W Walii lato skończyło się już parę miesięcy temu, ale na południu Europy wciąż jest przyjemnie ciepło. Właśnie tam polecieliśmy cieszyć się ostatnimi ciepłymi dniami w tym roku.
Dzień 0.
Madryt przywitał nas 25 stopniami Celsjusza; zresztą przez cały nasz wyjazd temperatura utrzymywała się pomiędzy 25 a 30 stopniami i już pierwszego dnia nieco dała nam się we znaki. Przespacerowaliśmy się jedynie do La Casa Encendida – jest to centrum kulturalne, miejsce wystaw, koncertów, pokazów filmowych i innych wydarzeń. Miejsce to skusiło nas zielonym tarasem na dachu. Mieliśmy nadzieję wypić tam kawę, ale okazało się, że dostaniemy ją tylko w kawiarni na piętrze, bo na tarasie są jedynie bary, które otwierają się wieczorem.
Za to wieczorem temperatura była już idealna dla ludzi północy i postanowiliśmy zwiedzić Prado – codziennie od 18 do 20 obowiązuje wstęp wolny, a w środku zobaczyć można dzieła Velázqueza czy Boscha. Jednak na pięć minut przed otwarciem muzeum dla zwiedzających bez biletu kolejka miała już kilkaset metrów i wiedzieliśmy, że gdybyśmy wreszcie doszli do wejścia, czasu na eksplorację zostałoby niewiele…
Dlatego też wybraliśmy się do Retiro. Jest on jednym z najpopularniejszych parków w stolicy. Po pierwsze, znajduje się tuż obok dworca głównego Atocha i wielkiej trójki muzeów: Prado, Thyssen-Bornemisza i Reina Sofia. Po drugie, jest ogromny i każdy możne znaleźć tu coś dla siebie. Jest tam spora strefa z przyrządami do ćwiczeń na świeżym powietrzu i po drodze mijaliśmy grupy trenujące fitness, piłkę nożną, sporty walki, a nawet wspinaczkę, biegaczy, rowerzystów, rolkarzy, czy kajakarzy na sztucznym jeziorze.
Na spacerowiczów czekają zarówno asfaltowe ulice i równe chodniki, jak i gruntowe alejki w gąszczu drzew. I do tego sztuka. W Retiro znajdują się Pałac Kryształowy i Pałac Velázqueza, które są właściwie oddziałami muzeum Reina Sofia; odbywają się tam wystawy czasowe, ale budynki same w sobie, bez „zawartości”, są naprawdę godne uwagi. Nie wspominam już o dziesiątkach rzeźb i fontann, ale warto przejść się nad zbiornik wodny i zobaczyć go z perspektywy kolumnady Alfonsa XII, szczególnie podczas zachodu słońca. Robi to niesamowite wrażenie, jeszcze lepsze, jeśli obok trafi się dobry grajek.
Dzień 1.
W czwartek pojechałam do Alcalá de Henares na konferencję tłumaczeniową (która była głównym powodem naszej wycieczki). Podczas gdy ja słuchałam prezentacji, chłopcy (Marcin, Zyzio oraz Adrian – kumpel, który przyleciał do nas z Warszawy) udali się na Santiago Bernabéu, kultowe miejsce dla każdego fana piłki nożnej.
Za to podczas mojej przerwy obiadowej spotkaliśmy się już w Alcali. To miasteczko położone w okolicach Madrytu (40 minut pociągiem) rozsławił Cervantes, autor „Don Kichota”. To właśnie rycerz walczący z wiatrakami oraz jego wierny sługa, Sancho Pansa, widnieją na większości folderów reklamowych Alcali. Ale to nie z tego powodu miasto znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Alcalá charakteryzuje się piękną średniowieczną zabudową, której częścią jest XV-wieczny uniwersytet. To właśnie on ukształtował miasto, które jako pierwsze na świecie zostało zaplanowane jako miasto uniwersyteckie.
Wieczór spędziliśmy z naszymi znajomymi z Madrytu i okolic. Tradycyjnie, w barze tapas, w którym daniem specjalnym była ogromna tortilla, a właściwie dwie zlepione warstwą sera. Pycha!
Dzień 2.
W piątek Marcin pracował, za ja wybrałam się z resztą ekipy na spacer po centrum miasta. Z racji tego, że zaczęliśmy rano, w większości miejsc nie musieliśmy się przebijać przez ścianę turystów. A byliśmy w najpopularniejszych punktach Madrytu:
- Puerta del Sol, czyli Brama Słońca – jeden z ważniejszych, jeśli nie najważniejszy punkt Madrytu; krzyżują się tam trzy linie metra oraz kilka tras pociągów podmiejskich, na powierzchni znajduje się plac zawsze pełen ludzi, z charakterystycznym pomnikiem Karola III oraz niedźwiedzicy jedzącej owoce z drzewa truskawkowego (które jest symbolem urodzajności Madrytu i okolicznej ziemi).
- Pałac Królewski – zbudowany na miejscu IX-wiecznego pałacu arabskiego, jest oficjalną rezydencją rodziny królewskiej, która… tam nie mieszka (król rezydował tam ostatnio niemal sto lat temu). Część bogato zdobionych wnętrz jest udostępniona dla zwiedzających, a z placu przed wejściem głównym roztacza się piękny widok na miasto oraz góry Guadarrama.
- Gran Via, czyli XX-wieczna arteria, uważana za najbardziej reprezentatywną ulicę – nie bez powodu, jest on wizytówką architektury początku stulecia, stylów Art Deco, Secesji Wiedeńskiej i wielu innych.
- Plaza de España, czyli Plac Hiszpański – góruje nad nim pomnik Cervantesa oraz dwa wieżowce – Edificio de España z lat 40. (przypomina mi nieco warszawski Pałac Kultury i Nauki) oraz Torre de Madrid z lat 50. – oba te budynki w czasach, kiedy powstawały, były najwyższymi w mieście.
- Templo de Debod – prezent od rządów Egiptu; świątynia z II wieku p.n.e., została uratowana przed zalaniem podczas budowy tamy na Nilu i podarowana Hiszpanii w zamian za pomoc w akcji ratowania zabytków w Egipcie; jest to jedyny obiekt tego typu w Hiszpanii.
Na dokładkę późnym popołudniem wybraliśmy się do Muzeum Reina Sofia, które słynie z prac Pablo Picasso (w tym Guernica) i Salvadora Dalí. Również tutaj codziennie przez dwie godziny (od 19 do 21) obowiązuje darmowy wstęp. Nauczeni doświadczeniem z Prado zjawiliśmy się na miejscu już pół godziny przed otwarciem. Opłaciło się, bo kolejka szybko rosła, a nam udało się wejść do środka już o 19:10. Oczywiście większość zwiedzających zbiera się w sali z Guernicą, ale muzeum ma do zaoferowania znacznie więcej w swojej stałej kolekcji oraz na wystawach czasowych. Ekspozycja jest podzielona czasowo i pokazuje rozwój modernizmu i jego nurtów, m.in. kubizmu i surrealizmu, sztukę okresu powojennego i postmodernizm.
Na sam koniec dnia wykrzesaliśmy jeszcze z siebie trochę siły, żeby zobaczyć dworzec Atocha, największy w mieście. To miejsce jest o tyle ciekawe, że najstarsza część, pochodząca z końca XIX wieku, nie jest już używana w swojej pierwotnej funkcji – w holu głównym znajduje się teraz ogród tropikalny, a pasażerowie przenieśli się nieco dalej, na perony, które mają już europejski rozstaw torów. Choć w większości kraju obowiązuje iberyjski (czyli szerszy niż nasz) rozstaw torów, to powoli się to zmienia i coraz więcej dworców obsługuje pociągi o różnych rozstawach kół.