Jeszcze do niedawna tylko garstka ludzi spoza tego miasteczka w ogóle zdawała sobie sprawę z jego istnienia. Wszystko zmieniło się po tym, jak w 2017 roku
na ekrany kin wszedł oscarowy film „Call me by your name” [1]. Na youtubie – wysyp filmów (mniej i bardziej amatorskich) pokazujących miejsca, w których przebywali Elio i Oliver, w internecie przewodniki śladami ukochanych bohaterów. Ba, już za 2375 euro możecie pojechać na 9-dniową wycieczkę z Mediolanu do Wenecji, pod drodze zahaczając oczywiście o cudowną Cremę. W cenie noclegi, śniadania, wycieczka rowerowa, spa i degustacja wina. Nic dziwnego, że ruch turystyczny w miasteczku wzrósł o 30% w ciągu niespełna roku.
Powiem otwarcie – Marcin był sceptyczny co do Cremy, ba, kpił ze mnie, że wybrałam to miejsce właśnie ze względu na fascynację filmem. Wystarczyła jednak godzinna przejażdżka rowerem po centrum i okolicach, żeby totalnie zmienił zdanie i mówić o powrocie tutaj.
Głównym punktem miasta jest Piazza di Duomo, czyli plac katedralny, otaczający oczywiście katedrę. I to nie byle jaką, bo średniowieczną, z XIII wieku. To właśnie na tym placu warto zatrzymać się na kawę i poobserwować otoczenie. Koniecznie trzeba też pospacerować (lub pojeździć rowerem) po okolicach placu – w obrębie murów miejskich z XI wieku większość zabudowy jest zabytkowa (głównie zabudowa renesansowa, ale sporo też średniowiecznej), wysokie kamienice i wąskie uliczki tworzą tutaj niesamowity włoski klimat.
Trzeba jednak pamiętać, że Crema to nie tylko kadry z filmu, warto poświęcić godzinkę na błądzenie w zaułkach tego miasta. My w ten sposób trafiliśmy do pięknego Parco Chiappa, malutkiego terenu zielonego z placem zabaw, a co najciekawsze, tuż obok domu urządzonego w czymś, co wyglądało, jak pozostałości średniowiecznego zameczku, czy może jakiejś stróżówki przy murach miejskich. Oprócz zwiedzania historycznej części poświęciliśmy chwilę na wypad nad rzekę i przejechaliśmy się mały kawałek za miasto. To był strzał w dziesiątkę, bo po pierwsze było tam chłodniej niż w rozgrzanym centrum, a po drugie widoki była zgoła inne – pola i podmiejskie wille.
Na koniec chcemy polecić nasz nocleg – Sweet Home Pitti. Właściciele są przemili, pożyczyli nam swój prywatny rower, bo rowery dla gości nie mają zamocowanych siedzisk dla dzieci. Samo mieszkanie jest położone jakieś 100 czy 200 metrów od katedry, w starej kamienicy, ale bardzo ładnie odnowionej, z dobrze wyposażoną kuchnią (również w podstawowe produkty spożywcze), dobrym łączem internetowym i Netflixem (akurat z tego nie korzystaliśmy). Jeśli będziemy tu wracać, to najpewniej znów zatrzymamy się u Franczeski (nie mam pojęcia jak zapisać włoskie imię w polskiej deklinacji – stąd transliteracja!).
Podsumowanie kosztów:
- spożywcze: 11,95 €
- kawiarnia: 10,20 €
- bilety (pociąg): 11 €
- pocztówki: 1,6 €
Łącznie: 33,15
[1] Przepraszam, ale jak znajdę tego/tę, co przetłumaczył ten tytuł na "Tamte dni, tamte noce", to z nim/nią poważnie porozmawiam. Mam przeczucie, że decydującą rolę zagrał tutaj dystrybutor filmu i słynna 'polska szkoła tłumaczenia list dialogowych' (najwybitniejszy przykład tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=DWwOqwJpsfM), jako że polskie tłumaczenie książki ukazało się po premierze filmu.





Jedna uwaga do wpisu “Lombardia: Crema”