Bieszczady, albo stary niedźwiedź mocno śpi

Październik – czas polowania na piękne widoki i przygody. W tym roku moja przyjaciółka dała się namówić, żebym przegoniła ją po połoninach i kilku szczytach, więc ruszyłyśmy na południe, ale jak zawsze w Bieszczadach (przynajmniej w moim przypadku) prawie nic nie poszło zgodnie z planem.

Umówiłyśmy się w Krakowie (dokąd dojeżdżałyśmy z Warszawy i Wrocławia), żeby o 11:10 złapać autobus do Leska, a stamtąd z kolei ostatni tego dnia autobus do Ustrzyk Górnych, w których czekał na nas pokój w kultowym Kremenarosie. Mój pociąg, zgodnie z rozkładem, dotarł o godzinie 10, ale niestety wrocławski był opóźniony. Mało tego, opóźnienie się zwiększało. Dowiedziałam się, że nasz autobus odjeżdża z dolnej części MDA, sprawdziłam, ile zajmuje dojście na peron kolejowy – 2 minuty spokojnym krokiem. Miałyśmy naprawdę duże szanse. Niestety! Kiedy pociąg z Wrocławia wjeżdżał na peron, była dokładnie 11:09. Pobiegłyśmy jak szalone na dworzec autobusowy, ale stanowisko było już puste. Nie pozostało nam nic innego, niż ponad dwugodzinna przerwa w centrum Krakowa.

Internet uparcie mówił nam, że z Leska nie ma późniejszych autobusów w góry, ale miałyśmy nadzieję, że na dworcu odkryjemy jakieś niespodziewane połączenie. Dotarłyśmy tam z Krakowa tuż przed 18, a dworzec oczywiście świecił pustkami. Większość autobusów w Bieszczady jeździ w sezonie letnim, w pozostałych miesiącach jest tylko kilka połączeń dziennie obsługiwanych przez TravelPL oraz raz w tygodniu Flixbus (który jeździ bezpośrednio z Warszawy i Wrocławia do Ustrzyk Górnych).

Pod koniec października o godzinie o 18 miałyśmy więc do wyboru łapać stopa po zmierzchu albo zatrzymać się na noc w Lesku. Wybrałyśmy opcję numer dwa, a konkretnie Schronisko Młodzieżowe Bieszczadnik. Niewiele się zmieniło od 2013 roku, kiedy nocowałam tam podczas mojego pierwszego wyjazdu w Bieszczady. Polecam to miejsce, bo oferuje naprawdę przyzwoity standard za nieduże pieniądze, a w dodatku jest rzut beretem od supermarketu i dworca PKS.

Następnego dnia po 8 podjechałyśmy busem TravelPL do Wetliny, a stamtąd, zgodnie z oczekiwaniami, szybko złapałyśmy prywatnego busika do Brzegów Górnych (mam tutaj na myśli jeden z minibusów, który po prostu kursuje w BdPN i okolicach bez konkretnego rozkładu – to taka trochę większa taksówka.). Koniecznie chciałam wejść na czerwony szlak właśnie tu, bo przeszłam już kawałek GSB między Wołosatem a Brzegami i chciałam kontynuować trasę przez Połoninę Wetlińską do Smereka. Trafił nam się dość ciepły pogodny dzień, więc na szlaku przez większość czasu mijałyśmy masę osób, im bliżej Chatki Puchatka tym więcej. I to nie tylko pojedynczych turystów – spotkałyśmy chyba pięć czy sześć wycieczek szkolnych. Cóż, chyba już każdy słyszał, że połoniny trzeba zobaczyć jesienią. I każdy chce spróbować.

Ruch rozładował się na dobre dopiero za Przełęczą Orłowicza. Stamtąd zdecydowana większość osób schodziła już do Wetliny. Było to również spowodowane tym, że dotarłyśmy tam dużo, dużo później, niż się spodziewałam. Mimo wszystko postanowiłyśmy trzymać się wyznaczonej trasy i wejść na szczyt Smerek. Dotarłyśmy tam o godzinie 15, do noclegu zostały niecałe dwie godziny marszu, do zachodu słońca nieco ponad dwie, więc wydawało się, że możemy dać radę. Moja przyjaciółka na całej dotychczasowej trasie szła bardzo powoli ze względu na plecak, który okazał się zbyt ciężki jak na jej możliwości. Spodziewałam się jednak, że zejście w dół będzie ulgą, a niestety okazało się… katorgą. Wyszło na jaw, że buty, które miała na sobie, są jednak o parę milimetrów za ciasne i każdy kolejny krok sprawiał jej coraz większy ból.

Kiedy doszłyśmy do wiaty na Jasieniowie, na granicy BdPn, była godzina 16, zaczynało się już ściemniać i robić chłodniej. Szlak był pusty – około pół godziny wcześniej minęło na dwóch turystów, nikogo więcej nie było widać. Na granicy lasu słyszałyśmy odbijające się od skał ryki jeleni. Moja przyjaciółka miała niemal całkowicie rozładowany telefon i na dokładkę okazało się, że nie zabrała czołówki… Poprosiłam ją, żeby spróbowała już iść do przodu, a ja sama, walcząc z nadchodzącym atakiem paniki, musiałam na szybko oswoić się z myślą, że będziemy schodzić lasem po zmroku. Przerażało mnie to z kilku powodów. Przede wszystkim ze względu na możliwość spotkania żerujących dzikich zwierząt, szczególnie niedźwiedzi, które właśnie pod koniec jesieni szykują się do snu zimowego i muszą zebrać zapasy tłuszczu; oprócz tego bałam się zgubienia szlaku, co w ciemnościach w lesie nie jest takie trudne. Narzuciłam pod kurtkę dodatkową warstwę, wzięłam łyk herbaty, założyłam już na głowę czołówkę i w minutę czy dwie dogoniłam moją przyjaciółkę.

Zaczęłyśmy zejście błotnistym szlakiem w dół zbocza. Kiedy zrobiło się na tyle ciemno, że przestałam widzieć oznaczenia szlaku, włączyłam czołówkę. Było to bardzo mozolne zejście, bo na każde kilka kroków składało się kilka elementów – oświetlenie drogi, zejście, szybkie omiecenie wzrokiem drzew, żeby upewnić się, że jesteśmy na szlaku, następnie odwrócenie się do tyłu, żeby oświetlić drogę przyjaciółce. Szło nam naprawdę powoli, ale żadna z nas nie uniknęła poślizgu na błocie. Ustaliłyśmy z przyjaciółką, że wezwiemy pomoc, jeśli nie dotrzemy przed 20 przynajmniej do szosy. Na szczęście pomoc okazała się zbędna. Po około godzinie dotarłyśmy do strumienia; na moście nie było żadnego oznaczenia szlaku, więc upewniłyśmy się jeszcze na mapie, że trzeba przejść na drugą stronę. Tak! W dodatku kawałek za strumieniem była już utwardzona droga, kilkaset metrów dalej asfalt, most nad Wetliną i wreszcie główna droga prowadząca do wsi Smerek.

Była już godzina 19, miałyśmy do przejścia kilometr lekko pod górę, ale już po kilku minutach zatrzymał się kierowca minivana i zapytał, czy nie potrzebujemy podwózki. Zostało nam niewiele, ale chętnie skorzystałyśmy z oferty. Minivan okazał się domowej roboty kamperem, a jego kierowca powiedział nam, że zatrzymał się, bo zobaczył na termometrze -2 stopnie (!). Po dwóch minutach byłyśmy już pod drzwiami Przystanku Smerek, a kierowca udał się do Schroniska pod Wysoką Połoniną, gdzie miał pomóc chwilowo przyjaciołom prowadzącym biznes (pozdrawiamy przesympatycznego kierowcę, jeśli to czyta! 🙂 ).

Na miejscu okazało się, że wyglądamy jak nieszczęście, byłyśmy dość mocno umazane błotem, również na twarzy (w moim przypadku). Czułam ogromne wyrzuty sumienia i zastanawiałam się, czy nie powinnam była odesłać przyjaciółki do Brzegów z Chatki Puchatka (pod którą już miałyśmy spore opóźnienie) albo z kimś spotkanym na szlaku z Przełęczy Orłowicza do Wetliny. Wreszcie – czy powinnam ją w ogóle zabierać, wierząc na słowo, że „powinna dać radę”. Wiem, że całe przejście, mimo że powolne, odbyło się bez większych problemów. Czułam też pewien komfort psychiczny, bo miałam jeszcze ciepłą herbatę w termosie, obie miałyśmy zapas jedzenia, dodatkowe warstwy ubrań, koc termiczny, miałam też sprawny telefon, żeby wezwać pomoc, w razie gdyby któraś z nas uległa poważnej kontuzji. Mimo to oceniam całą przygodę jako potencjalnie niebezpieczną i utwierdza mnie to w przekonaniu, że osoby sporadycznie chodzące po górach powinny bardzo zachowawczo wybierać trasę i zawsze wychodzić na szlak z osobą o sprawdzonej kondycji oraz znacznym obeznaniu z górami.

Następnego dnia moja przyjaciółka skupiła się na odzyskaniu sił – została w Smereku do około 11, a potem podjechała do Cisnej do naszego następnego noclegu, Bacówki pod Honem. Ja za to nie chciałam zrezygnować z podążania GSB, więc, po raz pierwszy w życiu, wyszłam na szlak sama.

Trasa ze Smereka do Cisnej czerwonym szlakiem to nieco ponad 6 godzin marszu i dokładnie tyle mi to zajęło. Wyruszyłam o 8, a ok. 14:15 byłam w Bacówce. W odróżnieniu od popularnej Połoniny Wetlińskiej, Ciśniańsko-Wetliński Park Krajobrazowy (czyli de facto otulina BdPN) był pusty. Tak zupełnie. Pierwszego człowieka minęłam na trasie po dwóch godzinach od wyjścia, na odcinku między Fereczatą a Okrąglikiem. Kolejnego – po kolejnych dwóch godzinach. Wreszcie w okolicy Małego Jasła minęłam w krótkich odstępach jakieś dziesięć osób, a ostatnie 1,5 godziny szłam znów zupełnie sama na szlaku.

Było to dość niezwykłe (dla mnie) doświadczenie i przez pierwszą godzinę naprawdę bałam się spotkać dzikie zwierzęta na swojej drodze. Uspokoiłam się dopiero, gdy usłyszałam w oddali piły mechaniczne i traktor. Jestem tak przyzwyczajona do cywilizacji i obecności człowieka, że trudno mi było wędrować w zupełnej ciszy przez wiele godzin. Bałam się również niespodziewanej kontuzji i z każdego szczytu wysyłałam zdjęcie na naszym rodzinnym czacie (rzecz jasna wtedy, kiedy miałam polski zasięg, bo w okolicy Okrąglika złapałam węgierski, potem ukraiński i wreszcie słowacki). Koniec końców dotarłam do Bacówki pod Honem bez problemu, jedynie nieco zmęczona. Wiem teraz, że o ile zupełnie nie przeszkadza mi podróżowanie solo po europejskich czy amerykańskich miastach, to samotne wędrowanie po górach nie jest moją bajką.

Ostatniego dnia zamiast zrobić kawałek czerwonego szlaku z odbiciem do Jabłonek, zdecydowałyśmy się pojechać do Sanoka przed południem, zameldować się w miejscu noclegowym wcześniej i wybrać na Zamek do Muzeum Historycznego. Dla mnie najciekawsza była oczywiście Galeria Beksińskiego, bo chociaż widziałam już sporo jego prac malarskich i zdjęć, to właściwie w ogóle nie znałam rysunków (a są świetne). Gratką jest także studio Beksińskiego przeniesione w chyba niezmienionym stanie z jego ostatniego mieszkania na warszawskim Ursynowie. Na ścianie jednego z regałów przymocowano również testament, w którym Beksiński cały swój dobytek artystyczny przekazuje właśnie Muzeum Historycznemu w Sanoku, mieście z którego pochodził. Testament ten jest ciekawy z tego względu, że Beksiński wyraźnie mówił w wywiadach, że nie czuje się związany z Sanokiem (w którym mieszkał pół życia), podobnie jak nie przywiązał się do Warszawy. A jednak zadbał o to, żeby to podkarpackie miasteczko zyskało cenną kolekcję sztuki. I ściągało rzesze turystów.

No i… to by było na tyle. Po zwiedzeniu Muzeum wpadłyśmy na kawę i deser do niepozornej z zewnątrz, ale bardzo przyjemniej w środku Kawiarni Bubble Tea, a po drodze do mieszkania zrobiłyśmy małe zakupy w supermarkecie. Było deszczowo i zapadał zmierzch, więc pogoda nie sprzyjała spacerom po uliczkach starego miasta Sanoka. W niedzielę pozostało nam już tylko złapanie Neobusa oraz powrót do Wrocławia i Warszawy. I planowanie kolejnych wyjazdów. 😉

Gdzie spałyśmy?

  • Lesko, Bieszczadnik: pokój dwuosobowy z łazienką za 40 zł (plus 12 zł za pościel) od osoby; w pełni wyposażona kuchnia,
  • Smerek, Przystanek Smerek: pokój dwuosobowy ze wspólną łazienką za 60 zł od osoby, na korytarzu czajnik, dobrze wyposażony bufet i sklep (mieli nawet kable USB-C do ładowania telefonu – akurat tego nie wzięła moja przyjaciółka),
  • Cisna, Bacówka pod Honem: pokój dwuosobowy ze wspólną łazienką (w piwnicy) za 93 zł od osoby (w to wliczone śniadanie); nieźle wyposażony bufet i sklep, w sali wspólnej czajnik,
  • Sanok: Apartament przy dworcu (Booking), 76 zł za osobę; świetnie wyposażony i w doskonałej lokalizacji.

PS. Ewo, dziękuję, że zgodziłaś się wysupłać kilka wolnych dni ze swojego grafiku i spędzić ze mną ten czas w Bieszczadach. 🙂

PS2. Przed wyjazdem wsparłam Bieszczadzki oddział GOPR drobną kwotą. Zachęcam was do tego samego przed wyjściem na szlak!

2 uwagi do wpisu “Bieszczady, albo stary niedźwiedź mocno śpi

Dodaj komentarz