Weekend w Madrycie poświęciliśmy na niespieszne zwiedzanie dwóch miejsc oraz, oczywiście, rozkosze kulinarne.
Dzień 3.
W sobotę rano wybraliśmy się do Museo de America. Oczywiście muzeum to zawdzięcza swoje istnienie w dużej mierze podbojom Kolumba (którego odręczne notatki z podróży są właśnie tutaj przechowywane) i jego następców. Jednym z elementów kolekcji jest zresztą kontrowersyjny skarb ludu Quimbaya – kontrowersyjny, bo został przekazany Hiszpanii przez kolumbijskiego prezydenta w końcu XIX wieku jako wyraz wdzięczności za pomoc w wyznaczaniu granicy kraju z Wenezuelą. Problem w tym, że teraz Kolumbia (na drodze sądowej) stara się ten skarb odzyskać.
Mimo tego kontrowersyjnego wątku jest to muzeum warte uwagi. Po pierwsze, wystawa stała zorganizowana jest tematycznie i podzielona na następujące sekcje: podstawowe fakty, życie codzienne, społeczeństwo, religia oraz komunikacja (w tym dziale znajdują się artefakty związane z językiem!). Z powodu swojego położenia poza centrum miasta Muzeum Ameryki jest zdecydowanie rzadziej odwiedzane przez turystów, zachęca też niska cena biletu (3€). Zdecydowanym minusem jest brak angielskich opisów. Informacje na temat kolekcji czerpaliśmy z przewodnika oraz z moich prób rozszyfrowania hiszpańskich objaśnień.
Tuż obok muzeum znajduje się inna (już dużo bardziej zatłoczona) atrakcja – Faro de Moncloa, czyli 92-metrowa wieża widokowa. Wejście kosztuje 3€ i daje nam nieograniczony czas (choć w ramach godzin otwarcia) na podziwianie panoramy miasta oraz otaczających Madryt gór Guadarrama.
Dzień 4.
Niedzielę już od samego początku wyjazdu mieliśmy zaplanowaną na zrobienie czegoś, czego nie udało nam się zrobić podczas naszej pierwszej wizyty w Madrycie, czyli na spacer po Rastro. Rasto to już dość dobrze znany turystom pchli targ. Podobnie jak w przypadku ateńskiego Monastiraki, ta i tutaj główna ulica została opanowana przez sprzedawców nowizny (głównie ubrań oraz plastikowego badziewia). Wystarczyło jednak wejść w boczne uliczki, żeby trafić na to, co lubimy najbardziej. Dla Marcina polowanie zakończyło się sukcesem – udało mu się kupić aparat z teleobiektywem w bardzo rozsądnej cenie.
Na zakończenie całego wyjazdu wybraliśmy się na churros do pobliskiego baru. Wcześniej już próbowałam tego (bardzo kalorycznego) przysmaku w kilku miejscach, ale to okazało się strzałem w dziesiątkę. Oczywiście były tam główne wyznaczniki dobrego miejsca (tłum lokalsów oraz śmieci na podłodze), ale okazało się, że serwują też prawdziwą gorącą czekoladę (a nie kakao, jak w większości miejsc). Mieliśmy też okazję podpatrzeć z bliska sam proces wyrobu churros i porros (są to grubsze odpowiedniki churros).
Tym oto przyjemnym akcentem zakończyliśmy naszą wizytę w Madrycie. To był nasz drugi raz w tym mieście, i wciąż mamy pomysły na to, co jeszcze można tutaj zrobić i zobaczyć. Madryt przyciąga z wielu powodów – ceny są porównywalne z warszawskimi (akurat w Wielkiej Brytanii większość wyjść ‚na kawę’ aż boli w momencie płacenia rachunku), ludzie są bardzo sympatyczni i jest tu zdecydowanie mniej turystów niż w megapopularnej Barcelonie. Zdecydowanie polecamy ten kierunek!
Podsumowanie kosztów (zbiorcze):
- zakupy spożywcze: 32,26€
- kawiarnie/bary: 89,5€
- bilety kolejowe: 18,8€
- inne (wejściówki, pocztówki, pieluchy): 31,96€
SUMA: 172,52€ czyli 13,80€ za osobodobę (Zyzia liczym jako ‚pół’ osoby).
Dodatkowo:
- nocleg: 2 dorosłe osoby na 4 noce ok. 240€ (były również tańsze opcje, ale zdecydowaliśmy się po pierwsze dość późno, a po drugie na coś blisko centrum)
- przelot: w obie strony z Londynu (British Airways) dla dwóch dorosłych osób oraz niemowlęcia (w liniach lotniczych dziecko jest niemowlęciem do ukończenia drugiego roku życia) ok. 330€