Lombardia na Wielkanoc

W tym roku znów spędzaliśmy Wielkanoc poza domem, ale tym razem nie sami, a z rodzicami Marcina. Tak się złożyło, że pomysł na wspólny wyjazd pojawił się najpierw, dopiero potem data (podyktowana długością przerwy świątecznej w szkole Zyzia), a na końcu wybraliśmy kierunek – wg cennika linii lotniczych. 😉 I tak wylądowaliśmy w Lombardii.

Mediolan

Jeszcze pierwszego dnia, po zameldowaniu się w mieszkaniu, zdecydowaliśmy się na krótki spacer po centrum i zobaczenie kilku najbardziej popularnych atrakcji miasta – gotyckiej Duomo, neorenesansowej galerii Wiktora Emanuela II oraz teatru La Scala (również neorenesansowego). Być może wpłynęło na nas również zmęczenie po podróży, ale po kilkunastu minutach czuliśmy się zupełnie przebodźcowani tłumem i ruszyliśmy prosto do Giardini Indro Montanelli, najstarszego mediolańskiego parku, założonego w 1784 roku. Ten wybór okazał się doskonały – naprawdę tam odetchnęliśmy i zrelaksowaliśmy się, podziwiając w zachodzącym słońcu bardzo różnorodną roślinność tego parku (chyba największe wrażenie zrobiły na nas ogromne magnolie wielokwiatowe, które dzięki swoim grubym liściom i gęstym koronom tworzą naprawdę głęboki cień).

Następnego dnia wybraliśmy się Castello Sforzesco, dawnej siedziby rodu panującego w Księstwie Mediolanu. Wybudowany w XV wieku, potem wielokrotnie przebudowywany, imponuje architekturą, rozmiarem oraz licznymi muzeami, które mają siedzibę w jego wnętrzach. Bilet kosztuje jedynie 5 euro, a od ilości i jakości miejscowych zbiorów można dostać zawrotów głowy. My spędziliśmy w środku ok. 2,5 godziny i pod koniec niemal biegliśmy przez korytarze. Zamek Sforzów to zdecydowanie miejsce albo na cały dzień zwiedzania (opcja dla wytrwałych), albo na kilka wejść (dla tych, którzy chcą mieć czas na podziwianie i potem przeprocesowanie tego, co widzieli). Przed wejściem od rana ustawia się kolejka, ale przesuwa się dość sprawnie i już po kilkunastu minutach tłum rozprasza się na zamku, więc zwiedzanie odbywa się w komfortowych warunkach.

Po intensywnym spotkaniu ze sztuką i historią wybraliśmy się na mini piknik do Parku Sempione, który rozciąga się u stóp zamku. Ściągają do niego, rzecz jasna, rzesze turystów i miejscowych, ale jego teren jest na tyle rozległy, że bez problemu można znaleźć spokojny kawałek dla siebie i zjeść drugie śniadanie z widokiem na siedzibę Sforzów.

Jedynie 1,5 kilometra dalej od Zamku znajduje się zjawiskowa Bazylika św. Ambrożego – jest to jeden z najstarszych i najważniejszych kościołów w Mediolanie, kolejny punkt obowiązkowy dla wszystkich zwiedzających. Jednak zamiast iść prosto na dziedziniec przed głównym wejściem do świątyni, polecam wybrać trasę, którą sami (przypadkiem) poszliśmy:

Zaczęliśmy od placu św. Ambrożego, na północ od samego kościoła. Świątynia Zwycięstwa, która tam się znajduje, była akurat zamknięta, ale weszliśmy do ogrodu przylegającego do Bazyliki i obeszliśmy maleńki budynek oratorium św. Zygmunta, po czym wróciliśmy na plac i poszliśmy w stronę Katolickiego Uniwersytetu Najświętszego Serca. Jego siedziba mieści się w dawnym klasztorze augustiańskim, a piękne zielone dziedzińce z krużgankami są dostępne dla wszystkich. Jeśli szukacie oazy spokoju blisko centrum, to kampus tego uniwersytetu może być dobrym wyborem.

Po wyjściu z kampusu, można dojść spokojną wewnętrzną uliczką do Via Lanzone i stamtąd prosto do głównego wejścia na dziedziniec, który trzy lata temu zrobił na mnie ogromne wrażenie. Choć sama bazylika została zbudowana w IV wieku, to atrium, fasada z arkadami oraz dzwonnice pochodzą z czasów pierwszej poważnej przebudowy w IX wieku, kiedy to bazylika stała się klasycznym przykładem wczesnej architektury romańskiej. W średniowieczu w atrium (na dziedzińcu) zbierali się pielgrzymi, odbywały się tutaj targi, był tu nawet cmentarz, co można poznać po licznych tablicach nagrobkowych przymocowanych do ścian. Co ciekawe, dwie wieże zawdzięczamy sporowi między mnichami a kanonikami – ci pierwsi postawili swoją po prawej stronie fasady w IX wieku, ci drudzy dobudowali swoją po lewej w roku 1128. Warto zwrócić również uwagę na wiązowe panele ze scenami z życia św. Dawida, które pochodzą z XII wieku i znajdują się na wprost wejścia głównego na dziedziniec.

Jeśli komuś wciąż mało historii, to kilkaset metrów dalej znajdzie jeszcze jedną pozostałość starożytnego Mediolanu, mianowicie Kolumny Św. Wawrzyńca. 16 korynckich marmurowych kolumn pochodzi z II wieku naszej ery; prawdopodobnie pierwotnie stały przy termach lub pogańskiej świątyni, ale w IV wieku zostały przeniesione na obecne miejsce – przed bazylikę św. Wawrzyńca. Co ciekawe, do 1935 roku plac pomiędzy samą bazyliką a kolumnadą był gęsto zabudowany. Ostatecznie stare domy postanowiono rozebrać, a po bombardowaniach w trakcie II wojny światowej odsłonięta została też tylna część bazyliki, wokół której stworzono park. Dziś można stamtąd podziwiać bryłę bazyliki – jeśli potrzebujecie przerwy w zwiedzaniu, to polecam zakup lodów w lodziarni Vero, a następnie spacer na Piazza Vetra i odpoczynek na ławeczce w pobliżu wejścia do metra.

W Mediolanie zahaczyliśmy jeszcze o jedno miejsce – Milano Centrale. Jest to jeden z największych dworców kolejowych w Europie – z 13 peronów korzysta codziennie ok. 330 tysięcy pasażerów (dla porównania – Dworzec Centralny w Warszawie obsługuje ok. 55 tysięcy pasażerów na dzień). Jednak każdy, kto tam był, od razu rozumie, że ta stacja otwarta w 1931 roku stacja została zbudowana przede wszystkim po to, żeby imponować. Nie tylko rozmiarem, ale i niezwykłą (żeby nie powiedzieć – przytłaczającą) mieszanką stylów (serdecznie polecam artykuł o historii i architekturze Milano Centrale).

A przy okazji wizyty na dworcu centralnym rzuciliśmy też okiem na jeszcze jeden z mediolańskich punktów obowiązkowych dla wielbicieli architektury:

Brescia

Podczas pobytu we Włoszech rodzice Marcin bardzo chcieli zobaczyć zabytki z czasów starożytnych. Akurat w Mediolanie nie ma ich zbyt wiele, ale już w drugim największym mieście Lombardii sytuacja jest zgoła inna. Brescia, bo o niej mowa, przyciąga turystów swoim wpisanym na listę dziedzictwa UNESCO parkiem archeologicznym. Zachował się tam teren Forum Romanum i kompleks klasztorny San Salvatore-Santa Giulia. Może w pierwszej chwili nie brzmi to imponujące, to już za chwilę przekonacie się, dlaczego my byliśmy zachwyceni i dziwiliśmy się, że wejście do całego parku nie kosztuje znacznie więcej.

Jeśli macie ochotę na podróż w czasie, to zacznijcie od Świątyni Capitolinium, zbudowanej w I wieku naszej ery. Ta monumentalna konstrukcja poświęcona Trójcy Kapitolińskiej (Jupiterowi, Juno i Minervie) została porzucona kilkaset lat później w czasach bliskich upadku Cesarstwa Rzymskiego, później została całkowicie zakryta ziemią osuwającą się z okolicznych wzgórz, a następnie odkryta w w latach 20. XIX (!) wieku. W środku, na kilku poziomach, można oglądać starożytne freski, mozaiki czy rzeźby, a wiele z nich jest tak cennych, że do kilku pomieszczeń wchodzi się przez śluzę powietrzna, która zabezpiecza zabytki przed wpływem warunków zewnętrznych.

Zobaczenie pozostałości świątyni na żywo jest wspaniałym przeżyciem, ale żeby w pełni docenić jej wartość, warto zobaczyć wizualizację jej pierwotnego wyglądu:

Ze względu na ściśle kontrolowane warunki udostępniania Capitolinium, bilety kupuje się na określoną godzinę i to właśnie wtedy przewodnik zabiera niedużą grupę i wpuszcza do poszczególnych części całego obiektu. Na zwiedzanie całości mamy ok. 50 minut, ale potem (na tym samym bilecie) możemy udać się do niesamowitego kompleksu bazyliki San Salvatore i Klasztoru Santa Giulia. To miejsce jest po prostu ogromne, prezentuje historię Brescii od III w. p.n.e. do XVI wieku i nawet jeśli spędzicie tam 8 godzin, to zobaczycie wszystko po łebkach. Nam przez ponad 2 godziny nawet nie udało się dojść do niektórych części, skupiliśmy się na kilku najstarszych.

Ogromne domy rzymskie z I i III wieku naszej ery z fantastycznie zachowanymi mozaikami podłogowymi oraz freskami (widziałam już wiele podobnych, ale nigdy tak wielu w jednym miejscu), longobardzka bazylika San Salvatore z VIII wieku czy XII-wieczne romańskie oratorium Santa Maria in Solario same w sobie są niesamowitymi, pięknymi obiektami historycznymi, a ich wnętrza są dodatkowo wypakowane po brzegi artefaktami prezentującymi kilkutysięczną już historię Brescii i jej okolic. Muzeum powstało w tym miejscu już w 1882 roku, nie powinno więc dziwić, że od tego czasu udało się tam nagromadzić taką obfitość i rozmaitość obiektów. Śmiem twierdzić, że to miejsce zachwyci każdego, nie tylko koneserów sztuki. Nam najbardziej spodobał się budynek bazyliki i to chyba tam zrobiliśmy najwięcej zdjęć z całego pobytu z Muzeum Santa Giulia:

Z ciężkim sercem, ale pustymi żołądkami, opuściliśmy Santa Giulia i udaliśmy się na poszukiwanie dobrej jadłodajni. W Brescii zasadniczo nie ma jednego miejsca, które zdecydowanie można nazwać centrum. Jest za to wiele placów, które zachwycają architekturą, a spośród nich można wyróżnić trzy główne. Zaczynając od najnowszego – Piazza della Vittoria jest reprezentantką monumentalizmu z czasów Mussoliniego, z górującym nad przestrzenią budynkiem Palazzo delle Poste. Następnie Piazza della Loggia z Palazzo della Loggia przenosi nas w czasy renesansu. Natomiast my wybraliśmy Piazza Paolo VI z przewagą zabudowy średniowiecznej – obok barokowej Duomo Nuovo stoi XI-wieczna Duomo Vecchio (czyli po prostu stara katedra) oraz odrobinę młodszy Palazzo Broletto.

To właśnie przy tym placu, w spokojnej uliczce wychodzącej na wprost obu katedr, znaleźliśmy pizzerię, w której mogliśmy nieco odetchnąć po intensywnym zwiedzaniu, dobrze zjeść, a przy okazji obserwować tętniący życiem (i skąpany w słońcu) plac. Po tej przerwie udaliśmy się już prosto na dworzec (chociaż zahaczyliśmy o Plac Zwycięstwa) i stamtąd niemal od razu załapaliśmy pociąg do Mediolanu (bezpośrednie połączenia między Mediolanem w Brescią są niemal co godzinę).

Jezioro Como

W niedzielę zjedliśmy polsko-włoskie śniadanie (próbując połączyć tradycje wielkanocne z obu krajów) i wybraliśmy się na ostatnią wycieczkę podczas tego wyjazdu. Tym razem padło na jezioro Como i na podstawie krótkiego researchu, który zrobiliśmy wcześniej, obraliśmy na nasz cel Varennę – położone na środkowschodnim brzegu jeziora miasteczko z zaledwie kilkuset mieszkańcami. Jeśli, tak jak my, gdzieś przeczytaliście, że to spokojne miejsce jeszcze nieskolonizowane przez masy turystów – zapomnijcie, to już nieaktualne!

Tłum zauważyliśmy już na dworcu w Mediolanie – mimo że na peron weszliśmy jakieś 15 minut przed odjazdem, zajęliśmy ostatnie miejsca siedzące. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że sporo ludzi wysiądzie w Lecco, sporym mieście na południu jeziora, a przede wszystkim dużej stacji przesiadkowej. Jednak zawiodłam się. Okazało się, że większość pasażerów wysiadła na stacji w Varennie. Zrobił się tam prawdziwy korek. Szliśmy w zbitej masie ludzi na peronie, przez przejście podziemne, kolejnym peronem do wyjścia ze stacji, i jeszcze chodnikiem do Via alla Stazione. Dopiero tam zrobiło się odrobinę luźniej, ale nie na długo – spacer wzdłuż wybrzeża, wąskim chodnikiem widokowym, również polegał na dreptaniu w rytmie tłumu.

Nie zrozumcie mnie źle – Varenna JEST piękna. Nawet w gąszczu ludzkich głów nietrudno to zauważyć. Widoki z brzegu jeziora, przeurocze kamienne uliczki i budynki, roślinność – to wszystko robi ogromne wrażenie. Ale jeśli chcecie przyjechać nad Como i w ciszy napawać się jego pięknem, to to miasteczko nie jest najlepszym wyborem. Mimo to, znaleźliśmy sposób na ucieczkę od tłumu i, do pewnego stopnia, odczarowanie tego miejsca.

Jeszcze na dworcu udało mi się wejść na chwilę do informacji turystycznej i wziąć darmową mapę. Potem, idąc wzdłuż brzegu jeziora, widzieliśmy tabliczki z nazwą szlaku zaznaczonego na tej mapie – Greenway dei Patriarchi. Trasa zaczyna się przy przystani promowej i początkowo prowadzi zatłoczonym nabrzeżem. Jednak kawałek za głównym placem (z pięknym kamiennym – i jakże spokojnym w środku – kościołem Matki Świętego Jana Chrzciciela), obok słynnych willi Cipressi i Monastero (bardzo zatłoczonych i z ogromną kolejką chętnych czekających na zwiedzanie) Szlak Patriarchów odbija w lewo i idzie pod górę Via Roma. I to właśnie tutaj, na niepozornym szlaku, niemal zupełnie opuszczonym przez turystów, mogliśmy spojrzeć spokojnie na Varennę.

Greenway dei Patriarchi wiedzie początkowo asfaltową ulicą. Obok cmentarza jest chyba jego najwyższy punkt i roztacza się z niego piękna panorama na jezioro i okoliczne miejscowości. Potem ścieżka schodzi w dół i robi się nieco dziksza – najpierw gruntowa, porośnięta trawą, potem wysypana żwirem. Po przejściu tunelem pod torami kolejowymi dochodzi się już do kolejnego uroczego miasteczka, Fiumelatte. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że jedyna otwarta obecnie restauracja jest niestety pełna i niedługo zamyka się na siestę. Złapaliśmy zatem (dosłownie – musieliśmy biec) najbliższy pociąg do Lecco, w którym spędziliśmy około godziny spacerując po tym pocztówkowym i wcale nie tak bardzo zatłoczonym mieście, aż wreszcie wróciliśmy do Mediolanu nieco przepełnionym pociągiem (całą drogę staliśmy, bo nie było miejsc siedzących).

Muszę przyznać, że słynne Como robi niesamowite wrażenie na żywo. Baśniowe miasteczka z kamiennymi uliczkami, pagórki odbijające się w wodzie i Alpy w tle wyglądają po prostu fantastycznie. Ale poziom zatłoczenia (przynajmniej w niedzielę) był dla nas nie do przyjęcia. My na pewno polecamy Fiumelatte, choć akurat ta miejscowość nie nada się na typowy wypoczynek nad wodą ze względu na szczątkowe rozmiary plaży. Jeśli możecie podzielić się jakimiś tajnymi miejscówkami nad Como, to dawajcie znać. 🙂

Dodaj komentarz