Biebrzański Park Narodowy – fotosafari

Pierwsze fotosafari za nami! I jak zwykle przy takich okazjach cała wyprawa jedynie zaostrzyła nasze apetyty. Ale zacznijmy od początku…

O polowaniach na łosie (oczywiście – z aparatem!) w Biebrzańskim Parku Narodowym słyszałam już od dawna i w ubiegły weekend wreszcie wybraliśmy się na taką wyprawę. Z kilku powodów udało nam się wstrzelić w termin idealny. Po pierwsze, na ten dzień zgłosiła się tylko nasza trójka (pojechał z nami dawny kolega z pracy Marcina), więc po dopłacie za brakującą do minimum czwartą osobę, spędziliśmy kilka godzin sam na sam z przewodniczką. I to nie byle jaką, bo panią Katarzyną Ramotowską, właścicielką firmy organizującej naszą wyprawę.

Po drugie, okazało się, że po długoweekendowych tłumach ludzi w lesie właściwie nie było (spotkaliśmy tylko jednego grzybiarza), a ponoć tydzień wcześniej wzdłuż lasu stały rzędy samochodów. Po trzecie, pogoda była naprawdę sprzyjająca polowaniu. Nie było zbyt zimno, ale było pochmurno, co automatycznie wydłuża czas żerowania łosi o świcie i daje więcej szans na ich spotkanie.

Wszystkie te czynniki sprawiły, że nasz wyjazd jednogłośnie okrzyknęliśmy sukcesem i stwierdziliśmy, że była warta każdej wydanej złotówki oraz pobudki o 4:30 rano. 🙂 Do poziomu specjalistów jest nam jeszcze daleko, ale dowiedzieliśmy się naprawdę sporo na temat fauny (w szczególności łosia) i flory Biebrzańskiego Parku Narodowego:

  • Łosia powinniśmy podchodzić w pozycji wyprostowanej. Szczególnie o świcie, kiedy widoczność jest naprawdę kiepska. Naturalnym odruchem jest kucanie, ale to nie najlepszy wybór – skulony obiekt blisko gruntu łosiom kojarzy się z wilkiem. Natomiast wyprostowana sylwetka z człowiekiem, marnym drapieżnikiem (przynajmniej dopóki nie obowiązuje u nas odstrzał łosi).
  • Łosia podchodzi się w grupie. Rozdzielanie się i podchodzenie łosia szpalerem sprawia, że zwierzę czuje się osaczone, zaszczute, zaczyna się jeszcze bardziej stresować. Ludzie zbici w grupkę nie blokują drogi ucieczki w takim stopniu jak cały rządek.
  • Spokojny łoś, pewny co do tego, że nie zagraża mu prawdziwy drapieżnik daje się podejść na kilka metrów. Ale! Nie znaczy to, że można go potarmosić za łałok (co oczywiście było marzeniem Marcina). Jeśli podejdziecie za blisko, łoś zacznie prychać i, wierzcie mi, usłyszycie w tych dźwiękach groźbę. Potraktujcie to jako przestrogę i cofnijcie się odrobinę. Zagrożony łoś kopie z ogromną siłą i może wam połamać sporo kości.
  • Łosie nie zawsze mają łopaty. Wygląd poroża zależy, po pierwsze, od genów, po drugie od miejsca występowania łosia, a po trzecie od warunków pogodowych danego roku. Jedynie ok. 10% populacji samców rozwija poroże w kształcie łopat (które my znamy ze wszystkich kreskówkowych czy pluszowych łosi) i to tylko wtedy, kiedy dany rok jest obfity w jedzenie i zwierzę nabierze odpowiedniej masy. Zasada jest też taka, że im bardziej na północ globu, tym większa szansa na spotkanie łosia z łopatami. W naszym, stosunkowo już ciepłym klimacie, takie okazy występują coraz rzadziej. Mało tego, zmieniające się warunki, według niektórych badaczy, mogą za kilkadziesiąt lat zupełnie wyprzeć to zwierzę z Polski.
  • Nie tylko klimat jest zagrożeniem dla łosia. Wiele osób stara się o przywrócenie odstrzału na to zwierzę, tłumacząc się szkodnictwem (co według badaczy jest bzdurą, bo łosie wyrządzają dużo mniej szkód niż jelenie czy dziki). Z nie do końca jasnych powodów do śmierci łosi przyczyniają się również… drogowcy. Jak dowiedzieliśmy się od naszej przewodniczki, co roku gałęzie obcinane z przydrożnych drzew są układane tuż przy szosach (choć można by je ułożyć w pewnej odległości lub wywieźć od razu), a takie kupy stanowią idealne nęcisko dla łosi. Mimo wieloletnich apeli pracowników BPN sytuacja cały czas się powtarza. Kilka dni przed naszą wyprawą przy takim nęcisku zginęła pod kołami samochodu samica Pyza. Była w ciąży bliźniaczej. Osierociła również kilkumiesięcznego łoszaka, który najprawdopodobniej stał się obiadem dla wilków (młode łosie do ukończenia pierwszego roku przebywają z matką, inaczej właściwie nie mają szans na przetrwanie).

W drugiej części naszej wyprawy wybraliśmy się na spacer ścieżkami wilków i spróbowaliśmy naszych sił w tropieniu oraz… kupologii. Okazuje się, że z odchodów można dowiedzieć się nie tylko, jakie zwierzę przebywało w danym miejscu, ale też, w przypadku wilków, gdzie znajduje się w hierarchii stada. Dowiedzieliśmy się także, że właśnie w połowie listopada można znaleźć w lesie zrzuty, czyli poroże gubione na zimę przez łosia, za to prawie na pewno nie trafimy na borsuka, którego można „upolować” w ciągu dnia zasadniczo tylko przez dwa tygodnie w roku i to wiosną, a nie jesienią.

Długo by pisać, ale 5-godzinne fotosafari było niesamowitym doświadczeniem, zupełnie innym od spokojnego spływu kajakowego. Na pewno chcemy powtórzyć taką wyprawę jeszcze o innej porze roku, może też innej porze dnia, bo w zależności od tego, kiedy się tam wybierzemy, mamy szansę na inne atrakcje. Tym bardziej, że Biebrzański PN jest największym w Polsce. A więc – do zobaczenia nad Biebrzą, a tymczasem polecamy dowiedzieć się, co różni łosie biebrzańskie od kampinoskich:

Dodaj komentarz