodzina. W ciągu naszego pobytu w tym miejscu na rozległą polanę zeszło się jeszcze sporo osób, ale wciąż było naprawdę spokojnie. W końcu po tym przydługim odpoczynku wróciliśmy szlakiem zielonym do schroniska.

W niedzielę po południu zdecydowaliśmy się również na pożegnalne ognisko – w schronisku można kupić paczkę drewna oraz kiełbaskę z chlebem. Liczyliśmy na piękny zachód słońca, ale niestety byliśmy naocznymi świadkami, jak pył znad Sahary przesłania wszelkie widoki, a w dodatku w rozkoszowaniu się pysznymi kiełbaskami przeszkadzały nam też silne podmuchy wiatru (których w ogóle nie było w prognozie pogody). W poniedziałek wielkanocny z samego rana spakowaliśmy się i wróciliśmy do domu zanim na drogach zaczęły się tworzyć jakiekolwiek korki.

O schronisku słów kilka

Tutaj podzielę się informacjami, których sama nie mogłam znaleźć w internecie – być może komuś się przydadzą.

Żeby zarezerwować nocleg konieczny jest telefon – na maila na pewno nikt wam nie odpowie. Niezależnie od rozmiaru pokoju za łóżko zapłacicie 70 zł za noc plus jednorazowo 30 zł za pościel (na miejscu są dostępne koce oraz poduszki, jeśli chcecie spać w śpiworze). Pokoje są urządzone dość spartańsko (przynajmniej nasz był). Była nas czwórka, ale dostaliśmy pokój z 6 łóżkami. W pokoju były dwa gniazdka, dwa taborety, stolik, wieszaki. Trochę brakowało nam kosza czy dodatkowych krzeseł lub choćby taboretów.

W schronisku nie ma kuchni turystycznej – wrzątek dostaniecie tylko z bufetu, między 8 a 19. Szkoda, miło byłoby mieć czajnik gdzieś na korytarzu. Łazienka to dwie kabiny WC oraz jeden prysznic, w dodatku w ciągu dnia korzystają z tej łazienki klienci bufetu. Niestety obecnie schronisko poszukuje pracowników i te niedobory kadrowe widać. Ciepła woda dostępna jest przez cały czas. Ogrzewanie w pokojach włączane jest tylko na noc (o ile jest chłodno w nocy – podczas naszego pobytu ostatniej nocy kaloryfery pozostały zimne).

Bufet serwuje głównie dania obiadowe, ale rano można dostać też jajecznicę albo parówki z chlebem i keczupem. Ceny są moim zdaniem umiarkowane, podobnie jak smak potraw. Podczas naszego pobytu częściowo wspomagaliśmy się własnym prowiantem, ale stołowaliśmy się głównie w bufecie i wydaliśmy na potrawy prawie 400 zł w trakcie trzech dni.

*wśród naukowców nie ma zgody co do tego, w którym paśmie są Kudłacze. Jedni wskazują na Beskid Makowski (znany też jako Średni), inni na Wyspowy, jeszcze inni na Myślenicki. Ja używam nazwy Beskid Makowski, zgodnie z klasyfikacją przyjętą w Koronie Gór Polski.

Dodaj komentarz