Od prawie miesiąca polowaliśmy na dobrą pogodę w „wolny” weekend i wreszcie się doczekaliśmy. Okazję postanowiliśmy wykorzystać na wyjazd w Beskidy.
Ale które? Beskidy to pojęcie bardzo ogólne, w Polsce mamy ich sporo. Tym razem wybraliśmy Śląski, czyli część Beskidów Zachodnich, najlepiej reprezentowanych w Polsce:

Patrząc dalej na wschód mamy jeszcze Beskid Niski (część Beskidów Centralnych) oraz Bieszczady (część Beskidów Wschodnich, a dokładnie – Lesistych!). Jak widać Polska Beskidami stoi, a kto myśli o Koronie Gór Polski, odwiedzić musi je wszystkie. 🙂
Choć Beskid Śląski wydaje się nieduży, to dzieli się na trzy części: pasmo Czantorii (na granicy polsko-czeskiej), Pasmo Szyndzielni oraz Pasmo Skrzycznego i Baraniej Góry. To ostanie, a właściwie jego najbardziej widokowy kawałek, stał się naszym celem. Tutaj możecie obejrzeć to, co i my mieliśmy okazję podziwiać. Od siebie dorzucamy kilka zdjęć oraz opis naszej trasy.
- Szczyrk – to tutaj najlepiej zacząć całą wycieczkę. My zdecydowaliśmy się ostatecznie na dojazd samochodem w piątek wieczorem, ale łatwo można dojechać do Bielska Białej pociągiem/autobusem i potem autobusem miejskim do Szczyrku. Wbrew pozorom nie zajmuje to znacznie więcej czasu niż dojazd samochodem.
- Szlak – jeśli zależy wam po prostu na Skrzycznem, to ze Szczyrku możecie wspinać się z pięciu miejsc, do wyboru do koloru, ba, można nawet wjechać wyciągiem albo na pobliskie Małe Skrzyczne (zimą), albo na grzbiet między Małym a Skrzycznem, albo od razu na najwyższy szczyt. Nam zależało na przejściu przez Malinowską Skałę, więc podjechaliśmy autobusem z centrum Szczyrku na Przełęcz Salmopolską.
I tutaj rada prosto z serca: jeśli jest sobota i nie pada, to NIE jedźcie tym autobusem. Z jakiegoś powodu na tej trasie są tylko dwa kursy rano i dwa po południu. My wybraliśmy pierwszy autobus, który odjeżdżał z przystanku Szczyrk Remiza o 8:53. Przyjechał o 20 minut spóźniony, ale mniejsza z tym. Problemem był stopień zapełnienia, który zdecydowanie przekroczył dopuszczalne normy. I to znacząco. Po naszym przystanku pasażerowie dosiadali jeszcze na trzech kolejnych i nie wiem, po prostu nie wiem, jak to możliwe, że ten autobus wjechał na przełęcz. Naszym zdaniem dużo lepiej byłoby wjechać samochodem przed falą turystów (czyli ok. 8:30), zostawić samochód na parkingu, przejść trasę i… wrócić po samochód popołudniowym autobusem, który był niemal pusty (akurat nas mijał, kiedy szliśmy do naszego miejsca noclegowego).
Ok. 9:30 (podobnie jak masa innych ludzi) weszliśmy na czerwony szlak w stronę Malinowskiej Skały. Mimo że nastawiałam się na widoki z grzbietu, z którego w wyniku katastrofy ekologicznej zniknęły niemal drzewa, to najbardziej spodobały mi się zadrzewione kawałki szlaku. Silny wiatr i wirujące w powietrzu kolorowe liście wyglądały naprawdę zjawiskowo. Jesień to chyba najlepsza pora na spacer po Beskidzie Śląskim (i w ogóle po Beskidach).
Po ok. 4,5 godziny doszliśmy do naszego celu, Skrzycznego. Nieco naiwnie liczyliśmy na ciepły obiad, ale sytuacja na szczycie nas przerosła. Jednak łatwa dostępność tego schroniska robi swoje. Na tarasie widokowym tłum ludzi, kolejka do bufetu wychodzi na zewnątrz budynku, na jednej z ławek ktoś w stroju góralskim gra na skrzypcach, a obok schroniska ktoś oferuje kilkuminutowe przejażdżki i zdjęcia na koniu… No, atmosfera nie zachęca do odpoczynku. 😉 Między innymi dlatego zdecydowaliśmy się na zjazd wyciągiem do Szczyrku. Dzieci poniżej 6. roku życia nie płacą, więc za niecałą stówkę mogliśmy dostać się do miasta i zjeść w spokoju.



Ogólne wrażenia z wyjazdu mamy dość pozytywne, ale myślę, że cała okolica ma więcej uroku, kiedy nie ma tu tłumów ludzi. O 7 rano, kiedy szłam do sklepu, Szczyrk wyglądał naprawdę uroczo. Po południu ruch na ulicy i chodnikach był już dużo większy, a z obu stron drogi atakowały nas stoiska ze wszelkiego rodzaju kolorowym kiczem. Jeśli liczycie na chwile spokoju w otoczeniu przyrody, to wyjdźcie na szlak tuż po wschodzie słońca albo w deszczowy dzień. 😉
PS. Przed wyjazdem wsparliśmy drobną kwotą Grupę Beskidzką GOPR. Górnicze Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, jak sama nazwa mówi, to grupa składająca się przede wszystkim z wolontariuszy. Przed wyjazdem w góry sprawdźcie, który oddział patroluje tereny, jakie macie zamiar odwiedzić. Wesprzyjcie ich drobną cegiełką. Ściągnijcie aplikację Ratunek. No i przygotujcie się tak, żebyście nie musieli z niej korzystać. 🙂
Jedna uwaga do wpisu “Beskid Śląski, wyprawa ekspresowa”