Hay-on-Wye

W sobotę miałam okazję wybrać się na sam kraniec Walii, do Hay-on-Wye.

Tuż pod granicą z Anglią, dosłownie za górami i za lasami (czyli za parkiem Brecon Beacons), leży miasteczko, które zamieszkane jest przez mniej niż 2 tys. osób, ale co roku, na przełomie maja i czerwca, przez 10 dni właśnie to miejsce zalewane jest falą przyjezdnych. A to z powodu Festiwalu Literackiego.

Wszystko zaczęło się już w latach 60., kiedy Richard Booth otworzył w Hay pierwszą księgarnię, przyczynił się do wypromowania Hay jako „Miasta książek”, po czym ogłosił się królem miasteczka. Zadziałało. Obecnie mieści się tutaj ponad 20 księgarni, a od 1988 roku organizowany jest 10-dniowy festiwal gromadzący największe gwiazdy literatury brytyjskiej oraz międzynarodowej (w tym roku jednym z gości była Olga Tokarczuk).

Miasteczko festiwalowe jest całkiem spore i w ostatnich latach rozrosło się o kolejne stoiska wystawców, i to związanych nie tylko z literaturą. Oprócz książek możecie kupić tam rośliny, ubrania (vintage i odzież turystyczną), specjalistyczne lampki do czytania czy biżuterię. Mydło i powidło. Na uwagę jednak zasługuje infrastruktura stworzona dla rodziców z dziećmi (zabawy na świeżym powietrzu oraz w jednym z namiotów wypełnionym materiałami do rękodzieła) oraz doskonałe zaplecze sanitarne (serio – nie wiedziałam, że przewoźne toalety mogą tak dobrze wyglądać).

W programie była oczywiście masa wydarzeń, ale ja wzięłam udział w dwóch. Pierwszym była prezentacja zwycięzcy „Wyzwania tłumaczeniowego” organizowanego co roku przez dwie walijskie organizacje literackie. W tym roku wyzwaniem był… język polski i poezja Wioletty Greg. Zgłoszone prace zostały ocenione przez komisję pod przewodnictwem Antonii Lloyd-Jones, a podczas Hay Festival to właśnie ona zaprezentowała zwycięskie tłumaczenia. Drugim wydarzeniem była rozmowa z Guyem Gunaratne, tegorocznym laureatem nagrody Dylana Thomasa.

W przerwie między wydarzeniami miałam trochę czasu, żeby zobaczyć samo miasteczko, które o tej porze roku (czyt. podczas festiwalu) jest niesamowicie zatłoczone. Pomijając ogromną liczbę księgarni (w przeliczeniu na liczbę mieszkańców), Hay niespecjalnie wyróżnia się na tle innych walijskich miasteczek. Jego historia sięga XI w., są tam dwa normańskie zamki (jeden to w Walii standard, ale dwa też się zdarzają). Po prostu miła mała miejscowość z przyjemnym miksem architektury średniowiecznej i wiktoriańskiej. Jednak dla mnie najprzyjemniejszym miejscem okazała się trasa spacerowa wzdłuż rzeki – wytchnienie od festiwalowych tłumów.

Warto się tutaj wybrać choćby na jeden dzień. W dodatku, jeśli jedzie się z południa czy z zachodu Walii, droga jest czystą przyjemnością, ponieważ wiedzie przez Brecon Beacons. Piękne widoki gwarantowane.

Dodaj komentarz